Matka Teresa z Kalkuty - święta czy potwór?
Po jednym z ostatnich wpisów o Matce Teresie z Kalkuty przeczytałam wiele komentarzy, w których nazywano ją „potworem”, zarzucano jej celowe zadawanie cierpienia chorym, odmawianie leków przeciwbólowych, gromadzenie ogromnych pieniędzy i przyjaźnie z ludźmi, z którymi zdecydowanie nie powinna się przyjaźnić.
Mogłabym oczywiście odpowiedzieć najprościej: Kościół uznał ją za świętą i na tym zakończyć dyskusję. Tyle że nie o to chodzi. Jeśli pojawiają się poważne zarzuty, warto je sprawdzić. Nie po to, żeby za wszelką cenę bronić osoby, którą cenimy, ale żeby oddzielić fakty od opinii i internetowych historii powtarzanych tak długo, aż zaczęły funkcjonować jak pewniki. I rzeczywiście – nie wszystko, co dotyczy działalności Matki Teresy, jest wolne od uzasadnionej krytyki.
Najpoważniejsze zastrzeżenia dotyczą opieki medycznej w prowadzonym przez Misjonarki Miłości domu Nirmal Hriday w Kalkucie. W 1994 roku odwiedził go Robin Fox, lekarz i ówczesny redaktor prestiżowego czasopisma medycznego „The Lancet”. Jego relacja nie jest wymysłem przeciwników Kościoła. Artykuł naprawdę został opublikowany. Fox krytykował sposób diagnozowania pacjentów, niewystarczającą obecność lekarzy oraz brak silnych środków przeciwbólowych. Określił opiekę medyczną jako niesystematyczną.
To trzeba powiedzieć jasno: z punktu widzenia medycyny były tam rzeczy, które zasługiwały na krytykę. Nie będę więc twierdziła, że każdy zarzut wobec placówek Matki Teresy został wymyślony.
Tyle że właśnie w tym miejscu zaczyna się problem z internetową wersją tej historii.
Z faktu, że opieka medyczna pozostawiała wiele do życzenia, bardzo szybko przechodzi się do twierdzenia: „Matka Teresa celowo nie dawała ludziom leków przeciwbólowych, ponieważ chciała, żeby cierpieli”. To już nie jest to samo.
Po publikacji Foxa „The Lancet” opublikował komentarze dotyczące jego tekstu. Zwracano w nich uwagę między innymi na ogromny problem dostępności morfiny w ówczesnych Indiach. PubMed do dziś indeksuje tę dyskusję jako dotyczącą właśnie dostępności i dystrybucji morfiny oraz opieki nad osobami umierającymi.
Nie oznacza to, że wszystkie niedostatki opieki można w ten sposób usprawiedliwić. Oznacza natomiast, że sytuacja była znacznie bardziej skomplikowana niż popularne zdanie: „miała morfinę, ale nie dawała jej ludziom, żeby bardziej cierpieli”.
Na takie świadome działanie nie znalazłam wiarygodnych dowodów.
Matka Teresa rzeczywiście mówiła o cierpieniu językiem, który dziś – zwłaszcza osobom spoza chrześcijaństwa – może wydawać się trudny. Widziała w nim możliwość zjednoczenia z cierpiącym Chrystusem. Ale chrześcijańskie przekonanie, że cierpienie może otrzymać duchowy sens, nie jest tym samym co przekonanie, że należy cierpienie zadawać albo odmawiać jego łagodzenia.
Kiedy przeczyta się jej przemówienie noblowskie, trudno znaleźć w nim obraz kobiety fascynującej się bólem innych ludzi. Jest za to ciągle powracająca myśl o człowieku głodnym, chorym, bezdomnym, niechcianym i pozbawionym godności. Matka Teresa mówiła, że ubodzy nie potrzebują litości, lecz miłości, szacunku i traktowania ich z godnością. Opowiadała też o zabieraniu ze street ludzi, którzy wcześniej umierali pozostawieni sami sobie.
To oczywiście nie jest dowód na wysoki standard medyczny jej placówek. Jest natomiast czymś zupełnie innym niż obraz kobiety, której celem miałoby być zadawanie cierpienia.
Jest jeszcze zarzut dotyczący pieniędzy i tutaj również sprawa nie jest czarno-biała.
Matka Teresa przyjmowała pieniądze od ludzi, których działalność okazała się głęboko nieuczciwa. Najbardziej znanym przykładem jest amerykański finansista Charles Keating. Po jego problemach z prawem Matka Teresa napisała list do sędziego, prosząc o okazanie mu miłosierdzia. Prokurator Paul Turley odpowiedział jej, wyjaśniając, że pieniądze Keatinga pochodziły między innymi od tysięcy ludzi pokrzywdzonych jego działalnością. To wydarzenie jest udokumentowane.
Czy Matka Teresa wykazała się tutaj naiwnością i bardzo złą oceną człowieka? Moim zdaniem można tak powiedzieć.
Podobnie trudno bronić jej kontaktów z haitańskim reżimem rodziny Duvalierów. W 1981 roku spotkała się z Michèle Duvalier, wypowiadała się o niej bardzo życzliwie i przyjęła haitańskie odznaczenie. To także jest wydarzenie, które można krytykować.
Tylko znowu – czym innym jest stwierdzenie: „Matka Teresa niewłaściwie oceniła niektórych ludzi i przyjmowała pomoc od osób, od których nie powinna jej przyjmować”, a czym innym: „Matka Teresa była potworem”.
W dyskusjach pojawia się również temat ogromnych darowizn. Przejrzystość finansowa zgromadzenia była i jest rozsądnym tematem do pytań. Nie znalazłam jednak rzetelnego potwierdzenia internetowych opowieści, według których Matka Teresa miała zgromadzić dla siebie gigantyczny prywatny majątek albo osobiście przywłaszczać pieniądze przeznaczone dla ubogich.
Warto też uważać na mieszanie różnych rzeczy: pieniędzy przekazywanych międzynarodowemu zgromadzeniu, jego majątku, środków poszczególnych domów i rzekomego „majątku Matki Teresy”. To nie są pojęcia zamienne. Dziś Misjonarki Miłości publikują informacje finansowe, a ich brytyjski trust składa publiczne sprawozdania do Charity Commission. Nie rozstrzyga to oczywiście wszystkich pytań dotyczących finansów sprzed kilkudziesięciu lat, pokazuje jednak, jak ostrożnie trzeba podchodzić do sensacyjnych liczb krążących w internecie.
Skąd więc tak skrajnie negatywny obraz Matki Teresy?
Ogromny wpływ miał Christopher Hitchens – znakomity polemista, ale jednocześnie zdecydowany przeciwnik religii i jeden z najbardziej znanych krytyków Matki Teresy. To właśnie jego film i książka spopularyzowały wiele zarzutów, które później zaczęły żyć własnym życiem. Nie oznacza to, że wszystko, co opisywał, należy odrzucić. Część wskazywanych przez niego faktów rzeczywiście zasługuje na uwagę. Problem pojawia się wtedy, gdy interpretację autora zaczyna się przedstawiać jako bezsporny fakt historyczny.
Po przeczytaniu zarówno krytyki, jak i źródeł, na które powołują się jej autorzy, nie widzę podstaw do tworzenia z Matki Teresy postaci bez skazy. Widzę natomiast jeszcze mniej podstaw do nazywania jej „potworem”.
Widzę kobietę, która rozpoczęła pracę wśród ludzi umierających na ulicach Kalkuty, założyła w 1950 roku Misjonarki Miłości, a zgromadzenie rozrosło się później do tysięcy sióstr i setek placówek zajmujących się między innymi chorymi, bezdomnymi, osobami z trądem, dziećmi i ludźmi umierającymi.
Widzę jednocześnie kobietę, która popełniała błędy, której niektóre decyzje organizacyjne można podważać i która czasami zdecydowanie zbyt łatwo ufała ludziom posiadającym pieniądze i władzę.
I tu dochodzimy do rzeczy bardzo ważnej dla katolika.
Kanonizacja nie jest orzeczeniem, że człowiek nigdy się nie pomylił. Świętość nie oznacza nieomylności w zarządzaniu placówką, ekonomii, medycynie czy ocenie polityków i darczyńców. Kościół nie kanonizuje życiorysu, w którym każda decyzja była idealna. Kanonizuje człowieka, którego życie w swojej zasadniczej drodze było heroicznym świadectwem wiary i miłości do Boga.
Dlatego nie boję się czytać krytyki Matki Teresy.
Wiara nie potrzebuje przemilczania faktów.
Ale nie potrzebuje również przyjmowania każdego oskarżenia tylko dlatego, że zostało napisane setki razy w internecie.
Możemy powiedzieć uczciwie: tak, standard medyczny części jej placówek był krytykowany i niektóre zarzuty były uzasadnione. Tak, jej kontakty z Keatingiem czy Duvalierami budzą bardzo poważne zastrzeżenia. Tak, można zadawać pytania dotyczące sposobu zarządzania ogromnymi darowiznami.
Ale zdania „popełniała błędy” i „była potworem, który celowo torturował ubogich” dzieli ogromna przepaść.
I właśnie rzetelnych dowodów pozwalających przekroczyć tę przepaść nie znajduję.
Może więc zamiast tworzyć kolejną nieskazitelną legendę albo kolejną czarną legendę, warto zobaczyć człowieka. Człowieka niedoskonałego, czasem podejmującego decyzje, których dziś trudno bronić, a jednocześnie człowieka, który poświęcił swoje życie ludziom, obok których inni często przechodzili, nie chcąc nawet na nich patrzeć.
Święta Matka Teresa nie musi być bezbłędna, żeby mogła nas czegoś nauczyć.