„Samarytanin, kapelusznice i kot, czyli jak skutecznie pomagać” – ks. Jan Kaczkowski o pomaganiu, które ma sens

Pomaganie innym wydaje się czymś oczywistym, zwłaszcza kiedy patrzymy na nie z perspektywy chrześcijaństwa. Od dzieciństwa słyszymy przecież o miłości bliźniego, uczynkach miłosierdzia i obowiązku dostrzegania ludzi potrzebujących. Znamy przypowieść o miłosiernym Samarytaninie i bez większego trudu potrafimy powiedzieć, jakie płynie z niej przesłanie. Znacznie trudniej zastosować je w codziennym życiu, szczególnie wtedy, kiedy pomoc wymaga naszego czasu, cierpliwości, rezygnacji z własnej wygody albo zmierzenia się z czyimś cierpieniem. Słuchając audiobooka „Samarytanin, kapelusznice i kot, czyli jak skutecznie pomagać”, wróciłam do pytania, które wydaje się bardzo proste, a jednak wcale takie nie jest. Czy każda pomoc rzeczywiście służy człowiekowi, któremu chcemy pomóc?

Ks. Jan Kaczkowski należy do tych duchownych, których słowa trudno pomylić z wypowiedziami kogokolwiek innego. Mówił bez zbędnego patosu, potrafił żartować z samego siebie, a jednocześnie podejmował tematy, od których wielu ludzi wolałoby odwrócić wzrok. Choroba, umieranie, cierpienie, bezradność i ludzka godność nie były dla niego jedynie zagadnieniami do rozważań. Jako współtwórca Puckiego Hospicjum pw. św. Ojca Pio przez lata spotykał ludzi w najtrudniejszych momentach ich życia. Sam również doświadczył poważnej choroby, dlatego jego spojrzenie na pomaganie wyrastało z bardzo konkretnej rzeczywistości.

Już sam tytuł audiobooka zwraca uwagę. Obok dobrze znanego Samarytanina pojawiają się kapelusznice i kot, co brzmi dość zaskakująco jak na opowieść o chrześcijańskiej miłości bliźniego. Taki nieoczywisty sposób mówienia był jednak charakterystyczny dla ks. Kaczkowskiego. Nie potrzebował uroczystego języka, żeby poruszać sprawy naprawdę ważne. Potrafił pokazywać ludzkie zachowania z humorem, a jednocześnie trafnie dostrzegać nasze słabości, przyzwyczajenia i sprzeczności.

Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie jest jednym z najpiękniejszych fragmentów Ewangelii, ale warto przyjrzeć się jej uważniej. Człowiek pobity przez zbójców leży przy drodze, a mijają go osoby, po których można byłoby spodziewać się pomocy. Dopiero Samarytanin, należący do społeczności pozostającej w konflikcie z Żydami, zatrzymuje się, opatruje rany poszkodowanego, zapewnia mu schronienie i pokrywa koszty dalszej opieki. Jezus pokazuje w ten sposób, że miłość bliźniego nie kończy się na deklaracjach, przynależności religijnej czy znajomości przykazań. Wyraża się w konkretnym działaniu wobec człowieka, który potrzebuje naszej obecności.

Zastanawiam się jednak, jak często skupiamy się wyłącznie na tym, że Samarytanin pomógł, pomijając sposób, w jaki to zrobił. Nie ograniczył się do współczucia ani kilku pocieszających słów. Zauważył rzeczywistą sytuację poszkodowanego i odpowiedział na jego potrzeby. Zrobił to, co w danym momencie było konieczne, a następnie zadbał o dalszą opiekę. Nie próbował udowodnić swojej dobroci ani uczynić z cierpienia drugiego człowieka okazji do pokazania własnej szlachetności.

To rozróżnienie wydaje mi się szczególnie ważne, ponieważ pomaganie może mieć również swoją mniej oczywistą stronę. Zdarza się, że tak bardzo chcemy komuś pomóc, iż przestajemy słuchać, czego ta osoba naprawdę potrzebuje. Udzielamy rad, których nikt od nas nie oczekuje, wyręczamy w sprawach, z którymi ktoś mógłby poradzić sobie samodzielnie, albo narzucamy rozwiązania, które nam wydają się najlepsze. Niekiedy bardziej zależy nam na poczuciu, że zrobiliśmy coś dobrego, niż na rzeczywistym dobru człowieka znajdującego się przed nami.

W swojej pracy nauczycielskiej i pedagogicznej bardzo często spotykam się z podobnymi sytuacjami. Dziecko ma trudność z wykonaniem zadania, więc dorosły natychmiast podpowiada odpowiedź. Uczeń nie potrafi rozwiązać konfliktu, dlatego ktoś od razu rozstrzyga sprawę za niego. Rodzic, chcąc oszczędzić dziecku przykrości, usuwa z jego drogi każdą przeszkodę. Wszystko to może wynikać z troski i najlepszych intencji, ale nie zawsze prowadzi do rozwoju. Czasami prawdziwa pomoc polega na cierpliwym towarzyszeniu, stworzeniu bezpiecznych warunków i pozwoleniu drugiemu człowiekowi na podjęcie własnego wysiłku.

Podobnie bywa w relacjach z dorosłymi. Kiedy ktoś przeżywa trudny okres, mamy ogromną pokusę, żeby natychmiast znaleźć rozwiązanie. Tymczasem osoba cierpiąca może wcale nie potrzebować kolejnej rady. Być może chce po prostu opowiedzieć o tym, co ją spotkało, bez obawy, że zostanie oceniona albo pouczona. Szczególnie trudne jest to w sytuacjach związanych z chorobą i umieraniem. Wtedy bardzo łatwo uciekać w pocieszające zdania, zapewnienia, że wszystko będzie dobrze, albo w religijne wyjaśnienia, które mają zagłuszyć naszą własną bezradność.

Ks. Kaczkowski wielokrotnie przypominał swoim życiem i działalnością, że człowiek ciężko chory nie przestaje być osobą posiadającą własne potrzeby, pragnienia, poczucie humoru i prawo do podejmowania decyzji. Choroba nie odbiera mu godności ani nie sprawia, że inni mogą dowolnie rozporządzać jego życiem. Pomaganie wymaga więc szacunku, uważności i umiejętności dostrzegania w chorym kogoś znacznie więcej niż pacjenta, którym trzeba się zaopiekować.

Myślę, że właśnie tutaj chrześcijańskie rozumienie miłosierdzia spotyka się z bardzo praktyczną mądrością. Miłosierdzie nie polega na patrzeniu na drugiego człowieka z góry. Nie jest również sposobem na udowodnienie własnej moralnej wyższości. W centrum znajduje się osoba, której chcemy pomóc, a nie nasze dobre samopoczucie wynikające z udzielonego wsparcia. To wymaga pokory, ponieważ czasami trzeba przyznać, że nie wiemy, co zrobić, albo że nasze dotychczasowe próby pomocy nie przynoszą oczekiwanych rezultatów.

Ważna jest także kwestia granic. W środowiskach chrześcijańskich zdarza się przekonanie, że dobry człowiek powinien zawsze być dostępny, nigdy nie odmawiać i nieustannie poświęcać się dla innych. Tymczasem skuteczne pomaganie wymaga również odpowiedzialności za własne możliwości. Człowiek przemęczony, pozbawiony odpoczynku i próbujący samodzielnie rozwiązać wszystkie problemy otoczenia prędzej czy później zaczyna odczuwać bezsilność. Umiejętność poproszenia o wsparcie, przekazania sprawy odpowiedniej osobie czy powiedzenia, że czegoś nie jesteśmy w stanie zrobić, nie musi oznaczać braku miłości bliźniego.

Wróciłam przy tej okazji do jeszcze jednej myśli. Pomaganie nie zawsze musi wiązać się z wielkimi gestami. Czasem będzie to odwiedzenie samotnej osoby, zrobienie zakupów choremu sąsiadowi, spokojne wysłuchanie kogoś, kto od dawna nie miał z kim porozmawiać, albo zauważenie człowieka, którego inni konsekwentnie pomijają. W codziennym pośpiechu łatwo przeoczyć takie sytuacje, ponieważ nie wydają się szczególnie spektakularne. A przecież właśnie w nich najczęściej sprawdza się nasza gotowość do życia Ewangelią.

Słuchanie ks. Kaczkowskiego ma dla mnie jeszcze jeden wymiar. Jego sposób mówienia o wierze przypomina, że chrześcijaństwo nie powinno być oderwane od zwyczajnego życia. Można pięknie mówić o miłosierdziu, a jednocześnie pozostawać obojętnym wobec człowieka siedzącego obok. Można znać przypowieść o Samarytaninie niemal na pamięć, a mimo to przechodzić obojętnie obok czyjejś samotności. Można też pomagać bardzo aktywnie, lecz zapominać o szacunku dla osoby, której tę pomoc oferujemy.

Właśnie dlatego tak ważne wydaje mi się słowo „skutecznie” zawarte w tytule. Dobra intencja jest początkiem, ale nie zawsze wystarcza. Pomoc powinna być przemyślana, dostosowana do sytuacji i udzielana w taki sposób, żeby rzeczywiście służyła drugiemu człowiekowi. Niekiedy wymaga to konkretnego działania, innym razem cierpliwego towarzyszenia, a czasami uznania, że ktoś inny posiada większą wiedzę i lepsze możliwości udzielenia wsparcia.

Audiobook „Samarytanin, kapelusznice i kot, czyli jak skutecznie pomagać” jest dla mnie dobrą okazją do zastanowienia się nad własnym sposobem reagowania na cudze potrzeby. Szczególnie poleciłabym go osobom, które na co dzień pracują z ludźmi, opiekują się bliskimi, angażują się w działalność charytatywną albo po prostu chcą mądrzej realizować przykazanie miłości bliźniego. To temat ważny zarówno dla osób wierzących, jak i dla każdego, kto dostrzega, że między chęcią pomagania a rzeczywistą pomocą może istnieć spora różnica.

Po takim spotkaniu z myślą ks. Jana Kaczkowskiego zostaje mi przekonanie, że nie wystarczy pytać siebie, czy zrobiłam dziś coś dobrego. Warto również zastanowić się, czy moje działanie rzeczywiście było dobre dla drugiego człowieka. Czy potrafiłam go wysłuchać, uszanować jego decyzję, dostrzec jego potrzeby i nie narzucać własnego sposobu rozwiązania problemu? Czy pomagałam dlatego, że ktoś potrzebował pomocy, czy może również dlatego, że sama chciałam poczuć się potrzebna?

Miłosierny Samarytanin nie zatrzymał się przy rannym człowieku po to, żeby udowodnić, jak dobrym jest człowiekiem. Zatrzymał się, ponieważ zobaczył kogoś, kto cierpiał i potrzebował pomocy. I chyba właśnie od takiego spojrzenia powinno zaczynać się każde prawdziwe miłosierdzie.

Naaman – kiedy Bóg proponuje rozwiązanie zbyt proste, żebyśmy chcieli w nie uwierzyć

Historia Naamana z Drugiej Księgi Królewskiej jest opowieścią o człowieku, który miał niemal wszystko, czego można było w tamtych czasach pragnąć. Był dowódcą wojska króla Aramu, człowiekiem cenionym, wpływowym i skutecznym, a jednak cierpiał na chorobę, wobec której jego pozycja i znaczenie niewiele mogły zrobić. Właśnie ta bezradność otwiera drogę do wydarzeń, które pokazują bardzo wyraźnie, jak łatwo człowiekowi szukać Boga według własnego scenariusza i jak trudno czasem przyjąć łaskę, kiedy przychodzi w formie zbyt prostej, zbyt zwyczajnej albo po prostu niezgodnej z naszymi oczekiwaniami.

Do Naamana dociera wieść o proroku w Izraelu dzięki młodej izraelskiej dziewczynie, która służyła jego żonie. Już ten szczegół jest znaczący, bo Bóg nie zaczyna tej historii od wielkiego dworu, uroczystej wizyty ani spektakularnego znaku, ale od prostego świadectwa kogoś, kto w oczach świata nie miał wielkiego znaczenia. Naaman rusza jednak z całą powagą człowieka przyzwyczajonego do oficjalnych rozwiązań, zabiera list od swojego króla i kosztowne dary, jakby spodziewał się, że uzdrowienie będzie wymagało równie wielkiej oprawy. Tymczasem Elizeusz nawet do niego nie wychodzi. Posyła tylko wiadomość, że ma siedem razy zanurzyć się w Jordanie, a zostanie oczyszczony.

Właśnie wtedy ujawnia się prawdziwy problem Naamana. Nie chodzi już tylko o chorobę. Wychodzi na jaw jego duma, jego wyobrażenie o tym, jak powinien działać Bóg, i przekonanie, że rozwiązanie godne tak ważnego człowieka musi wyglądać odpowiednio poważnie. Naaman spodziewał się zapewne, że prorok wyjdzie do niego osobiście, wykona jakiś szczególny gest, wezwie imienia Pana i dokona czegoś, co będzie miało rangę wielkiego cudu. Zamiast tego słyszy polecenie, które wydaje mu się niemal obraźliwie proste. Zaczyna nawet porównywać Jordan z rzekami swojego kraju, jakby chciał powiedzieć: jeśli już mam się obmywać, to dlaczego akurat tutaj?

To bardzo ludzka reakcja. My również nieraz prosimy Boga o pomoc, a jednocześnie układamy w głowie, jak ta pomoc powinna wyglądać. Modlimy się o zmianę, ale spodziewamy się, że przyjdzie ona w sposób wyraźny, poruszający i niepozostawiający wątpliwości. Tymczasem odpowiedź może brzmieć znacznie prościej: pojednaj się z kimś, przestań odkładać spowiedź, wróć do codziennej modlitwy, zrezygnuj z tego, co od dawna cię niszczy, poproś o pomoc, naucz się być wierny w małych rzeczach. I właśnie dlatego można tę odpowiedź przegapić. Wielkie rzeczy wydają się bardziej przekonujące, a proste bywają podejrzanie zwyczajne.

Na szczęście słudzy Naamana potrafią spojrzeć na sytuację trzeźwiej niż on sam. Zwracają mu uwagę, że gdyby prorok nakazał mu zrobić coś trudnego, zapewne by to uczynił, więc tym bardziej powinien spróbować tego, co proste. To niezwykle mądre zdanie, bo dotyka jednego z naszych częstych problemów w życiu duchowym: czasem jesteśmy gotowi na skomplikowane rozwiązania, ale opieramy się przed prostymi krokami. Człowiek potrafi marzyć o głębokim życiu modlitwy, ale nie potrafi znaleźć codziennie chwili ciszy. Chce naprawić relację, ale nie chce powiedzieć pierwszego „przepraszam”. Pragnie pokoju serca, ale miesiącami odkłada sakrament pojednania. Nie dlatego, że nie wie, co powinien zrobić, ale dlatego, że proste rzeczy bywają bardzo wymagające dla naszej dumy.

Naaman ostatecznie idzie do Jordanu i zanurza się siedem razy zgodnie ze słowem proroka. Trzeba jednak bardzo wyraźnie powiedzieć, że nie ma w tym żadnej magii. Nie liczba siedem sama w sobie go uzdrawia i nie woda Jordanu ma jakąś automatyczną moc. To Bóg uzdrawia, a zanurzenie staje się aktem posłuszeństwa wobec Jego słowa. Liczba siedem w Biblii często oznacza pełnię i dopełnienie, ale sens tej sceny nie polega na wykonaniu magicznego rytuału. Chodzi o to, że Naaman wreszcie rezygnuje z własnego scenariusza i robi to, o co został poproszony.

Z katolickiego punktu widzenia ta historia ma jeszcze jeden piękny wymiar. Ojcowie Kościoła widzieli w zanurzeniu Naamana figurę chrztu, czyli zapowiedź oczyszczenia, które Bóg daje przez wodę w sakramencie chrztu. Nie oznacza to oczywiście, że kąpiel Naamana była już chrześcijańskim chrztem. Była wydarzeniem Starego Testamentu, które w świetle Chrystusa można odczytać jako zapowiedź tego, co później staje się rzeczywistością sakramentalną. I tutaj znów powraca ta sama prawda: prosty znak może stać się miejscem działania Boga, ale nie dlatego, że sam przedmiot albo gest ma w sobie magiczną moc. Działa Bóg i to On jest źródłem łaski.

Historia Naamana bardzo dobrze pokazuje również, czym jest posłuszeństwo wiary. Nie chodzi o bezmyślne wykonywanie wszystkiego, co ktoś nam powie, ani o wyłączanie rozumu. Wiara katolicka nigdy nie przeciwstawia prawdziwej wiary rozumowi. Posłuszeństwo, o którym mówi ta historia, polega raczej na gotowości przyjęcia, że Bóg może prowadzić inaczej, niż sobie wyobrażaliśmy, i że Jego droga nie musi odpowiadać naszej potrzebie kontroli. Naaman musiał uznać, że nie wszystko da się ustawić po swojemu, nawet jeśli przez całe życie przywykł do wydawania rozkazów.

Może właśnie dlatego jego uzdrowienie jest tak głębokie. Nie kończy się na ciele. Po wszystkim Naaman wraca do Elizeusza i wyznaje, że nie ma Boga na całej ziemi poza Bogiem Izraela. To pokazuje, że wydarzyło się w nim coś więcej niż tylko fizyczne oczyszczenie. Człowiek, który przyjechał z darami, listem królewskim i poczuciem własnej ważności, odchodzi z nowym rozumieniem Boga. To nie Naaman ustala warunki. To Bóg daje łaskę i zaprasza do zaufania.

W tej historii bardzo porusza mnie właśnie to, że pycha prawie zamknęła Naamana na dar, o który przecież sam przyszedł prosić. Można być bardzo blisko łaski, a jednocześnie nie chcieć jej przyjąć, bo nie wygląda tak, jak oczekiwaliśmy. Można modlić się o odpowiedź i odrzucić ją tylko dlatego, że wydaje się zbyt zwyczajna. Można czekać na wielkie doświadczenie duchowe, a nie zauważyć, że Bóg od dawna prowadzi przez rzeczy proste: przez Ewangelię, sakramenty, codzienną wierność, obowiązki, relacje, przebaczenie i małe decyzje podejmowane każdego dnia.

To jest bardzo trzeźwa i bardzo katolicka lekcja. Bóg naprawdę działa przez to, co proste, ale prostota nie oznacza łatwizny. Czasem zanurzyć się siedem razy w Jordanie jest trudniej niż podjąć wielkie dzieło, bo trzeba zrezygnować z własnej wizji, przyznać, że nie wiem wszystkiego najlepiej, i zaufać drodze, która nie robi na mnie większego wrażenia.

Może więc warto czasem spojrzeć na własne życie i zapytać, czy nie proszę Boga o zmianę, a jednocześnie ignoruję prosty krok, który od dawna powinienem zrobić. Czy nie czekam na coś nadzwyczajnego, podczas gdy odpowiedź już przyszła, tylko nie wygląda dostatecznie efektownie. Czy nie komplikuję tego, co wymaga przede wszystkim pokory, wytrwałości i posłuszeństwa temu, co już rozpoznałam jako dobre.

Naaman wszedł do Jordanu jako człowiek przekonany, że wie, jak powinno wyglądać jego uzdrowienie. Wyszedł z niego nie tylko oczyszczony, ale też bardziej wolny od własnego wyobrażenia o Bogu. I chyba właśnie to jest najważniejsze w tej historii: czasem największym cudem nie jest to, że Bóg daje nam dokładnie to, o co prosimy, ale że uczy nas przyjąć Jego sposób działania, nawet jeśli na początku wydaje się zbyt prosty, żebyśmy chcieli w niego uwierzyć.

Kierownictwo duchowe – komu jest potrzebne i czym różni się od spowiedzi?

Kierownictwo duchowe bywa czasem owiane niepotrzebną tajemnicą. Jedni kojarzą je z czymś zarezerwowanym dla osób zakonnych, księży albo ludzi „bardzo zaawansowanych” w wierze, inni przeciwnie – mają wrażenie, że każdy katolik powinien koniecznie mieć swojego kierownika duchowego, bo inaczej jego życie wewnętrzne będzie mniej dojrzałe. Tymczasem prawda jest spokojniejsza i bardziej praktyczna. Kierownictwo duchowe może być ogromną pomocą, ale nie jest sakramentem i nie jest obowiązkiem każdego wierzącego.

Najpierw warto uporządkować podstawową różnicę. Spowiedź jest sakramentem. W sakramencie pokuty i pojednania człowiek wyznaje grzechy, otrzymuje rozgrzeszenie i pojednuje się z Bogiem oraz Kościołem. To nie jest tylko rozmowa o życiu duchowym, ale rzeczywiste działanie łaski Chrystusa w sakramencie. Kierownictwo duchowe natomiast jest pomocą w rozeznawaniu życia wewnętrznego, w modlitwie, podejmowaniu decyzji, odkrywaniu działania Boga i rozumieniu własnych poruszeń. Może towarzyszyć spowiedzi, ale nie jest z nią tożsame.

W praktyce te dwie rzeczy czasem się łączą, bo jedna osoba może być jednocześnie spowiednikiem i kierownikiem duchowym. Nie zawsze jednak musi tak być. Można mieć stałego spowiednika i osobno korzystać z rozmów duchowych. Można też przystępować do spowiedzi u różnych kapłanów, a kierownictwo odbywać z jedną konkretną osobą. Ważne jest tylko, żeby wiedzieć, czego od danej relacji oczekujemy i nie mieszać sakramentu z poradnictwem duchowym.

Kim właściwie jest kierownik duchowy? To ktoś, kto pomaga człowiekowi patrzeć na swoje życie w świetle wiary. Nie podejmuje decyzji za niego, nie steruje jego życiem i nie daje gotowych odpowiedzi na każdy problem. Dobry kierownik raczej pomaga zobaczyć więcej, porządkuje, zadaje właściwe pytania, czasem ostrzega, czasem uspokaja, a przede wszystkim prowadzi do większej wolności wobec Boga.

To bardzo ważne, bo kierownictwo duchowe nie powinno tworzyć zależności. Jeśli człowiek po każdej rozmowie ma wrażenie, że bez zgody kierownika nie może podjąć żadnej decyzji, jeśli boi się myśleć samodzielnie albo czuje, że jego życie zaczyna być sterowane z zewnątrz, to coś jest nie tak. Celem nie jest podporządkowanie człowieka drugiej osobie, ale pomoc w dojrzewaniu do odpowiedzialnego rozeznawania.

Dobry kierownik duchowy nie zajmuje miejsca Boga. To może brzmieć oczywiście, ale warto powiedzieć to wprost. Nie jest wyrocznią, nie zna automatycznie woli Bożej dla drugiego człowieka i nie powinien mówić tonem absolutnej pewności tam, gdzie potrzebne jest rozeznanie. Może pomóc zobaczyć pewne rzeczy jaśniej, ale ostatecznie człowiek sam odpowiada za swoje decyzje przed Bogiem.

Kierownictwo duchowe jest szczególnie pomocne wtedy, gdy ktoś przeżywa dłuższy etap duchowych trudności, ma problem z rozeznaniem, powtarzają się u niego podobne schematy, przeżywa oschłość, kryzys modlitwy, wątpliwości dotyczące powołania albo ważnych decyzji życiowych. Może też być bardzo cenne dla osób, które chcą uporządkować swoją modlitwę i lepiej rozumieć to, co dzieje się w ich relacji z Bogiem.

Nie oznacza to jednak, że kierownictwo jest tylko na czas kryzysu. Czasem właśnie wtedy, gdy w życiu nie dzieje się nic spektakularnego, stała rozmowa duchowa pomaga nie popaść w rutynę. Pozwala zobaczyć, gdzie naprawdę dojrzewam, a gdzie tylko powtarzam znane schematy. Pomaga też odróżniać autentyczne poruszenia duchowe od własnych emocji, lęków czy ambicji.

Bardzo ważne jest też, czego od kierownika duchowego nie oczekiwać. Nie powinien pełnić roli terapeuty, choć może zauważyć, że pewne sprawy wymagają wsparcia psychologicznego. Nie powinien rozwiązywać za nas konfliktów rodzinnych, wybierać pracy, decydować, z kim mamy się związać ani przejmować odpowiedzialności za nasze życie. Nie jest też od tego, żeby potwierdzać każdą naszą interpretację i mówić wyłącznie to, co chcemy usłyszeć.

Zdarza się, że człowiek szuka kierownika duchowego nie po to, żeby rozeznać, ale żeby ktoś wreszcie powiedział mu, co ma zrobić. To bardzo ludzka potrzeba, szczególnie w trudnych momentach, ale kierownictwo nie powinno zamieniać się w duchowe wyręczanie. Dojrzałość polega także na tym, żeby podejmować decyzje w wolności, po modlitwie, rozeznaniu i z uwzględnieniem rozsądku.

Warto też pamiętać, że kierownik duchowy nie musi być kimś „idealnym”. Musi natomiast być człowiekiem dojrzałym, wiernym nauce Kościoła, rozsądnym, dyskretnym i takim, przy którym można mówić szczerze. Zaufanie jest tu bardzo ważne, ale nie ślepe. Jeśli ktoś manipuluje, przekracza granice, narzuca swoją wolę albo buduje wokół siebie atmosferę wyjątkowego duchowego autorytetu, warto zachować ostrożność.

Czy każdy musi mieć kierownika duchowego? Nie. Kościół nie stawia takiego wymogu wobec wszystkich wiernych. Wielu ludzi prowadzi dojrzałe życie duchowe bez stałego kierownictwa, korzystając z sakramentów, modlitwy, Pisma Świętego, nauczania Kościoła i mądrych rozmów od czasu do czasu. Kierownictwo jest pomocą, nie warunkiem świętości.

Dla niektórych będzie jednak bardzo cennym wsparciem. Zwłaszcza wtedy, gdy człowiek zauważa, że kręci się wokół tych samych pytań, trudno mu zobaczyć własne mechanizmy albo potrzebuje kogoś, kto pomoże zachować właściwą perspektywę. Wtedy warto szukać spokojnie, bez pośpiechu i bez przekonania, że trzeba znaleźć „duchowego mistrza” na całe życie.

Najważniejsze jest chyba to, żeby kierownictwo duchowe prowadziło do większej wolności, pokoju, prawdy i odpowiedzialności przed Bogiem. Jeśli pomaga lepiej się modlić, uczciwiej patrzeć na siebie, dojrzalej podejmować decyzje i bardziej ufać Chrystusowi, spełnia swoją rolę.

Jeśli natomiast człowiek staje się coraz bardziej zależny od opinii drugiej osoby, coraz mniej ufa własnemu sumieniu albo zaczyna traktować kierownika jak jedynego pośrednika między sobą a Bogiem, trzeba się zatrzymać i przyjrzeć tej relacji uważniej.

Kierownictwo duchowe nie jest drogą do oddania komuś odpowiedzialności za swoje życie. Jest pomocą w tym, żeby tę odpowiedzialność przeżywać bardziej świadomie przed Bogiem.

I chyba właśnie wtedy ma największy sens.

„Targ zamknięty” o. Adama Szustaka OP – kiedy przestajemy handlować z Bogiem

Zastanawiałam się kiedyś, jak często w naszych modlitwach pojawia się coś, co bardziej przypomina negocjacje niż rozmowę z Bogiem. Prosimy o zdrowie, pomyślne rozwiązanie trudnej sprawy, spokój w rodzinie, a czasami w zamian obiecujemy poprawę, dodatkową modlitwę czy zmianę jakiegoś przyzwyczajenia. Oczywiście samo składanie Bogu obietnic nie musi być niczym złym, podobnie jak proszenie Go o konkretne łaski. Problem zaczyna się wtedy, gdy nabieramy przekonania, że nasze modlitwy, dobre uczynki i religijne praktyki powinny zagwarantować nam określoną odpowiedź. Właśnie takiemu myśleniu przygląda się o. Adam Szustak w książce „Targ zamknięty. Lekcje Hioba. Droga do zbawienia”. I robi to w sposób, który potrafi mocno zakwestionować nasze dotychczasowe wyobrażenia o relacji z Bogiem.

Książka ukazała się w 2018 roku nakładem wydawnictwa RTCK, liczy 192 strony i należy do serii „Jestem legendą”, w której o. Szustak odczytuje historie biblijnych bohaterów w odniesieniu do współczesnego życia. Powstała na podstawie audiokonferencji o tym samym tytule, a jej dodatkowym walorem są ilustracje przygotowane przez dominikanina Jacka Hajnosa. Tym razem autor bierze na warsztat Księgę Hioba, jedną z najbardziej wymagających ksiąg Starego Testamentu. Mogłoby się wydawać, że będzie to kolejna opowieść o cierpieniu, cierpliwości i konieczności pogodzenia się z Bożą wolą. Tymczasem Szustak już na początku kieruje uwagę czytelnika w zupełnie inną stronę. Jego zdaniem w historii Hioba chodzi przede wszystkim o to, jak rozumiemy Boga i na jakich zasadach próbujemy budować z Nim relację.

Hiob jest człowiekiem sprawiedliwym, zamożnym, otoczonym rodziną i cieszącym się szacunkiem. Żyje uczciwie, troszczy się o swoich bliskich i pozostaje wierny Bogu. Nagle jednak traci niemal wszystko. Umierają jego dzieci, znika majątek, a on sam zostaje dotknięty ciężką chorobą. W krótkim czasie jego dotychczasowy świat rozpada się na kawałki. Dla człowieka przekonanego, że dobro powinno być nagradzane, a zło karane, historia ta staje się ogromnym problemem. Skoro Hiob był sprawiedliwy, dlaczego spotkało go tak wielkie nieszczęście? Czy Bóg nie powinien ochronić człowieka, który starał się żyć zgodnie z Jego wolą?

Właśnie tutaj pojawia się zagadnienie, któremu o. Szustak poświęca wiele uwagi, czyli teologia odpłaty, nazywana również teologią retrybucji. Jest to sposób myślenia, według którego powodzenie człowieka stanowi nagrodę za dobre życie, a cierpienie jest konsekwencją popełnionego zła. Tak rozumiany świat wydaje się uporządkowany i przewidywalny. Jeśli będę dobry, Bóg będzie mi błogosławił, a jeśli postąpię źle, spotka mnie kara. Problem polega na tym, że rzeczywistość nie zawsze odpowiada tak prostemu schematowi. Ludzie uczciwi chorują, tracą bliskich i doświadczają niesprawiedliwości, podczas gdy osoby postępujące nieuczciwie nieraz przez długie lata cieszą się zdrowiem, majątkiem i powodzeniem.

Przyznam, że ten sposób myślenia jest nam znacznie bliższy, niż chcielibyśmy przyznać. Wystarczy posłuchać niektórych rozmów o ludzkich nieszczęściach. Ktoś zachorował, więc może powinien zastanowić się nad swoim życiem. Komuś rozpadło się małżeństwo, więc zapewne gdzieś popełnił błąd. Kogoś spotkała tragedia, więc pojawia się pytanie, za co Bóg go ukarał. Czasami takie słowa wypowiadane są bez złej intencji, ale potrafią wyrządzić ogromną krzywdę. Sugerują bowiem, że cierpiący człowiek sam zasłużył na swoje nieszczęście, a Bóg jest kimś, kto nieustannie prowadzi rachunek naszych przewinień i wymierza odpowiednie kary.

Podobnie zachowują się przyjaciele Hioba. Przychodzą do niego w chwili tragedii i początkowo po prostu przy nim trwają. Później jednak zaczynają tłumaczyć jego cierpienie, przekonywać go do własnych racji i szukać winy, która uzasadniałaby to, co go spotkało. Nie potrafią pogodzić się z myślą, że człowiek sprawiedliwy może cierpieć bez związku z popełnionym grzechem. Zamiast słuchać Hioba, próbują dopasować jego doświadczenie do swojego wyobrażenia o Bogu. W książce o. Szustak przygląda się również sposobom argumentowania, jakimi posługują się rozmówcy Hioba. Pokazuje, jak łatwo w sporze o prawdę przejść od rzeczowej rozmowy do osądzania drugiego człowieka, a nawet agresji.

Ten fragment szczególnie mocno kojarzy mi się z naszym współczesnym sposobem rozmawiania o wierze. Nieraz mam wrażenie, że bardziej zależy nam na obronieniu własnego obrazu Boga niż na zrozumieniu człowieka, który przeżywa trudności. Kiedy ktoś mówi o cierpieniu, kryzysie wiary czy poczuciu opuszczenia, bardzo szybko podsuwamy gotowe odpowiedzi. Przypominamy, że trzeba zaufać, więcej się modlić albo przyjąć swój krzyż. Tymczasem człowiek znajdujący się w dramatycznej sytuacji nie zawsze potrzebuje natychmiastowego wyjaśnienia. Czasem znacznie ważniejsze jest to, żeby ktoś usiadł obok niego, wysłuchał i pozwolił mu wypowiedzieć również te uczucia, których nie potrafi uporządkować.

Hiob nie jest przecież człowiekiem, który spokojnie przyjmuje wszystkie wydarzenia i ani przez chwilę nie zadaje pytań. W jego wypowiedziach pojawiają się rozpacz, gniew, niezrozumienie i bardzo odważne słowa kierowane do Boga. Domaga się odpowiedzi, nie zgadza się z oskarżeniami przyjaciół i nie zamierza przyznawać się do winy, której nie popełnił. To ważny element biblijnej opowieści, ponieważ pokazuje, że prawdziwa relacja z Bogiem nie musi oznaczać ukrywania przed Nim własnego bólu. Modlitwa człowieka cierpiącego może być pełna pytań, a nawet pretensji. W Biblii znajdujemy przecież całe psalmy, w których autorzy wołają do Boga z poczuciem opuszczenia i niezrozumienia.

O. Szustak prowadzi czytelnika jeszcze dalej, stawiając pytanie o bezinteresowność naszej wiary. Czy potrafimy kochać Boga również wtedy, kiedy nie otrzymujemy tego, o co prosimy? Czy nasza religijność przetrwa sytuację, w której modlitwa nie przyniesie oczekiwanego rozwiązania, a uczciwe życie nie uchroni nas przed cierpieniem? I czy rzeczywiście wierzymy, że Bóg nas kocha, czy raczej jesteśmy przekonani, że musimy nieustannie zasługiwać na Jego przychylność?

Tytułowy targ jest bardzo trafnym obrazem takiego podejścia. Na targowisku obie strony chcą coś uzyskać. Jedna oferuje towar, druga zapłatę, a cała transakcja opiera się na określonych warunkach. Jeśli przeniesiemy ten mechanizm do życia duchowego, zaczniemy traktować modlitwę, sakramenty i dobre uczynki jak walutę, za którą można kupić Bożą opiekę, pomyślność, a ostatecznie nawet zbawienie. Człowiek może wtedy bardzo sumiennie wypełniać praktyki religijne, a jednocześnie coraz bardziej oddalać się od istoty chrześcijaństwa, którą jest miłość.

Nie oznacza to oczywiście, że nasze postępowanie nie ma znaczenia albo że przykazania, sakramenty i uczynki miłosierdzia są zbędne. Katolicka nauka o łasce wyraźnie przypomina, że zbawienie jest darem Boga, na który człowiek nie może samodzielnie zasłużyć, ale jednocześnie jesteśmy wezwani do współpracy z otrzymaną łaską. Wiara powinna przynosić owoce w konkretnych wyborach i czynach. Różnica polega na motywacji. Można czynić dobro ze strachu przed karą, z nadzieją na nagrodę albo dlatego, że odkryło się miłość Boga i pragnie się na nią odpowiedzieć. Zewnętrznie te zachowania mogą wyglądać podobnie, ale duchowo prowadzą w zupełnie innych kierunkach.

Myślę, że jest to szczególnie ważne w wychowaniu religijnym dzieci. Bardzo łatwo, nawet nieświadomie, przedstawić im Boga jako kogoś, kto nagradza grzecznych i karze nieposłusznych. Wystarczy kilka niefortunnych zdań, żeby dziecko zaczęło kojarzyć modlitwę z obowiązkiem, a Bożą miłość z nagrodą za odpowiednie zachowanie. Tymczasem podstawą chrześcijańskiego wychowania powinno być przekonanie, że Bóg kocha człowieka, zanim ten zdąży zrobić cokolwiek, aby na tę miłość odpowiedzieć. Przykazania nie są ceną, którą trzeba zapłacić za Bożą przychylność, lecz drogą uczenia się życia zgodnego z miłością, którą otrzymaliśmy.

W książce pojawia się również pytanie o grzech i jego konsekwencje. Czy nasze złe postępowanie w jakikolwiek sposób dotyka Boga? Czy grzech jest jedynie naruszeniem ustalonych zasad, czy przede wszystkim raną zadaną relacji? To zagadnienie prowadzi do głębszego spojrzenia na nawrócenie. Jeśli postrzegamy Boga wyłącznie jako surowego sędziego, spowiedź może stać się próbą uniknięcia kary. Jeśli natomiast zaczynamy odkrywać Go jako kochającego Ojca, sakrament pojednania nabiera zupełnie innego znaczenia. Nie chodzi już tylko o uporządkowanie rachunku win, ale o powrót do relacji, którą grzech osłabia lub niszczy z naszej strony.

Jednym z trudniejszych pytań, jakie podejmuje o. Szustak, jest również kwestia odpowiedzialności za grzechy poprzednich pokoleń. Autor odnosi się do przekonania, że zło popełnione przez przodków może w szczególny sposób obciążać ich potomków. Warto tutaj pamiętać o ważnym rozróżnieniu. Konsekwencje cudzych decyzji rzeczywiście mogą wpływać na życie kolejnych pokoleń. Dzieci ponoszą nieraz skutki przemocy, uzależnień, zaniedbań czy trudnych doświadczeń rodzinnych. Nie oznacza to jednak dziedziczenia osobistej winy moralnej przodków. Każdy człowiek odpowiada za własne czyny, a chrześcijaństwo nie uczy, że jesteśmy skazani na duchową karę za grzechy popełnione przez naszych rodziców czy dziadków.

Ważnym elementem „Targu zamkniętego” jest również spojrzenie na samego Boga. W Księdze Hioba pojawia się przecież dramatyczne pytanie o Jego sprawiedliwość, dobroć i sposób działania. Człowiek chciałby otrzymać jasne wyjaśnienie, dlaczego spotkało go cierpienie, ale odpowiedź Boga nie przybiera formy prostego rozliczenia wszystkich wydarzeń. Hiob zostaje zaproszony do spojrzenia na rzeczywistość z szerszej perspektywy, przekraczającej jego dotychczasowe rozumienie świata. Nie otrzymuje szczegółowego uzasadnienia każdej straty. Spotyka natomiast Boga, którego nie da się zamknąć w ludzkich schematach.

Nie jest to łatwa odpowiedź i myślę, że nie powinniśmy udawać, iż rozwiązuje wszystkie pytania związane z cierpieniem. Księga Hioba nie daje nam prawa do tłumaczenia osobom przeżywającym tragedię, że wszystko, co je spotkało, było konieczne albo zostało przez Boga zaplanowane jako lekcja. Takie słowa mogą być szczególnie bolesne dla człowieka, który właśnie stracił dziecko, zmaga się z ciężką chorobą lub doświadcza ogromnej niesprawiedliwości. Chrześcijańska odpowiedź na cierpienie nie polega na znalezieniu usprawiedliwienia dla każdego zła. Jej centrum stanowi Jezus Chrystus, który sam wszedł w ludzkie cierpienie, przyjął krzyż i przez swoje zmartwychwstanie otworzył człowiekowi drogę do życia.

Dlatego tak cenny wydaje mi się epilog książki, w którym o. Szustak podejmuje pytanie o to, jak być przy ludziach cierpiących. To temat bardzo potrzebny, ponieważ nawet najlepsza znajomość Pisma Świętego nie zwalnia nas z delikatności i zwyczajnej ludzkiej wrażliwości. Możemy mieć ogromną wiedzę religijną, a jednocześnie nie potrafić wysłuchać kogoś, kto przeżywa dramat. Możemy znać wiele pięknych cytatów o zaufaniu, a mimo to wypowiedzieć je w chwili, kiedy bardziej potrzebne byłoby milczenie. Historia przyjaciół Hioba przypomina, że obecność przy cierpiącym człowieku wymaga pokory. Nie musimy znać odpowiedzi na każde pytanie, żeby okazać komuś miłość.

Podoba mi się również to, że „Targ zamknięty” nie jest książką napisaną językiem akademickiego komentarza biblijnego. O. Szustak pozostaje kaznodzieją, który opowiada, prowokuje do myślenia, posługuje się przykładami i nie unika mocnych sformułowań. Niektóre jego interpretacje mogą skłaniać do dyskusji, dlatego warto czytać je jako propozycję duchowego odczytania Księgi Hioba, a nie jedyne możliwe wyjaśnienie wszystkich jej fragmentów. Sam tekst biblijny jest znacznie bogatszy i podejmuje także pytania o cierpienie niewinnych, granice ludzkiego poznania, sprawiedliwość oraz tajemnicę Bożej obecności. Książka może jednak stać się dobrym początkiem samodzielnej lektury tej niezwykłej księgi.

Zatrzymałam się przy niej również dlatego, że temat handlowania z Bogiem dotyczy nie tylko ludzi, którzy dopiero zaczynają swoją drogę wiary. Myślę, że może być szczególnie bliski osobom od lat związanym z Kościołem, regularnie uczestniczącym we Mszy Świętej, modlącym się i starającym się żyć uczciwie. Z czasem łatwo przyzwyczaić się do własnej religijności i nawet nie zauważyć, że gdzieś po drodze pojawiło się przekonanie o szczególnych prawach do Bożej pomocy. Skoro tyle lat się modlę, skoro staram się być dobrym człowiekiem, skoro nie zaniedbuję swoich obowiązków, to dlaczego właśnie mnie spotyka coś trudnego? W takich chwilach okazuje się, jak głęboko zakorzenione jest w nas myślenie o zasługiwaniu.

Nie chciałabym jednak, żeby z tej książki pozostało jedynie przekonanie, że nie wolno o nic prosić Boga ani oczekiwać Jego pomocy. Przecież sam Jezus zachęca nas do modlitwy prośby i uczy zwracania się do Boga jak do Ojca. Możemy prosić o zdrowie, pracę, rozwiązanie problemów i ochronę naszych bliskich. Możemy również podejmować postanowienia, wyrzeczenia i ofiarowywać modlitwę w konkretnych intencjach. Ważne, żebyśmy nie traktowali tych praktyk jak umowy, która zobowiązuje Boga do spełnienia naszych oczekiwań. Zaufanie nie oznacza pewności, że wszystko potoczy się zgodnie z naszym planem. Oznacza przekonanie, że nawet wtedy, kiedy nie rozumiemy wydarzeń, nie przestajemy być kochani.

Właśnie dlatego tytuł „Targ zamknięty” wydaje mi się tak trafny. Bóg nie prowadzi sklepu z łaskami, w którym za odpowiednią liczbę modlitw można otrzymać zdrowie, szczęście czy zbawienie. Nie jest również urzędnikiem, którego trzeba przekonać do wydania korzystnej decyzji. Jest Ojcem, który pierwszy wychodzi do człowieka ze swoją miłością i zaprasza go do odpowiedzi. A człowiek, który zaczyna to rozumieć, może wreszcie przestać nieustannie udowadniać, że zasługuje na Bożą uwagę.

„Targ zamknięty. Lekcje Hioba. Droga do zbawienia” poleciłabym szczególnie tym, którzy zmagają się z obrazem Boga surowego, wymagającego i nieustannie oceniającego, ale także osobom przekonanym, że mają już swoją relację z Nim dobrze uporządkowaną. To książka, która zachęca do ponownego przyjrzenia się własnej modlitwie, sposobowi przeżywania trudności i oczekiwaniom wobec Boga. Nie daje prostych odpowiedzi na wszystkie pytania, ale potrafi odsłonić mechanizmy, których wcześniej mogliśmy nawet nie dostrzegać.

Po tej lekturze zostaje mi przede wszystkim myśl o różnicy między zasługiwaniem na miłość a odpowiadaniem na miłość. W pierwszym przypadku człowiek żyje w nieustannym napięciu, bo zawsze może zrobić za mało, pomodlić się niewystarczająco albo popełnić błąd, który przekreśli jego dotychczasowe starania. W drugim odkrywa, że Boża miłość jest pierwsza, a dobre życie staje się odpowiedzią na otrzymany dar. Nie zwalnia go to z odpowiedzialności ani z pracy nad sobą, ale zmienia fundament, na którym buduje swoją wiarę.

I chyba właśnie tego najbardziej potrzebujemy się nauczyć. Przestać patrzeć na Boga jak na kogoś, z kim trzeba nieustannie negocjować warunki własnego szczęścia, a zacząć budować z Nim relację opartą na zaufaniu. Taką, w której jest miejsce na wdzięczność, radość, pytania, trudności, a nawet chwile niezrozumienia. Relację, której nie trzeba przeliczać na zasługi i nagrody, ponieważ jej początkiem nie jest nasza doskonałość, lecz miłość Boga.

Targ może być zamknięty, ale droga do Boga pozostaje otwarta.

Modlitwa w chwili pokusy

Są takie chwile, kiedy człowiek naprawdę nie potrzebuje kolejnego wyjaśnienia, bo doskonale wie, co jest dobre. Wie, że nie powinien odpowiadać złośliwością, wracać do czegoś, z czym od dawna walczy, poddawać się gniewowi, zazdrości, nieczystości, obmowie, lenistwu czy potrzebie odwetu. Sumienie mówi jedno, rozsądek mówi to samo, a mimo to serce ciągnie w przeciwną stronę. Właśnie wtedy modlitwa bywa najtrudniejsza, bo pokusa rzadko przychodzi w chwili duchowego skupienia. Zwykle pojawia się wtedy, kiedy jesteśmy zmęczeni, rozdrażnieni, samotni, rozczarowani albo osłabieni. I właśnie dlatego dobrze mieć modlitwę krótką, prostą, taką, po którą można sięgnąć natychmiast, zanim zaczniemy z samymi sobą negocjować.

Pokusy same w sobie nie są grzechem. To bardzo ważne, bo człowiek może już za samo pojawienie się złej myśli czuć się winny. Tymczasem pokusa jest propozycją, naciskiem, sugestią, która może przyjść z różnych stron, ale dopiero świadoma i dobrowolna zgoda prowadzi do grzechu. Jezus sam był kuszony na pustyni, a przecież pozostał bez grzechu. Dlatego w chwili pokusy nie trzeba przede wszystkim bać się własnej słabości. Trzeba raczej jak najszybciej zwrócić się do Chrystusa i powiedzieć Mu prawdę: wiem, co jest dobre, ale właśnie teraz bardzo trudno mi to wybrać.

Pokusa często zaczyna się niewinnie. Człowiek nie mówi sobie od razu: zrobię coś złego. Raczej: jeszcze tylko raz, przecież nic wielkiego się nie stanie, nikt się nie dowie, mam prawo, naprawdę już nie mam siły. I właśnie wtedy dobrze przerwać tę wewnętrzną rozmowę możliwie szybko. Im dłużej człowiek dyskutuje z pokusą, tym łatwiej znaleźć argument, który usprawiedliwi to, czego wcześniej sam nie chciał. Czasem najbardziej szczera modlitwa brzmi po prostu: „Jezu, pomóż mi teraz”. Nie później, kiedy już wszystko się wydarzy. Teraz, zanim powiem, napiszę, kliknę, wrócę do dawnego nawyku albo podejmę decyzję, której za chwilę będę żałować.

Walka z pokusą nie zawsze polega na heroicznym zaciskaniu zębów i trwaniu w miejscu. Czasem najrozsądniejsze jest zwyczajnie odejść. Zamknąć stronę, odłożyć telefon, przerwać rozmowę, nie wysłać wiadomości, wyjść z sytuacji, która tylko podsyca emocje. Chrześcijańska roztropność nie jest tchórzostwem. Jeśli wiem, że coś regularnie prowadzi mnie do tego samego upadku, nie muszę za każdym razem sprawdzać, czy tym razem będę silniejsza. Mogę wcześniej usunąć to, co niepotrzebnie wystawia mnie na próbę.

Wiele pokus działa dlatego, że obiecują szybką ulgę. W złości wydaje się, że dopiero ostre słowo przyniesie spokój. W urazie człowiek chce, żeby drugi poczuł podobny ból. W nałogu pojawia się obietnica krótkiego ukojenia, a w lenistwie myśl, że jeszcze jeden raz można odłożyć to, co trzeba zrobić. Problem w tym, że ta ulga zwykle trwa bardzo krótko, a potem zostaje ciężar, który dobrze znamy. Właśnie dlatego potrzebujemy łaski, żeby w chwili pokusy zobaczyć nie tylko najbliższą minutę, ale także to, co będzie później.

Czasem pomaga jedno proste pytanie: czego naprawdę teraz szukam? Dobra czy tylko szybkiej ulgi? Czy za chwilę będę wdzięczna sobie za tę decyzję? Czy to, co chcę zrobić, przybliży mnie do Boga i ludzi, czy raczej jeszcze bardziej mnie od nich oddali? Takie pytania nie zastępują modlitwy, ale mogą pomóc odzyskać trzeźwość wtedy, kiedy emocje próbują przejąć ster.

Nie wolno też zapominać, że walka duchowa nie polega na tym, iż chrześcijanin już nigdy nie upada. Człowiek może bardzo szczerze chcieć dobra, modlić się, podejmować konkretne decyzje, a jednak czasem przegrać. Wtedy pokusa przychodzi po raz drugi, tym razem pod postacią zniechęcenia: po co próbować, skoro znowu zrobiłam to samo. Tymczasem świętość nie rodzi się z bezbłędności, ale z nieustannego powracania do Boga. Oczywiście nie można traktować grzechu lekko ani urządzać sobie wygodnego życia z myślą, że później zawsze można pójść do spowiedzi. Ale równie niebezpieczne jest przekonanie, że po kolejnym upadku Bóg nie chce już naszego powrotu.

Chce. I właśnie dlatego nawet jeśli walka trwa długo, nie warto rezygnować z modlitwy. Czasem człowiek musi po raz setny poprosić o siłę w tej samej sprawie. Nie dlatego, że Bóg nie słucha, ale dlatego, że pewne przywiązania, nawyki i słabości naprawdę potrzebują czasu, współpracy z łaską i bardzo konkretnych decyzji. Niekiedy potrzebna jest spowiedź, rozmowa z mądrym kapłanem, kierownictwo duchowe, a w niektórych sytuacjach także pomoc specjalisty. Łaska Boga nie zwalnia nas z odpowiedzialności za to, żeby mądrze korzystać z pomocy.

W chwili pokusy dobrze jest również pamiętać, że Jezus nie patrzy na nas z daleka. Zna ludzką słabość, zmęczenie, samotność, głód, napięcie i nacisk pokusy. Nie przychodzi więc do człowieka z pogardą. Przychodzi z łaską, ale nie odbiera wolności. Możemy poprosić Go o pomoc, a potem naprawdę podjąć decyzję po stronie dobra. Czasem wystarczy jeden ruch: nie odpowiem teraz, nie otworzę tego, wyjdę stąd, zrobię znak krzyża, powiem imię Jezusa, zajmę się czymś innym. Nie chodzi o wielkie przeżycie duchowe. Chodzi o jeden wybór, a potem kolejny.

Modlitwa w chwili pokusy

Jezu, Ty widzisz, co teraz dzieje się w moim sercu. Wiem, co jest dobre, a mimo to czuję, jak bardzo ciągnie mnie w przeciwną stronę. Nie chcę udawać przed Tobą, że jestem silniejsza, niż jestem, dlatego proszę Cię: daj mi teraz łaskę, żebym nie poszła za tym, co za chwilę odbierze mi pokój.

Uspokój moje myśli i moje emocje. Pomóż mi nie szukać szybkiej ulgi w czymś, co oddali mnie od Ciebie. Daj mi siłę, żebym potrafiła odejść od tego, co mnie osłabia, i mądrość, żebym nie prowadziła z pokusą długich negocjacji. Strzeż mojego serca, moich słów i decyzji. Jeśli trzeba, zatrzymaj mnie przed pierwszym krokiem.

Jeśli jestem zła, daj mi łagodność. Jeśli jestem słaba, bądź moją siłą. Jeśli jestem samotna, przypomnij mi, że nie jestem sama. Nie chcę wybierać tylko tego, co łatwe na chwilę. Chcę wybrać dobro, nawet jeśli teraz kosztuje mnie więcej.

Jezu, ufam Tobie. Pomóż mi przejść przez tę chwilę razem z Tobą.

Amen.

Może właśnie taka modlitwa jest najbardziej potrzebna wtedy, kiedy człowiek nie potrzebuje już kolejnych wyjaśnień, ale siły do zrobienia tego, o czym doskonale wie, że jest dobre. Pokusa nie musi zniknąć natychmiast. Czasem wystarczy, że nie pozwolimy jej podjąć decyzji za nas.

A jeśli nie mamy siły na dłuższą modlitwę, można powiedzieć tylko jedno: Jezu, nie pozwól mi teraz odejść od Ciebie.

Sakrament czy sakramentalium? Medalik, woda święcona i błogosławieństwo to nie „małe sakramenty”

W religijnym języku łatwo czasem wrzucić wszystko do jednego worka. Medalik, różaniec, woda święcona, błogosławieństwo, znak krzyża, sakramenty. Wszystko jest „święte”, wszystko jest związane z Kościołem, więc dzieciom i dorosłym może się wydawać, że różnica jest tylko w nazwie. Tymczasem nie jest. Kościół bardzo wyraźnie odróżnia sakramenty od sakramentaliów i warto to uporządkować, bo za tym rozróżnieniem stoi bardzo ważna prawda o tym, jak działa łaska Boża.

Sakramentów jest siedem: chrzest, bierzmowanie, Eucharystia, pokuta i pojednanie, namaszczenie chorych, święcenia i małżeństwo. Zostały ustanowione przez Chrystusa i są skutecznymi znakami łaski. To znaczy, że nie są tylko symbolami przypominającymi nam o Bogu. W sakramentach sam Chrystus działa w swoim Kościele i udziela łaski. Dlatego Eucharystia nie jest po prostu pamiątką Ostatniej Wieczerzy, chrzest nie jest religijną ceremonią powitania dziecka, a spowiedź nie jest zwykłą rozmową o błędach. W każdym z tych sakramentów dzieje się coś rzeczywistego i duchowo obiektywnego.

Sakramentalia są czymś innym. To święte znaki ustanowione przez Kościół, które przygotowują człowieka do przyjęcia owocu sakramentów i uświęcają różne okoliczności życia. Należą do nich między innymi błogosławieństwa, poświęcenia, woda święcona czy egzorcyzmy, a także związane z nimi przedmioty pobłogosławione przez Kościół. Nie są „słabszymi sakramentami” ani ich uproszczoną wersją. Nie działają w taki sam sposób jak sakramenty i nie można stawiać między nimi znaku równości.

To szczególnie ważne w codziennej pobożności, bo właśnie tutaj bardzo łatwo o zamieszanie. Ktoś nosi medalik i zaczyna traktować go jak religijny talizman. Ktoś inny kropi mieszkanie wodą święconą, ale nie przystępuje do sakramentów. Jeszcze ktoś uważa, że skoro dostał błogosławieństwo, to ono automatycznie „załatwia” wszystkie duchowe sprawy. Tymczasem katolicka wiara nie jest magią. Medalik nie chroni przez sam fakt posiadania go. Woda święcona nie działa jak amulet. Błogosławieństwo nie jest zaklęciem.

Znaczenie sakramentaliów wiąże się z wiarą Kościoła i dyspozycją człowieka. Mają prowadzić do Boga, przypominać o Nim, otwierać serce na łaskę, pomagać w modlitwie i uświęcać codzienność. Kiedy żegnamy się wodą święconą, przypominamy sobie własny chrzest. Kiedy kapłan błogosławi dom, rodzinę czy przedmiot, prosimy Boga o Jego opiekę i łaskę. Kiedy nosimy medalik, może on być znakiem wiary, zawierzenia i przynależności do Chrystusa. Ale sam przedmiot nie zastąpi relacji z Bogiem.

To bardzo dobra okazja, żeby powiedzieć dzieciom wprost: medalik nie działa jak „magiczna tarcza”. Nie chodzi o to, że jeśli go założymy, nic złego nie może się wydarzyć. Katolickie rozumienie jest dużo głębsze. Medalik może przypominać, komu należę, komu ufam, do kogo chcę wracać. Może być znakiem modlitwy, zawierzenia i wiary. Ale jego sens znika, jeśli człowiek traktuje go jak przedmiot mający automatycznie przynosić szczęście.

Podobnie z wodą święconą. To nie jest „magiczna woda”, ale sakramentalium, które ma kierować myśl ku Bogu. Używamy jej przy wejściu do kościoła, podczas błogosławieństw, w domu. Znak krzyża uczyniony wodą święconą może być pięknym przypomnieniem chrztu i tego, że należymy do Chrystusa. Ale sama obecność pojemnika z wodą święconą w domu nie czyni życia bardziej chrześcijańskim, jeśli nie ma modlitwy, sakramentów, nawrócenia i codziennej troski o dobro.

Błogosławieństwo również bywa czasem źle rozumiane. Kiedy kapłan, rodzic albo inna uprawniona osoba błogosławi, nie wykonuje magicznego gestu. Błogosławieństwo jest modlitwą, w której prosimy Boga o dobro, ochronę, łaskę i pomoc. W centrum zawsze jest Bóg, nie gest sam w sobie. To On błogosławi, a Kościół modli się w Jego imię.

Warto też zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Sakramentalia nie konkurują z sakramentami. One mają do nich prowadzić. Dobrze przeżyte błogosławieństwo, noszenie medalika, modlitwa różańcowa czy użycie wody święconej powinny pomagać człowiekowi żyć głębiej chrztem, Eucharystią, spowiedzią, małżeństwem czy innymi sakramentami. Jeśli ktoś bardzo przywiązuje się do przedmiotów religijnych, a jednocześnie zaniedbuje Mszę Świętą i sakrament pojednania, warto spokojnie przypomnieć właściwą kolejność.

Nie chodzi oczywiście o lekceważenie sakramentaliów. Przeciwnie, Kościół bardzo je ceni. Są piękną częścią katolickiej duchowości, bo pokazują, że Bóg interesuje się nie tylko chwilą niedzielnej Mszy Świętej, ale całym naszym życiem. Błogosławimy domy, dzieci, małżonków, pokarmy, podróże, miejsca pracy. Używamy znaków, które pomagają przenieść modlitwę do codzienności. Wiara katolicka jest bardzo konkretna i właśnie dlatego posługuje się wodą, gestem, słowem, znakiem krzyża, przedmiotami i przestrzenią. Człowiek nie jest samą duszą. Potrzebuje także tego, co może zobaczyć, dotknąć i zrobić.

Jednocześnie Kościół zawsze przypomina, że najważniejsza jest relacja z Chrystusem. Przedmiot religijny ma do Niego prowadzić, a nie Go zastępować. Woda święcona ma przypominać o chrzcie. Medalik o wierze i zawierzeniu. Błogosławieństwo o tym, że potrzebujemy Boga w codzienności. Wszystko to ma sens wtedy, kiedy człowiek naprawdę chce żyć z Bogiem, a nie tylko otaczać się religijnymi rzeczami.

Dzieciom można to wyjaśnić bardzo prosto: sakrament daje nam łaskę w sposób ustanowiony przez Chrystusa, a sakramentalium pomaga nam przygotować serce, przypomnieć sobie o Bogu i przeżywać codzienność w wierze. Jedno nie jest „większą” ani „mniejszą” wersją drugiego. To dwie różne rzeczy, choć obie należą do życia Kościoła.

Warto takie rozróżnienie znać również jako dorośli, bo pomaga ono uniknąć dwóch skrajności. Z jednej strony przesądnego traktowania przedmiotów religijnych, z drugiej lekceważenia ich jako „niepotrzebnych dodatków”. Katolickie podejście jest bardziej uporządkowane. Sakramentalia mają sens, ponieważ Kościół modli się przez nie i z nimi, a człowiek otwiera się na działanie Boga. Nie są jednak źródłem łaski w takim samym znaczeniu jak sakramenty.

Może więc kiedy następnym razem sięgniemy po wodę święconą, założymy medalik albo poprosimy o błogosławieństwo, warto na chwilę zatrzymać się i przypomnieć sobie, po co to robimy. Nie dla „szczęścia”, nie ze strachu, nie dlatego, że sam gest ma nas zabezpieczyć.

Po to, żeby serce jeszcze raz skierowało się ku Bogu.

I chyba właśnie wtedy sakramentalia spełniają swoją najpiękniejszą rolę: pomagają zobaczyć, że wiara nie kończy się na drzwiach kościoła, ale może przenikać zwyczajne życie.

„Cud Guadalupe” Marka Balona – o Maryi, która przyszła do zwyczajnego człowieka

Historia objawień Matki Bożej w Guadalupe należy do tych opowieści, do których lubię wracać, ponieważ za niezwykłymi wydarzeniami kryje się coś bardzo bliskiego naszej codzienności. Jest w niej prosty człowiek, który nie uważa się za nikogo szczególnego, jest trudne zadanie, którego początkowo nie potrafi wykonać, są wątpliwości, niezrozumienie i wreszcie znak, który na zawsze wpisze się w historię Kościoła. Książka „Cud Guadalupe” Marka Balona prowadzi nas do Meksyku, do wydarzeń związanych z objawieniami Maryi i do jednego z najbardziej rozpoznawalnych Jej wizerunków na świecie. To dobra okazja, żeby przyjrzeć się tej historii nie tylko przez pryzmat niezwykłości, ale również zastanowić się, co właściwie mówi nam ona o Bogu, Maryi i naszej wierze.

W grudniu 1531 roku, według przekazu utrwalonego w tradycji guadalupiańskiej, Maryja ukazała się Juanowi Diego, rdzennemu mieszkańcowi Meksyku, na wzgórzu Tepeyac. Nie wybrała człowieka wpływowego, duchownego ani kogoś, kto mógłby bez trudu dotrzeć do najważniejszych osób w Kościele. Powierzyła swoje przesłanie człowiekowi prostemu, który miał udać się do biskupa i przekazać prośbę o wybudowanie świątyni. Juan Diego spotkał się jednak z niedowierzaniem, a jego słowa nie zostały od razu przyjęte. Trudno się temu dziwić, bo Kościół ma obowiązek ostrożnie podchodzić do relacji o nadzwyczajnych wydarzeniach. Dla samego Juana Diego musiało to jednak oznaczać ogromną próbę. Miał wykonać zadanie, do którego nie czuł się przygotowany, i przekonać ludzi posiadających znacznie większy autorytet niż on sam.

Bardzo porusza mnie właśnie ten fragment historii. Jak często człowiek uważa, że do zrobienia czegoś dobrego potrzebuje szczególnych zdolności, odpowiedniej pozycji albo przekonania, że na pewno sobie poradzi? Tymczasem w Biblii i w dziejach Kościoła wielokrotnie spotykamy ludzi, którzy początkowo nie czuli się gotowi na powierzone im zadania. Mojżesz obawiał się przemawiania, Jeremiasz tłumaczył, że jest zbyt młody, a Maryja z Nazaretu podczas zwiastowania również pytała, jak wypełnią się słowa anioła. Bóg nie zawsze wybiera ludzi, którzy mają już wszystko przygotowane. Czasem powołanie staje się początkiem drogi, podczas której człowiek dopiero uczy się zaufania.

W tradycyjnej opowieści o Guadalupe szczególne miejsce zajmuje także choroba wuja Juana Diego. Zatroskany o bliskiego człowieka, Juan próbuje ominąć miejsce wcześniejszych spotkań z Maryją, ponieważ chce jak najszybciej sprowadzić pomoc. Ten szczegół wydaje mi się bardzo ludzki. Kiedy pojawia się cierpienie kogoś bliskiego, wszystkie inne sprawy schodzą na dalszy plan. Właśnie wtedy Maryja ma zapewnić Juana Diego o swojej macierzyńskiej opiece. W przesłaniu guadalupiańskim nie spotykamy więc jedynie wezwania do wybudowania świątyni, ale również obraz Matki, która dostrzega ludzki niepokój i nie pozostaje wobec niego obojętna.

Dla mnie jest to jeden z najpiękniejszych wymiarów kultu Matki Bożej z Guadalupe. Maryja nie zastępuje Boga, nie staje się źródłem łaski niezależnym od Chrystusa i nie odciąga człowieka od Ewangelii. Jej macierzyńska obecność prowadzi do Syna. Tak właśnie Kościół katolicki rozumie autentyczną pobożność maryjną. Cześć oddawana Matce Bożej różni się od adoracji należnej wyłącznie Bogu, a jej najgłębszym sensem jest pomoc w coraz pełniejszym życiu z Jezusem. Warto o tym pamiętać szczególnie przy tak niezwykłych historiach, ponieważ łatwo zatrzymać się na samym cudzie, zapominając, dokąd powinien nas prowadzić.

Najbardziej znanym wydarzeniem związanym z Guadalupe jest oczywiście ukazanie się wizerunku Maryi na tilmie Juana Diego, czyli jego płaszczu wykonanym z włókien roślinnych. Według tradycji Juan zebrał róże na wzgórzu Tepeyac i zaniósł je biskupowi jako znak potwierdzający prawdziwość swojego przesłania. Kiedy rozwinął płaszcz, na tkaninie miał ukazać się obraz Matki Bożej. Wizerunek ten do dzisiaj otaczany jest czcią w sanktuarium w Guadalupe i stanowi jeden z najważniejszych symboli katolicyzmu w Meksyku.

Wokół obrazu narosło przez wieki wiele opowieści o jego niezwykłych właściwościach. Mówi się o oczach Maryi, gwiazdach na Jej płaszczu, trwałości tkaniny i tajemnicach, których rzekomo nie potrafi wyjaśnić nauka. W takich sprawach staram się jednak zachować ostrożność. Nie wszystkie popularne twierdzenia mają równie mocne potwierdzenie historyczne czy naukowe, a niektóre bywają powtarzane bez sprawdzenia źródeł. Wiara katolicka nie wymaga przyjmowania każdej sensacyjnej informacji dotyczącej cudownego wizerunku. Nie potrzebujemy przecież kolejnych niezwykłych szczegółów, żeby dostrzec duchowe znaczenie Guadalupe.

Sama historia objawień również wymaga uczciwego rozróżnienia między tradycją religijną a ustaleniami historycznymi. Najbardziej znany opis wydarzeń został utrwalony w tekście „Nican Mopohua”, opublikowanym w XVII wieku w języku nahuatl. Historycy dyskutują nad jego wcześniejszym pochodzeniem oraz nad dokumentacją wydarzeń z 1531 roku. Nie zmienia to faktu, że kult Matki Bożej z Guadalupe odegrał ogromną rolę w życiu religijnym Meksyku, a Juan Diego został kanonizowany przez św. Jana Pawła II w 2002 roku. Warto znać te okoliczności, ponieważ dojrzała wiara nie musi obawiać się pytań o źródła i historię.

Guadalupe ma również szczególne znaczenie ze względu na spotkanie dwóch światów. Objawienia są umiejscawiane w czasie, kiedy ziemie dzisiejszego Meksyku przeżywały dramatyczne przemiany po hiszpańskim podboju. Dla rdzennej ludności był to okres utraty dotychczasowego porządku, przemocy, napięć i ogromnej niepewności. Właśnie w takim kontekście pojawia się obraz Maryi, której wygląd i sposób przedstawienia odczytywano jako bliskie miejscowej kulturze. Wizerunek guadalupiański stał się z czasem ważnym znakiem religijnym i kulturowym, łączącym pokolenia Meksykanów.

Nie chciałabym jednak upraszczać tej historii do stwierdzenia, że jedno objawienie rozwiązało wszystkie problemy związane z ewangelizacją Ameryki. Historia chrystianizacji tych ziem była znacznie bardziej skomplikowana i obejmowała zarówno autentyczne świadectwa wiary, jak i wydarzenia, których nie sposób usprawiedliwiać Ewangelią. Tym bardziej poruszające wydaje mi się przesłanie Maryi, która według tradycji zwraca się z macierzyńską czułością do człowieka należącego do podbitej ludności. Przypomina to o godności każdego człowieka, niezależnie od jego pochodzenia, pozycji społecznej czy znaczenia w oczach świata.

Czytając o Guadalupe, wracam również myślą do tego, jak wiele miejsca w naszej religijności zajmuje poszukiwanie znaków. Chcielibyśmy czasem otrzymać jednoznaczne potwierdzenie, że Bóg nas słyszy, że jesteśmy na właściwej drodze albo że podejmowana decyzja jest dobra. Historia Juana Diego zawiera taki nadzwyczajny znak, ale przecież codzienne życie chrześcijańskie nie polega na oczekiwaniu na kolejne cuda. Bóg przychodzi do nas przede wszystkim w swoim Słowie, sakramentach, modlitwie i zwyczajnych wydarzeniach, w których możemy uczyć się miłości. Największy cud naszej wiary dokonuje się podczas każdej Eucharystii, nawet jeśli nie towarzyszy mu nic, co przyciągnęłoby uwagę mediów.

W książce „Cud Guadalupe” Marek Balon przybliża czytelnikom historię objawień, a szczególną uwagę poświęca samemu wizerunkowi Maryi oraz próbom odkrywania jego tajemnic przy użyciu współczesnych technologii. Publikacja zachęca do przyjrzenia się niezwykłym szczegółom obrazu, jego symbolice i znaczeniu dla kolejnych pokoleń wierzących. To lektura, która może zainteresować zarówno osoby szczególnie związane z kultem maryjnym, jak i tych, którzy dopiero zaczynają poznawać historię Guadalupe.

Przyznam, że najbardziej cenię takie książki wtedy, kiedy oprócz zainteresowania niezwykłymi wydarzeniami zostawiają we mnie coś do przemyślenia. Guadalupe można poznawać przez pryzmat historii, symboliki obrazu, relacji świadków i kolejnych badań, ale ostatecznie nie chciałabym zatrzymać się wyłącznie na pytaniu, w jaki sposób powstał wizerunek Maryi. Znacznie ważniejsze wydaje mi się to, dlaczego Jej obecność stała się dla tak wielu ludzi źródłem nadziei i dlaczego po niemal pięciu stuleciach wciąż przybywają do Guadalupe pielgrzymi, przynosząc swoje prośby, cierpienia i wdzięczność.

Myślę również o Juanie Diego, który nie miał wielkich możliwości ani szczególnej pozycji, a jednak to właśnie z jego imieniem związana jest jedna z najbardziej znanych historii maryjnych. Jest w tym piękne przypomnienie, że Bóg nie mierzy wartości człowieka jego znaczeniem w świecie. Dostrzega tych, których inni mogliby nie zauważyć, i potrafi posłużyć się ich prostotą, wiernością oraz zaufaniem.

„Cud Guadalupe” jest książką, po którą warto sięgnąć z zainteresowaniem, ale również z umiejętnością odróżniania religijnego świadectwa od naukowo potwierdzonego faktu. Nie każda hipoteza dotycząca obrazu musi być dowodem nadprzyrodzonej interwencji, a wiara nie staje się słabsza tylko dlatego, że wobec pewnych zagadnień pozostają pytania. Kościół przypomina przecież, że nawet uznane objawienia prywatne nie należą do depozytu wiary i nie mogą niczego dodawać do Objawienia, które otrzymaliśmy w Jezusie Chrystusie.

Po tej lekturze chciałabym więc zatrzymać w pamięci przede wszystkim obraz Maryi, która według guadalupiańskiej tradycji przychodzi do człowieka pełnego trosk, niepewnego własnych możliwości i zatroskanego o chorego bliskiego. Nie obiecuje mu życia pozbawionego trudności, ale przypomina o macierzyńskiej bliskości i prowadzi go do wypełnienia powierzonego zadania.

Może największym duchowym przesłaniem Guadalupe nie jest samo pytanie o niezwykłość obrazu, lecz przypomnienie, że człowiek nigdy nie jest zbyt mały, zbyt zwyczajny ani zbyt zagubiony, aby Bóg mógł się nim posłużyć. Maryja, tak jak w Kanie Galilejskiej, nie zatrzymuje naszej uwagi na sobie, ale prowadzi nas do Tego, któremu sama bezgranicznie zaufała. Do Jezusa.

„Projekt Jonasz” o. Adama Szustaka OP – o męskiej sile, która nie polega na udowadnianiu, że niczego się nie boję

Po „Projekcie Judyta” i „Projekcie Estera” przyszła u mnie kolej na „Projekt Jonasz. Czym jest siła mężczyzny?” o. Adama Szustaka OP. I od razu pomyślałam, że to bardzo ciekawe zestawienie. W dwóch poprzednich książkach autor przyglądał się kobiecości poprzez historie biblijnych kobiet, natomiast tym razem prowadzi czytelnika do proroka Jonasza. Wybór dość przewrotny, bo jeśli szukać w Biblii wzoru silnego, zdecydowanego mężczyzny, który bez wahania podejmuje powierzoną mu misję, Jonasz raczej nie znalazłby się na pierwszym miejscu.

Bóg mówi mu, żeby poszedł do Niniwy, a Jonasz robi dokładnie coś przeciwnego. Wsiada na statek płynący w stronę Tarszisz, jakby można było wybrać wystarczająco odległy port i w ten sposób uciec przed Bogiem. Potem przychodzi burza, przerażeni marynarze, wrzucenie proroka do morza i wreszcie trzy dni spędzone we wnętrzu wielkiej ryby. To jedna z tych historii biblijnych, które znamy od dzieciństwa tak dobrze, że łatwo przestać dostrzegać, jak wiele mówi ona o człowieku. O jego strachu, ucieczkach, uporze, niedojrzałości, ale również o Bogu, który nie rezygnuje z człowieka nawet wtedy, kiedy ten robi wszystko, żeby pójść w przeciwnym kierunku.

I właśnie od tego o. Szustak zaczyna rozmowę o męskiej sile.

„Projekt Jonasz” nie jest komentarzem biblijnym ani próbą szczegółowego wyjaśnienia całej Księgi Jonasza. To książka o duchowości i dojrzewaniu mężczyzny, dla której historia proroka staje się punktem wyjścia. Autor pisze o odpowiedzialności, podejmowaniu decyzji, relacjach, stawaniu wobec trudności i o tym, co dzieje się z mężczyzną, kiedy zamiast zmierzyć się z własnym życiem, wybiera ucieczkę. Jak zwykle u o. Szustaka jest bezpośrednio, momentami prowokacyjnie i bez szczególnego owijania w bawełnę. Nie każdą jego tezę dotyczącą kobiet i mężczyzn trzeba przyjmować jako jedyną możliwą odpowiedź. Warto pamiętać, że to autorskie rozważania dominikanina, a nie kościelna definicja męskości.

Najciekawsze jest dla mnie jednak to, że biblijny Jonasz właściwie od początku burzy nasze wyobrażenie o sile. Bóg powierza mu zadanie, a on się wycofuje. Nie chce iść tam, gdzie został posłany. Kiedy na morzu rozpętuje się burza, Jonasz śpi pod pokładem. Później wykonuje swoją misję, ale nawet wtedy daleko mu do bohatera, który wszystko już zrozumiał. Kiedy mieszkańcy Niniwy się nawracają, zamiast się ucieszyć, prorok wpada w gniew, ponieważ Bóg nie niszczy miasta. Jonasz jest więc człowiekiem, którego Bóg prowadzi nie tylko do wykonania zadania, ale przede wszystkim do przemiany jego własnego serca.

To bardzo mi się podoba, bo żyjemy w świecie, który ma swoje gotowe obrazy męskości. Mężczyzna powinien być silny, zaradny, zdecydowany, najlepiej zawsze wiedzieć, co robić, nie okazywać zbyt wielu emocji i oczywiście radzić sobie sam. Jeśli się boi, powinien to ukryć. Jeśli czegoś nie wie, lepiej, żeby się nie przyznawał. Jeśli cierpi, ma zacisnąć zęby i iść dalej. Tylko czy naprawdę właśnie na tym polega siła?

Historia Jonasza podpowiada coś zupełnie innego. Człowiek może wyglądać na silnego, a całe życie spędzić na uciekaniu. Można nie uciekać statkiem do Tarszisz, ale uciekać w pracę, telefon, hobby, milczenie, złość, alkohol, kolejne zajęcia albo nieustanne odkładanie ważnych decyzji. Można być fizycznie obecnym w domu, a jednocześnie od lat nie uczestniczyć naprawdę w życiu najbliższych. Można nie umieć powiedzieć „boję się”, „nie wiem”, „potrzebuję pomocy”, więc zamiast tego zamknąć się albo zaatakować. Z zewnątrz wygląda to czasami jak siła, a w środku może być zwyczajnym lękiem.

I tutaj „Projekt Jonasz” staje się dla mnie czymś więcej niż książką przeznaczoną wyłącznie dla mężczyzn. Bo przecież każdy z nas ma swoje Tarszisz. Każdy zna takie sprawy, o których wie, że powinien się z nimi zmierzyć, a jednak znajduje dziesięć powodów, żeby zrobić to jutro. Odkładamy trudną rozmowę, decyzję, spowiedź, pojednanie, zmianę pracy, wizytę u lekarza, przyznanie się do błędu. Czasami nawet bardzo pobożnie tłumaczymy sobie własną bezczynność, choć w głębi serca dobrze wiemy, że po prostu się boimy.

Bóg wobec Jonasza jest niezwykle cierpliwy. To kolejna rzecz, która bardzo mnie w tej historii porusza. Jonasz ucieka, ale Bóg go nie przekreśla. Nie mówi: skoro nie chciałeś za pierwszym razem, znajdę sobie kogoś lepszego. Ratuje go z morza, ponownie posyła do Niniwy, a kiedy prorok obraża się z powodu Bożego miłosierdzia, Bóg nadal z nim rozmawia. Księga Jonasza kończy się nawet pytaniem Boga, jakby Stwórca do ostatniej chwili próbował poszerzyć serce swojego proroka.

To bardzo dalekie od obrazu Boga, który tylko czeka na nasze potknięcie. Bóg powołuje niedoskonałego człowieka i cierpliwie go wychowuje. Nie akceptuje jego ucieczki, ale też nie rezygnuje z niego z powodu tej ucieczki. Dla mnie to jedna z najpiękniejszych rzeczy, które można wynieść z tej historii. Nasze powołanie nie jest nagrodą za doskonałość. Bóg nie czeka, aż będziemy całkowicie dojrzali, odważni i uporządkowani, żeby zacząć się nami posługiwać. Bardzo często dojrzewamy właśnie w drodze.

W kontekście mężczyzn ta myśl ma jeszcze jeden ważny wymiar. Siła nie musi oznaczać dominacji. Nie polega na tym, żeby wszystkich ustawić, mieć zawsze ostatnie słowo i nigdy nie pokazać słabości. Z chrześcijańskiej perspektywy znacznie bliższa jest mi siła człowieka, który bierze odpowiedzialność za swoje decyzje, potrafi chronić, ale nie kontroluje, umie być stanowczy bez poniżania innych i ma odwagę przyznać, że popełnił błąd. Mężczyzna nie staje się mniej męski dlatego, że kocha, jest czuły, prosi o przebaczenie albo potrzebuje drugiego człowieka.

Najpełniejszego obrazu mężczyzny chrześcijanin i tak nie znajdzie w Jonaszu, lecz w Chrystusie. A Jezus bardzo mocno przewraca nasze ludzkie wyobrażenia o sile. Potrafi przeciwstawić się tłumowi, ale pochyla się nad słabym. Wypędza przekupniów ze świątyni, ale pozwala dzieciom przychodzić do siebie. Nie boi się mówić prawdy, a jednocześnie płacze przy grobie Łazarza. W Ogrójcu nie udaje, że nie doświadcza lęku. Na krzyżu Jego siła objawia się nie w pokonaniu przeciwników przemocą, lecz w miłości, która nie wycofuje się nawet wobec cierpienia.

Dlatego podczas czytania „Projektu Jonasz” nie zatrzymywałabym się wyłącznie na pytaniu, jaki powinien być prawdziwy mężczyzna. Takie gotowe recepty łatwo zamieniają się w kolejną listę wymagań, którym ktoś ma sprostać. Bardziej interesuje mnie pytanie, które ta książka zostawia w człowieku: przed czym uciekam i dokąd Bóg próbuje mnie zawrócić?

Jonasz musiał znaleźć się w środku burzy, a później w ciemności wnętrza wielkiej ryby, żeby ponownie usłyszeć wezwanie. Nie życzę nikomu takiej drogi. Myślę jednak, że każdy zna chwile, kiedy coś nagle zatrzymuje nasze uciekanie i nie pozwala już dłużej udawać, że wszystko jest w porządku. Wtedy można nadal szukać kolejnego Tarszisz albo wreszcie powiedzieć Bogu: dobrze, pokaż mi, dokąd mam iść.

Może właśnie w tym zaczyna się prawdziwa siła. Nie wtedy, kiedy człowiek już niczego się nie boi, ale wtedy, kiedy przestaje pozwalać, żeby strach wybierał za niego drogę.

I chyba dlatego Jonasz, choć tak bardzo niedoskonały, jest dobrym bohaterem książki o męskości. Nie pokazuje gotowego ideału. Pokazuje człowieka w drodze, który ucieka, upada, złości się, wraca i powoli pozwala Bogu siebie wychowywać.

Bo przed Bogiem nie trzeba udawać silnego. Trzeba pozwolić Mu uczynić nas silniejszymi.

Abigail – kobieta, która zatrzymała zemstę

Historia Abigail z Pierwszej Księgi Samuela jest jedną z tych opowieści, które pokazują, jak wielką siłę może mieć człowiek, który w odpowiednim momencie potrafi zachować rozsądek, odwagę i wewnętrzny pokój. Abigail nie zatrzymuje przemocy siłą, nie próbuje nikogo przekrzyczeć ani upokorzyć. Staje pomiędzy gniewem a jego konsekwencjami i właśnie dzięki swojej mądrości nie pozwala, żeby chwilowa furia przerodziła się w tragedię.

Była żoną Nabala, człowieka bardzo bogatego, ale jednocześnie opisanego w Biblii jako szorstki i zły w swoim postępowaniu. Dawid i jego ludzie przebywali w pobliżu pasterzy Nabala i, jak wynika z opowiadania, nie tylko nie wyrządzili im żadnej szkody, ale wręcz stanowili dla nich ochronę. Kiedy nadszedł czas strzyżenia owiec, Dawid wysłał do Nabala posłańców z prośbą o żywność. W tamtej kulturze był to czas świętowania, gościnności i dzielenia się, dlatego jego prośba nie była czymś niezwykłym. Nabal odpowiedział jednak pogardliwie, odrzucił wysłanników i obraził Dawida. To wystarczyło, żeby rozpalić w Dawidzie gniew. Postanowił ruszyć przeciwko Nabalowi i jego domowi, a jego decyzja była już nie tylko odpowiedzią na zniewagę, ale prawdziwą zemstą.

I właśnie w tym momencie pojawia się Abigail. Dowiaduje się o tym, co zrobił jej mąż, i bardzo szybko rozumie, dokąd ta sytuacja zmierza. Nie czeka, aż ktoś inny coś zrobi, nie usprawiedliwia Nabala, ale też nie zatrzymuje się na ocenianiu go. Przygotowuje żywność i wyrusza naprzeciw Dawida. Wie, że ma do czynienia z człowiekiem rozgniewanym i uzbrojonym, a mimo to podejmuje ryzyko. Jej odwaga nie polega jednak na brawurze. Jest połączona z mądrością, wyczuciem chwili i ogromną umiejętnością przewidywania skutków.

Kiedy staje przed Dawidem, nie mówi mu tylko, żeby się uspokoił. Nie próbuje też wmówić mu, że nic się nie stało. Wie, że został obrażony i że jego gniew ma konkretną przyczynę. Jednocześnie potrafi zobaczyć coś, czego on w tym momencie nie widzi: jeśli pozwoli, żeby uraza poprowadziła go dalej, sam stanie się człowiekiem winnym rozlewu krwi. Abigail przypomina mu więc, kim jest i do czego został powołany. W pewnym sensie mówi mu: nie pozwól, żeby cudza głupota zadecydowała o twojej przyszłości.

To jest jedna z najmocniejszych lekcji tej historii. Czasem człowiek w chwili gniewu nie potrzebuje kogoś, kto przyzna mu rację, ale kogoś, kto przypomni mu, kim naprawdę chce być. Zraniona duma bardzo łatwo przekonuje nas, że skoro ktoś postąpił wobec nas źle, mamy prawo odpowiedzieć jeszcze mocniej. Wtedy sprawiedliwość miesza się z chęcią odwetu, a człowiek przestaje pytać, co jest dobre, i zaczyna myśleć tylko o tym, jak zranić drugiego tak, żeby poczuł to samo.

Abigail nie neguje krzywdy, ale potrafi zatrzymać spiralę, zanim ta się rozkręci. Właśnie dlatego jej postawa jest tak aktualna także dzisiaj. Oczywiście nasze konflikty najczęściej nie wyglądają jak sytuacja z Pierwszej Księgi Samuela, ale mechanizm bywa bardzo podobny. Ktoś mówi coś przykrego, my odpowiadamy ostrzej, druga strona podnosi ton, więc my przypominamy sobie wszystkie dawne urazy. Po chwili już nikt nie rozmawia o pierwotnym problemie. Każdy broni siebie i szuka słów, które zrobią większe wrażenie.

W takich momentach bardzo potrzebna jest osoba, która potrafi zobaczyć dalej niż chwilowe emocje. Ktoś, kto zapyta nie tylko o to, kto ma rację, ale też o to, dokąd ta rozmowa prowadzi. Ktoś, kto nie doleje oliwy do ognia tylko dlatego, że sam również jest zdenerwowany. Czasem właśnie taka postawa ratuje relację, rodzinę, przyjaźń albo zwykły spokój między ludźmi.

To, co szczególnie porusza mnie w Abigail, to fakt, że jej łagodność nie jest bierna. Ona nie jest cichą kobietą, która pozwala, żeby wszystko działo się wokół niej. Działa szybko i zdecydowanie, ponieważ widzi realne zagrożenie. Nie mówi sobie, że nie będzie się wtrącać. Nie czeka, aż sprawa rozwiąże się sama. To bardzo ważne również z perspektywy chrześcijańskiej, bo pokój bywa czasem źle rozumiany jako unikanie trudnych sytuacji za wszelką cenę. Tymczasem prawdziwy pokój nie polega na zamiataniu problemów pod dywan. Czasem właśnie człowiek pokoju musi wejść w środek konfliktu i powiedzieć coś trudnego.

Podobnie jest z łagodnością. Nie oznacza ona słabości ani zgody na wszystko. Człowiek łagodny może być bardzo stanowczy. Potrafi nazwać zło, postawić granicę i powiedzieć „nie”, ale robi to bez potrzeby poniżenia drugiej osoby. Abigail właśnie taka jest. Jej słowa są pełne szacunku, ale ich sens jest bardzo konkretny: jeśli Dawid pójdzie dalej za swoim gniewem, zrobi coś, czego później może żałować.

Co ważne, Dawid potrafi jej posłuchać. To także jest niezwykły moment tej opowieści, bo równie łatwo mógłby zlekceważyć jej słowa. Mógłby powiedzieć, że decyzja już zapadła i nikt nie będzie mu mówił, co ma robić. Tymczasem zatrzymuje się, przyjmuje upomnienie i rezygnuje z zemsty. To pokazuje, że prawdziwa siła nie polega na uporczywym realizowaniu każdej decyzji, którą podjęliśmy w emocjach. Czasem o wiele większej odwagi wymaga powiedzenie: zatrzymuję się, bo widzę, że idę w złą stronę.

To bardzo trudne, bo człowiek często brnie dalej tylko dlatego, że nie chce stracić twarzy. Skoro już się zdenerwował, skoro powiedział wiele słów, skoro zapowiedział określone działanie, cofnięcie się może wyglądać jak słabość. Biblia pokazuje jednak coś odwrotnego. Dawid okazuje dojrzałość właśnie wtedy, kiedy pozwala się zatrzymać.

Historia Abigail ma również jeszcze jeden ważny wymiar. Biblia nie przedstawia Nabala jako człowieka, którego trzeba za wszelką cenę usprawiedliwić. Abigail nie udaje, że jej mąż postępuje dobrze. To przypomina, że mądrość nie polega na bronieniu wszystkiego, co robi bliska osoba, tylko dlatego, że jest nam bliska. Można kochać człowieka i jednocześnie widzieć jego błędy. Można być wiernym relacji i nie zgadzać się na zło. Można chronić dom przed konsekwencjami czyjegoś zachowania, nie udając, że zachowanie było właściwe.

Dla mnie to bardzo ważny fragment, bo źle rozumiana religijność czasem podpowiada, że pokorny człowiek powinien wszystko znosić w milczeniu. Historia Abigail pokazuje coś zupełnie innego. Ona bierze odpowiedzialność za sytuację, którą widzi, i robi to, co w danym momencie może uratować innych przed tragedią. Nie jest bierna wobec głupoty Nabala ani wobec gniewu Dawida.

Właśnie dlatego ta historia tak mocno pasuje do naszych codziennych relacji. Nie każda sytuacja wymaga wielkich gestów. Czasem trzeba po prostu nie wysyłać wiadomości napisanej w złości. Czasem przespać się z decyzją, zamiast podejmować ją natychmiast. Czasem poprosić o rozmowę później, kiedy emocje opadną. Czasem powiedzieć bliskiej osobie: rozumiem, dlaczego jesteś zła, ale nie rób teraz czegoś, czego jutro będziesz żałować. Takie drobne zatrzymania potrafią naprawdę wiele ocalić.

Abigail może być również przypomnieniem, żebyśmy sami byli gotowi przyjąć czyjeś mądre słowo. Często modlimy się o rozeznanie, a jednocześnie nie chcemy słuchać nikogo, kto mówi coś innego niż to, co już postanowiliśmy. Tymczasem Bóg czasem chroni nas właśnie przez drugiego człowieka. Przez kogoś, kto ma odwagę powiedzieć: zatrzymaj się, spójrz jeszcze raz, nie idź dalej za tym gniewem.

To nie znaczy, że każda rada jest dobra i że zawsze trzeba się jej podporządkować. Ale warto mieć w sobie choć odrobinę pokory, która dopuszcza możliwość, że ktoś widzi w danym momencie więcej niż my. Szczególnie wtedy, kiedy jesteśmy bardzo zranieni albo bardzo źli, bo właśnie wtedy najłatwiej stracić właściwą perspektywę.

Historia Abigail przypomina też, że nie wszystko musi zostać przez nas osądzone i wyrównane. Dawid nie musi sam wymierzać sprawiedliwości Nabalowi. Może pozostawić tę sprawę Bogu. Dla człowieka wierzącego to ogromnie trudne, bo bardzo chcielibyśmy zobaczyć natychmiastową sprawiedliwość, szczególnie wtedy, kiedy ktoś nas upokorzył albo skrzywdził. Jednak Ewangelia będzie później jeszcze mocniej uczyć, że zemsta nie jest drogą ucznia Chrystusa.

To oczywiście nie znaczy, że mamy pozwalać na zło, nie reagować na krzywdę czy rezygnować z dochodzenia sprawiedliwości. Chodzi o coś innego: o to, żeby nasze działanie nie było napędzane pragnieniem odwetu. Sprawiedliwość szuka dobra i prawdy, zemsta szuka bólu drugiego człowieka. Z zewnątrz mogą czasem wyglądać podobnie, ale rodzą się z zupełnie innego miejsca.

Dlatego tak bardzo lubię tę historię. Abigail nie zmienia świata wielką przemową ani spektakularnym cudem. Zatrzymuje jedno zło, zanim ono się wydarzy. Czasem właśnie taka jest nasza rola. Nie jesteśmy w stanie naprawić wszystkiego, ale możemy nie dołożyć kolejnej porcji gniewu. Możemy nie przekazać dalej plotki. Możemy nie odpowiedzieć upokorzeniem na upokorzenie. Możemy stanąć między czyjąś złością a decyzją, która mogłaby zranić wielu ludzi.

Być może czasem sami jesteśmy Abigail, a czasem bardzo jej potrzebujemy. Potrzebujemy kogoś, kto przypomni nam, że chwilowa złość nie jest dobrym doradcą, że nie każde słowo musi zostać natychmiast wypowiedziane, a nie każda krzywda domaga się naszego odwetu. Potrzebujemy ludzi, którzy zamiast podsycać nasze oburzenie, pomogą nam odzyskać właściwe proporcje.

I może właśnie na tym polega duchowa mądrość tej historii. Nie tylko na umiejętności odróżniania dobra od zła, ale także na zdolności zobaczenia, co wydarzy się za chwilę, jeśli nie zatrzymamy własnych emocji. Abigail widziała dalej niż Nabal i dalej niż rozgniewany Dawid. Potrafiła spojrzeć ponad chwilę.

To bardzo potrzebna umiejętność także nam.

Zanim odpowiem, mogę pomyśleć, co zostanie po moich słowach. Zanim podejmę decyzję w gniewie, mogę zapytać, czy jutro nadal będę uważała ją za dobrą. Zanim spróbuję wygrać spór, mogę zastanowić się, czy cena tego zwycięstwa nie będzie zbyt wysoka.

Bo czasem największym zwycięstwem nie jest postawienie na swoim.

Czasem największym zwycięstwem jest zatrzymanie zła, zanim zdąży zrobić to, czego później nie da się cofnąć.

Skrupuły czy wrażliwe sumienie? Kiedy troska o dobro zaczyna odbierać pokój

Są osoby, które naprawdę chcą żyć blisko Boga i bardzo poważnie traktują swoje życie duchowe. Zależy im na dobrej spowiedzi, uczciwości, modlitwie, właściwych decyzjach i unikaniu grzechu. Potrafią zauważyć w sobie coś, obok czego ktoś inny przeszedłby obojętnie, i właśnie dlatego mówi się czasem o wrażliwym sumieniu. Taka wrażliwość może być ogromnym dobrem, bo sumienie pomaga człowiekowi rozpoznawać, co prowadzi do dobra, a co od niego oddala. Problem zaczyna się wtedy, kiedy troska o dobro przestaje prowadzić do Boga, a zaczyna prowadzić do nieustannego lęku, kiedy po modlitwie nie przychodzi pokój, po spowiedzi nie przychodzi ulga, a po każdej odpowiedzi rodzi się kolejna wątpliwość.

Człowiek zaczyna wtedy coraz częściej pytać: czy na pewno nie zgrzeszyłam, czy powiedziałam wszystko na spowiedzi, czy ta myśl była już grzechem, czy żal był wystarczający, czy dobrze odmówiłam modlitwę, czy Bóg na pewno mi przebaczył. I samo zadawanie pytań nie jest jeszcze niczym złym, bo sumienie potrzebuje światła i formacji. Trudność pojawia się wtedy, gdy żadna odpowiedź nie wystarcza. Nawet jeśli kapłan uspokoi, nawet jeśli sytuacja została już wyjaśniona, nawet jeśli grzech został wyznany i odpuszczony, lęk wraca z kolejnym „a może”. To właśnie jest jeden z najważniejszych znaków, że nie mamy już do czynienia tylko z wrażliwym sumieniem, ale ze skrupułami.

Wrażliwe sumienie prowadzi do konkretu. Człowiek widzi, że zrobił coś źle, bierze za to odpowiedzialność, żałuje, jeśli trzeba przeprasza, naprawia krzywdę, korzysta z sakramentu pojednania i potem próbuje iść dalej. Nie dlatego, że grzech przestaje być ważny, ale dlatego, że ufa, iż Boże miłosierdzie naprawdę jest większe od jego winy. Skrupuły działają inaczej. Nie pozwalają sprawie się zakończyć. Zmuszają do ciągłego wracania, sprawdzania, analizowania, a czasem także do ponownego wyznawania tych samych grzechów, nie dlatego, że pojawiło się coś nowego, lecz dlatego, że człowiek nie potrafi uwierzyć, że przebaczenie rzeczywiście już się dokonało.

To bardzo ważne w katolickim rozumieniu sakramentu pokuty. Spowiedź nie jest egzaminem z perfekcyjnego opowiadania o sobie. Nie polega na tym, że jeśli człowiek nie odtworzy każdego szczegółu z idealną dokładnością, Bóg odmówi mu przebaczenia. Oczywiście spowiedź wymaga szczerości, żalu, postanowienia poprawy i wyznania grzechów ciężkich, których jesteśmy świadomi. Nie chodzi jednak o absolutną pewność psychologiczną ani o drobiazgowe analizowanie wszystkiego bez końca. Sakrament opiera się na łasce Chrystusa, nie na perfekcji naszego pamiętania.

Skrupulant bardzo często właśnie tutaj wpada w pułapkę. Zamiast patrzeć na Chrystusa, zaczyna patrzeć wyłącznie na siebie. Czy zrobiłam wszystko wystarczająco dobrze, czy na pewno niczego nie pominęłam, czy żal był odpowiedni, czy spowiedź była ważna. W centrum przestaje być miłosierdzie Boga, a pojawia się własna dokładność. Człowiek zaczyna ufać dopiero wtedy, kiedy sam poczuje stuprocentową pewność, a ponieważ lęk rzadko daje taką pewność, cały proces zaczyna się od nowa.

Dlatego bardzo pomaga przypomnienie, czym jest grzech ciężki. Kościół naucza, że aby grzech był śmiertelny, muszą być jednocześnie spełnione trzy warunki: poważna materia, pełna świadomość i całkowita zgoda. To bardzo istotne, bo człowiek nie wpada w grzech ciężki przypadkiem, mimochodem, bez udziału swojej woli. Sama natrętna myśl, niechciany obraz, gwałtowne uczucie, pokusa czy wewnętrzny odruch nie są jeszcze tym samym co świadomy i dobrowolny wybór zła. Pokusa nie jest grzechem. Samo pojawienie się złości nie jest tym samym co decyzja, żeby kogoś skrzywdzić. Niechciana myśl nie staje się automatycznie winą tylko dlatego, że pojawiła się w głowie.

To rozróżnienie jest bardzo potrzebne zwłaszcza osobom skrupulatnym, ponieważ one łatwo przypisują sobie odpowiedzialność za rzeczy, nad którymi nie mają pełnej kontroli. Wrażliwe sumienie pyta o rzeczywistą zgodę woli i konkretną decyzję. Skrupuły potrafią traktować każde poruszenie psychiki jak moralne zagrożenie. W rezultacie człowiek żyje w napięciu i zaczyna postrzegać Boga jak kogoś, kto tylko czeka na najdrobniejsze potknięcie.

A przecież Ewangelia pokazuje zupełnie inny obraz Boga. Chrystus szuka człowieka zagubionego, podnosi grzesznika, przywraca godność, przebacza i zaprasza do nowego początku. To nie znaczy, że grzech jest czymś nieważnym. Przeciwnie, gdyby był nieważny, krzyż Chrystusa nie miałby takiego znaczenia. Ale chrześcijaństwo nie zatrzymuje człowieka na winie. Prowadzi przez skruchę do pojednania. Żal ma prowadzić do Boga, a nie do niekończącego się oskarżania samego siebie.

Właśnie dlatego ogromną pomocą przy skrupułach może być stały spowiednik albo mądry kierownik duchowy. Nie po to, żeby pytać go o każdą najmniejszą wątpliwość, ale po to, żeby mieć jeden stabilny punkt odniesienia i stopniowo uczyć się nie podążać za każdym lękiem. Osoba skrupulatna ma często ogromną potrzebę ciągłego upewniania się, ale każde kolejne upewnienie przynosi tylko chwilową ulgę. Potem pojawia się następna wątpliwość. Dlatego czasem najważniejszą duchową pracą jest właśnie rezygnacja z kolejnego sprawdzania i decyzja, żeby zaufać temu, co już zostało rozeznane.

Może to być bardzo trudne, bo skrupuły lubią podszywać się pod pobożność. Człowiek ma wtedy wrażenie, że jeśli nie przeanalizuje jeszcze raz wszystkiego dokładniej, będzie lekkomyślny albo nieuczciwy wobec Boga. Tymczasem może być odwrotnie. Czasem właśnie zaufanie staje się aktem wiary. Jeśli spowiednik powiedział, że spowiedź była dobra, jeśli grzech został wyznany i odpuszczony, jeśli nie pojawiły się żadne nowe fakty, to powracanie po raz dziesiąty do tej samej sprawy nie jest już troską o sumienie. Jest karmieniem lęku.

Trzeba przy tym uważać, żeby nie popaść w drugą skrajność. Nie każda wymagająca refleksja nad sobą jest skrupułem. Czasem człowiek rzeczywiście próbuje zbyt szybko się uspokoić, bo nie chce przyznać, że zrobił coś złego. Wrażliwe sumienie nie jest sumieniem pobłażliwym. Potrafi powiedzieć: tutaj zawiniłam, tutaj skrzywdziłam, tutaj muszę przeprosić i coś zmienić. Ale kiedy już podejmie odpowiedzialność, potrafi również przyjąć przebaczenie. Skrupuły natomiast nie prowadzą do konkretnej zmiany, tylko do coraz głębszego zamknięcia w sobie i własnym lęku.

Dobrym pytaniem może być więc nie tylko: czy popełniłam grzech, ale też: dokąd prowadzi mnie ta refleksja. Czy prowadzi mnie do nawrócenia, naprawienia szkody, spowiedzi i pokoju, czy raczej do kolejnej godziny analizowania, do panicznego sprawdzania i do przekonania, że Bóg na pewno jest ze mnie niezadowolony. Sumienie oświecone przez Boga może boleć, ale jego celem nie jest rozpacz. Duch Święty przekonuje o grzechu po to, żeby człowiek wrócił do Chrystusa, a nie po to, żeby całe życie stał nad własną winą.

Warto też pamiętać, że skrupulatność może mieć związek nie tylko z życiem duchowym, ale również z lękiem czy mechanizmami obsesyjno-kompulsyjnymi. Jeśli ktoś godzinami analizuje swoje myśli, wielokrotnie powtarza modlitwy z obawy, że powiedział je źle, bardzo często przystępuje do spowiedzi z tych samych powodów albo religijne obowiązki stają się dla niego źródłem ogromnego napięcia, dobrze poszukać nie tylko wsparcia kapłana, lecz czasem także specjalisty. Nie ma w tym żadnej sprzeczności z wiarą. Człowiek jest jednością ducha i psychiki, a skorzystanie z pomocy psychologa czy psychiatry nie oznacza, że ktoś za mało ufa Bogu.

Najtrudniejsze w skrupułach jest chyba to, że człowiek bardzo chce być blisko Boga, a z czasem właśnie Bóg zaczyna kojarzyć mu się z lękiem. Modlitwa nie daje już pocieszenia, spowiedź staje się źródłem napięcia, rachunek sumienia przypomina śledztwo, a życie duchowe zaczyna obracać się wokół pytania: czy przypadkiem znowu nie zrobiłam czegoś źle. Wtedy szczególnie trzeba wrócić do Ewangelii i przypomnieć sobie, kim naprawdę jest Bóg.

Nie policjantem czekającym na najmniejszy błąd. Nie księgowym prowadzącym tabelę naszych potknięć. Ojcem.

Ojcem, który mówi prawdę o grzechu, ale nie po to, żeby upokorzyć. Ojcem, który wychowuje, ale nie dręczy. Ojcem, który przebacza, kiedy człowiek wraca.

Być może właśnie to jest najważniejsza różnica między wrażliwym sumieniem a skrupułami. Wrażliwe sumienie pomaga człowiekowi zobaczyć grzech po to, żeby jeszcze mocniej uchwycić się Boga. Skrupuły każą człowiekowi tak długo patrzeć na siebie, aż przestaje widzieć Jego miłosierdzie.

A przecież wiara nie polega na tym, że nigdy nie popełnimy błędu. Polega także na umiejętności powrotu. Na zgodzie, żeby Chrystus nas podniósł. Na przyjęciu tego, że sakrament pojednania naprawdę jest pojednaniem, a nie tylko chwilową przerwą przed kolejną falą oskarżeń.

Może więc osoba, która zmaga się ze skrupułami, potrzebuje czasem mniej kolejnych analiz, a więcej prostego aktu zaufania: „Jezu, Ty znasz moje serce lepiej ode mnie. Jeśli zrobiłam coś złego, daj mi światło i odwagę, żebym to zobaczyła i naprawiła. Jeśli natomiast przemawia przeze mnie lęk, pomóż mi nie wracać bez końca do tego, co już Tobie oddałam. Nie chcę lekceważyć grzechu, ale nie chcę też żyć tak, jakby Twoje miłosierdzie było słabsze od mojego strachu”.

Bo dobrze uformowane sumienie nie odbiera pokoju na zawsze. Może poruszyć, zawstydzić, wezwać do zmiany, ale ostatecznie prowadzi do Chrystusa. A kiedy człowiek naprawdę pozwoli Mu przebaczyć, nie musi już bez końca stać przed zamkniętymi drzwiami.

Może wejść dalej.

Copyright © Pani od religii