„Jak rozbiłam szkło” Tulii Topy, kiedy pęka świat, w który wierzyło się od dziecka
Niektóre książki czyta się z ciekawości, inne z potrzeby zrozumienia świata, którego samemu się nie zna. „Jak rozbiłam szkło. Moje dorastanie wśród Świadków Jehowy” Tulii Topy należy dla mnie właśnie do tej drugiej grupy. To nie jest chłodny reportaż pisany przez kogoś z zewnątrz ani próba stworzenia sensacyjnej historii o zamkniętej wspólnocie. Autorka opisuje własne życie, dzieciństwo, dorastanie, relacje, religijność i bardzo trudny proces odchodzenia od środowiska, które przez lata było dla niej całym światem. [pewne] Książka ukazała się nakładem Znak JednymSłowem w 2025 roku, liczy 336 stron i ma broszurową oprawę ze skrzydełkami.
Tulia Topa urodziła się i wychowała w rodzinie Świadków Jehowy. Od najmłodszych lat uczestniczyła w życiu zboru, chodziła po domach i głosiła, a później angażowała się również w działalność misyjną. Sama wspomina, że przez większość życia świat poza zborem postrzegała jako zagrożenie. Odeszła z organizacji w wieku 27 lat i dziś publicznie opowiada o swoich doświadczeniach, próbując z jednej strony pomóc osobom, które przeżywają podobne wątpliwości, a z drugiej pokazać ludziom z zewnątrz, jak może wyglądać życie w tak silnie kontrolującym środowisku.
Już sam tytuł dobrze oddaje to, co dzieje się w tej historii. Szkło może przecież chronić, ale może też oddzielać. Człowiek widzi przez nie świat, ale nie ma z nim prawdziwego kontaktu. Dopóki szyba jest cała, wszystko wydaje się uporządkowane i bezpieczne. Dopiero kiedy pojawiają się pierwsze pęknięcia, zaczyna się dostrzegać, że to, co miało dawać ochronę, może również więzić. W książce Tulii takim pęknięciem nie jest jedno spektakularne wydarzenie. To raczej narastające pytania, zgrzyty i coraz większa niezgoda na rzeczy, które wcześniej przyjmowała jako oczywiste.
W opisie wydawcy pojawiają się bardzo konkretne elementy jej doświadczenia: brak obchodzenia urodzin, ograniczenia dotyczące stroju i relacji, zakaz związku z osobą spoza organizacji, obowiązek tłumaczenia się przed komitetem sądowniczym oraz świadomość, że prywatne sprawy mogą stać się przedmiotem zainteresowania zboru. To ważne, bo książka nie mówi o wierze jedynie na poziomie doktryny. Pokazuje, jak system religijny może wpływać na codzienne decyzje, relacje rodzinne, miłość, poczucie winy i sposób patrzenia na samego siebie.
Czytając tę historię z perspektywy katolickiej, nie chcę sprowadzać jej do prostego porównania: tam było źle, tutaj jest dobrze. Byłoby to zbyt łatwe i chyba niewiele by nas nauczyło. Znacznie ważniejsze jest dla mnie pytanie, co dzieje się z człowiekiem wtedy, kiedy religia zaczyna opierać się przede wszystkim na lęku, kontroli i konieczności podporządkowania. Wiara, która prowadzi do Boga, nie może przecież odbierać człowiekowi odpowiedzialności za własne sumienie. Nie powinna też sprawiać, że pytania stają się czymś podejrzanym, a wątpliwość automatycznie oznacza zdradę.
I tu właśnie ta książka może być cenna również dla katolika.
Bo pokusa zamienienia żywej wiary w system zachowań nie jest czymś, co dotyczy wyłącznie innych wspólnot. Również my możemy nauczyć się wykonywać wszystkie religijne gesty, znać odpowiednie odpowiedzi, pilnować zasad i jednocześnie przestać pytać siebie, czy naprawdę spotykamy Chrystusa. Możemy pomylić posłuszeństwo Bogu z bezmyślnym podporządkowaniem człowiekowi, wspólnotę z kontrolą, a troskę o czyjąś wiarę z prawem do decydowania za niego. Dlatego „Jak rozbiłam szkło” czytałabym nie tylko jako świadectwo odejścia od Świadków Jehowy, ale również jako mocne przypomnienie, że każda religijność potrzebuje prawdy, wolności sumienia i odpowiedzialności.
Bardzo porusza mnie również cena, jaką może mieć odejście z miejsca, które przez całe życie było jedynym znanym światem. Łatwo powiedzieć: skoro coś było krzywdzące, należało odejść. Znacznie trudniej zrozumieć, co oznacza taki krok dla człowieka, którego rodzina, przyjaciele, język religijny, sposób myślenia i codzienność były splecione z jedną wspólnotą. W materiałach wydawcy właśnie ten wymiar został mocno podkreślony, odejście może oznaczać utratę relacji z ludźmi, których się kocha.
To sprawia, że nie traktuję tej książki jako historii o efektownym „wyzwoleniu się”. Wolność ma tutaj swoją cenę. Pojawia się lęk, niepewność i konieczność budowania życia od nowa. I chyba właśnie dlatego ta opowieść jest tak ludzka. Człowiek nie wychodzi z wieloletniego świata przekonań jak z pokoju, w którym wystarczy zamknąć drzwi. Bierze ze sobą wspomnienia, mechanizmy myślenia, poczucie winy, przyzwyczajenia i relacje, które trzeba później na nowo poukładać.
Z katolickiej perspektywy jeszcze jedna rzecz wydaje mi się szczególnie ważna: prawda nie powinna bać się pytań. Jeżeli coś rzeczywiście pochodzi od Boga, nie musi być chronione zakazem myślenia. Wiara dojrzewa również wtedy, gdy pytamy, szukamy, czytamy i próbujemy zrozumieć. Oczywiście nie każde pytanie od razu prowadzi do gotowej odpowiedzi, ale Ewangelia nie pokazuje Jezusa, który boi się ludzi pytających. Przeciwnie, spotyka ich, rozmawia z nimi, czasem odpowiada kolejnym pytaniem, ale nie sprowadza relacji z Bogiem do mechanicznego posłuszeństwa.
„Jak rozbiłam szkło” nie jest dla mnie książką przeciwko konkretnym ludziom. I dobrze byłoby jej w taki sposób nie czytać. Osoby żyjące we wspólnocie Świadków Jehowy mają swoje historie, emocje, rodziny i przekonania, dlatego łatwe wyśmiewanie ich wiary byłoby po prostu niegodne. Znacznie uczciwiej skupić się na mechanizmach opisanych przez autorkę i na tym, co jej doświadczenie mówi o wolności, odpowiedzialności i potrzebie szukania prawdy.
To właśnie zostaje ze mną po tej lekturze najbardziej. Nie pytanie, jak można było przez tyle lat w coś wierzyć, ale znacznie trudniejsze pytanie: czy ja sama miałabym odwagę zakwestionować coś, w czym wyrosłam, gdybym zaczęła dostrzegać, że nie prowadzi mnie to do prawdy?
Bo czasem rozbicie szkła nie oznacza zniszczenia życia. Czasem dopiero wtedy można naprawdę zobaczyć świat.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz