„Dość katolipy!” ks. Jana Kaczkowskiego – bo wiara nie może być bylejaka

Już sam tytuł tej książki jest bardzo w stylu ks. Jana Kaczkowskiego. „Dość katolipy!” brzmi zaczepnie, trochę bezczelnie i na pewno nie jak tytuł, którego spodziewalibyśmy się po księdzu. Kiedy jednak zaczyna się czytać, szybko okazuje się, że nie chodzi o tanią prowokację ani o wyśmiewanie Kościoła. Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że trzeba Kościół naprawdę kochać, żeby czasem odważyć się powiedzieć mu coś niewygodnego. Ks. Jan właśnie taki był – potrafił mówić bez kościelnego lukru, czasami ostro, czasami z ironią, ale za tym wszystkim stało bardzo poważne pytanie o jakość naszej wiary.

„Dość katolipy! O Jezusie celebrycie” ukazało się już po śmierci ks. Jana, w 2018 roku, nakładem wydawnictw Znak i RTCK. Nie jest to typowa książka pisana od początku do końca jako zwarta publikacja, ale materiał oparty na konferencji ks. Kaczkowskiego, stąd bardzo charakterystyczny język, bliski temu, jak mówił. Jest sporo humoru, dygresji i mocnych sformułowań, ale właśnie dzięki temu podczas czytania niemal słyszy się jego głos. Pod żartami kryją się natomiast sprawy całkiem serio: Kościół, Ewangelia, odpowiedzialność za to, jak przekazujemy wiarę, nasze religijne przyzwyczajenia i pytanie, czy za tym wszystkim rzeczywiście stoi żywa relacja z Chrystusem.

Tytułowa „katolipa” to dla mnie przede wszystkim katolicka bylejakość. Taka, którą czasami usprawiedliwiamy tym, że przecież robimy coś dla Boga albo dla Kościoła, więc jakoś to będzie. A przecież powinno być dokładnie odwrotnie. Jeżeli coś robimy dla Boga i dla ludzi, powinniśmy zrobić to najlepiej, jak potrafimy. Ta myśl jest mi szczególnie bliska jako katechetce, bo można mieć do przekazania dzieciom najpiękniejszą prawdę o Bogu, a podać ją w taki sposób, że pozostanie dla nich martwą informacją. Można przez lata prowadzić katechezę według tego samego schematu, mówić językiem, którego dzieci już nie rozumieją, a później narzekać, że nie są zainteresowane religią. Można też przygotować się, poszukać sposobu, który do nich dotrze, wysłuchać ich pytań i potraktować je poważnie. Ewangelia się nie zmienia, ale świat dzieci, do których z nią przychodzimy, już tak.

Ks. Kaczkowski sporo mówi o profesjonalizmie w Kościele i bardzo mi się to podoba. Przecież „kościelne” nie powinno znaczyć „byle jakie”. Dotyczy to katechezy, homilii, przygotowania liturgii, muzyki, parafialnej strony internetowej, spotkania z rodzicami czy zwyczajnej rozmowy z człowiekiem, który przyszedł do kancelarii. Czasami mam wrażenie, że przyzwyczailiśmy się do pewnych rzeczy tylko dlatego, że „zawsze tak było”. Tymczasem szacunek do człowieka również jest częścią naszego świadectwa. Jeżeli ktoś przychodzi do Kościoła, być może po wielu latach, być może z trudną historią i ogromnym lękiem, to sposób, w jaki zostanie potraktowany, naprawdę ma znaczenie.

Bardzo ciekawy jest też podtytuł książki: „O Jezusie celebrycie”. Jezus przecież przyciągał tłumy. Ludzie szli za Nim, chcieli Go słuchać, zobaczyć cud, dotknąć Go, przynieść swoich chorych. Nie zależało Mu jednak na popularności dla niej samej. Nie łagodził Ewangelii tylko po to, żeby zatrzymać słuchaczy, a kiedy chciano obwołać Go królem, usunął się. Czytając o tym dzisiaj, trudno nie pomyśleć również o współczesnej ewangelizacji. Mamy Facebook, Instagram, YouTube, podcasty, blogi, piękne grafiki i mnóstwo możliwości, których wcześniejsze pokolenia nie miały. Sama z nich korzystam i nie widzę w tym niczego złego. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy gdzieś po drodze ważniejszy od Chrystusa staje się człowiek, który o Nim mówi. Łatwo przecież zacząć od pragnienia dzielenia się wiarą, a po jakimś czasie bardziej przejmować się zasięgami, reakcjami i tym, czy ludzie lubią nas, niż tym, czy rzeczywiście prowadzimy ich do Boga.

Nie znaczy to oczywiście, że po przeczytaniu tej książki ze wszystkim, co mówi ks. Jan, trzeba się zgodzić. Ja zresztą nie lubię czytać książek w taki sposób. Ksiądz Kaczkowski miał własny temperament, bardzo charakterystyczny język i nie unikał mocnych ocen. Niektóre zdania mogą drażnić, z innymi można dyskutować, a jeszcze inne zmuszają do zatrzymania się właśnie dlatego, że nie są wygodne. Nie jest to Katechizm Kościoła Katolickiego ani dokument Magisterium, tylko zapis przemyśleń konkretnego księdza, dlatego warto czytać go właśnie w ten sposób – myśląc, sprawdzając i konfrontując to, co mówi, z Ewangelią.

Najbardziej zostało jednak ze mną coś, co wykracza daleko poza wszystkie kościelne niedociągnięcia, o których można byłoby długo opowiadać. Bardzo łatwo zauważyć „katolipę” u innych. Łatwo powiedzieć, że kazanie było nieprzygotowane, parafia działa jak trzydzieści lat temu, katecheta jest nudny, ksiądz nie potrafi rozmawiać z ludźmi, a ktoś w Kościele bardziej dba o własną pozycję niż o Ewangelię. Znacznie trudniej zapytać, ile takiej bylejakości wkradło się do mojej własnej wiary.

Bo przecież religijność też może stać się rutyną. Można zrobić znak krzyża i nawet nie zauważyć, że się go zrobiło. Można odpowiedzieć podczas Mszy świętej, nie zastanawiając się nad wypowiadanymi słowami. Można odmówić pacierz, myśląc przez cały czas o czymś zupełnie innym. Można uklęknąć przed Najświętszym Sakramentem, a później wrócić do domu i bez najmniejszego problemu zranić drugiego człowieka. Można bardzo głośno bronić chrześcijańskich wartości, a jednocześnie nie potrafić przeprosić, przebaczyć czy przyznać się do własnego błędu. I wcale nie oznacza to, że modlitwy, nabożeństwa, tradycje czy zewnętrzne gesty są niepotrzebne. Są potrzebne i piękne, jeśli prowadzą nas głębiej. Gorzej, kiedy zostaje sama forma, a gdzieś po drodze gubimy Tego, do którego miała nas prowadzić.

Podoba mi się również sposób, w jaki ks. Jan potrafił przywracać znaczenie słowom, które wypowiadamy niemal automatycznie. Choćby zwykłemu „Szczęść Boże”. Przecież to nie jest katolicka wersja „dzień dobry”. W tych dwóch słowach życzę drugiemu człowiekowi, żeby Bóg mu błogosławił, pomagał i był obecny w tym, co robi. Kiedy się nad tym zastanowić, nagle okazuje się, że zwyczajna formułka może stać się małą modlitwą. Podobnie jest z „Amen”, „Bóg zapłać”, znakiem krzyża czy przyklęknięciem przed tabernakulum. Nie potrzebujemy koniecznie nowych form. Czasami wystarczyłoby odzyskać znaczenie tych, które już mamy.

Czytając „Dość katolipy!”, pomyślałam też o tym, jak rozumiemy miłość do Kościoła. Dla mnie kochać Kościół nie oznacza udawać, że wszystko jest w nim dobre. Kościół jest święty świętością Chrystusa, ale tworzą go grzeszni ludzie i historia aż nadto pokazuje, do czego jesteśmy zdolni. Można więc kochać Kościół i jednocześnie mówić o tym, co wymaga naprawy. Można być wiernym Kościołowi, a zarazem nie zgadzać się na krzywdę, niekompetencję czy zwyczajną bylejakość. Tak jak w rodzinie – miłość nie polega przecież na udawaniu, że problemu nie ma. Czasami właśnie dlatego, że kochamy, nie chcemy milczeć.

Po tej książce nie marzy mi się więc Kościół bardziej nowoczesny, efektowny czy taki, który spodoba się wszystkim. Marzy mi się Kościół prawdziwy. Taki, w którym ksiądz nie boi się powiedzieć „nie wiem”, katecheta przygotowuje lekcję, bo szanuje swoich uczniów, człowiek zaangażowany w parafii pamięta, że służba nie daje mu władzy nad innymi, a osoba mówiąca o Bogu nie zasłania Go własną osobą. Kościół, w którym potrafimy przyznać się do błędu i naprawić to, co zepsuliśmy, zamiast za wszelką cenę bronić dobrego wizerunku.

I chyba dlatego prowokacyjny tytuł ks. Kaczkowskiego ostatecznie wcale mnie nie razi. Bo „dość katolipy” nie oznacza: dość Kościoła, tradycji, zasad czy wymagań. Odczytuję go zupełnie odwrotnie – dość wiary na pół gwizdka, religijnych gestów wykonywanych bezmyślnie, kościelnego „jakoś to będzie” i chrześcijaństwa, które świetnie wygląda z zewnątrz, ale niewiele zmienia w środku.

Najłatwiej po tej lekturze zrobić rachunek sumienia Kościołowi. Znacznie ciekawiej zrobić go sobie. Zapytać, czy moja modlitwa jest spotkaniem, czy obowiązkiem do odhaczenia, czy Eucharystia naprawdę ma wpływ na moje życie, czy sposób, w jaki traktuję ludzi, zgadza się z tym, co wyznaję w niedzielę, i czy mówiąc o Chrystusie, rzeczywiście pozwalam zobaczyć Jego, a nie przede wszystkim siebie.

Bo może największa „katolipa” zaczyna się właśnie wtedy, gdy tak bardzo przyzwyczajamy się do bycia katolikami, że przestajemy każdego dnia na nowo wybierać Chrystusa.

A na to rzeczywiście szkoda Ewangelii.

Hagar – kobieta, którą Bóg zobaczył na pustyni

Historia Hagar nie jest łatwa. Nie jest jedną z tych biblijnych opowieści, które czyta się spokojnie, z poczuciem, że wszyscy zachowali się pięknie, pobożnie i dojrzale. Jest w niej napięcie, bezradność, wykorzystanie, zazdrość, ucieczka, samotność, płacz dziecka i pustynia, na której człowiek zostaje z bólem, którego nikt już nie chce widzieć.

A jednak właśnie w tej historii pojawia się jedno z najpiękniejszych imion Boga wypowiedzianych przez człowieka: „Tyś Bóg, który mnie widzi”.

W Księdze Rodzaju Hagar jest Egipcjanką, niewolnicą Saraj. Nie stoi w centrum obietnicy danej Abrahamowi, nie ma pozycji pani domu, nie decyduje o swoim losie tak, jakby była wolna. Zostaje wciągnięta w ludzkie próby „pomagania” Bogu. Abram i Saraj mają obietnicę potomstwa, ale lata mijają, dziecko się nie pojawia, nadzieja zaczyna boleć coraz bardziej. Saraj daje Abramowi Hagar, aby przez nią mieć potomstwo. Dla nas, czytających tę historię po wiekach i z perspektywy chrześcijańskiej godności osoby, jest to bardzo trudne. Hagar zostaje potraktowana jak narzędzie do rozwiązania problemu innych ludzi.

I właśnie to trzeba powiedzieć uczciwie. Biblia nie pokazuje tej sytuacji po to, żeby ją upiększyć. Nie wszystko, co opisuje Pismo Święte, jest automatycznie pochwalone przez Boga. Czasem Biblia bardzo realistycznie pokazuje ludzką słabość, grzech, lęk, niecierpliwość i skutki decyzji podejmowanych bez zaufania. Historia Hagar jest jednym z takich miejsc. Widzimy, co dzieje się, kiedy człowiek próbuje przyspieszyć Bożą obietnicę własnymi sposobami, nie licząc się z godnością drugiego człowieka.

Kiedy Hagar poczęła dziecko, relacja między kobietami stała się jeszcze trudniejsza. Saraj czuje się upokorzona, Hagar patrzy na nią inaczej, w domu narasta napięcie. W końcu Saraj zaczyna ją źle traktować, a Hagar ucieka na pustynię. To pierwsza pustynia w jej historii. Kobieta w ciąży, samotna, bez zabezpieczenia, bez swojego miejsca, pomiędzy domem, w którym została zraniona, a drogą, na której nie wiadomo, co ją czeka.

I tam znajduje ją Anioł Pański.

To jest bardzo ważne słowo: znajduje. Bóg nie czeka, aż Hagar sama wróci do porządku, nie mówi z daleka, nie udaje, że to tylko poboczna postać w wielkiej historii Abrahama. Bóg widzi ją na pustyni. Widzi kobietę, której inni nie zobaczyli jako osoby. Widzi jej ucieczkę, jej lęk, jej dziecko, jej przyszłość. Pyta ją: „Hagar, niewolnico Saraj, skąd przyszłaś i dokąd idziesz?”. To pytanie nie jest zimnym przesłuchaniem. Jest zatrzymaniem przy jej historii. Bóg pozwala jej nazwać prawdę: „Uciekłam od mojej pani Saraj”.

Hagar nie jest dla Boga anonimowa. Ma imię. Ma historię. Ma ból. Ma drogę.

Anioł Pański mówi jej, że urodzi syna i nada mu imię Izmael, co można rozumieć jako „Bóg słyszy”, ponieważ Pan usłyszał jej udrękę. To kolejny bardzo mocny znak. Bóg nie tylko widzi Hagar. Bóg także słyszy. Słyszy tę, której głos nie miał wielkiej wagi w oczach ludzi. Słyszy niewolnicę, cudzoziemkę, kobietę uciekającą przez pustynię. Słyszy jej udrękę, zanim ona sama mogłaby komukolwiek udowodnić, że zasługuje na uwagę.

Właśnie wtedy Hagar nazywa Boga: „Tyś Bóg, który mnie widzi”. To niezwykłe, bo w tej biblijnej scenie kobieta stojąca na marginesie historii wypowiada prawdę bardzo głęboką. Bóg jest Tym, który widzi człowieka. Nie tylko tłum. Nie tylko wielkie wydarzenia. Nie tylko tych, którzy są ważni w oczach świata. Widzi jedną kobietę na pustyni, w jej najbardziej kruchej chwili.

Ta prawda wraca także w drugim spotkaniu Hagar z pustynią, w dwudziestym pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju. Po narodzinach Izaaka napięcie w domu Abrahama znowu narasta. Sara nie chce, by Izmael dziedziczył razem z jej synem. Abrahamowi jest to bardzo przykre, bo Izmael jest jego dzieckiem, ale ostatecznie Hagar zostaje odesłana z chłopcem. Dostaje chleb i wodę. I znów idzie na pustynię.

Tym razem sytuacja jest jeszcze bardziej dramatyczna. Woda się kończy. Hagar nie potrafi patrzeć na śmierć swojego dziecka, więc zostawia Izmaela pod krzewem i siada z daleka. Płacze. To jedna z najbardziej przejmujących scen macierzyńskiego cierpienia w Biblii. Bezradność matki, która nie ma już czym nakarmić ani napoić dziecka, nie ma siły go uratować i nie może znieść widoku jego umierania.

I znowu Bóg wchodzi w tę pustynię.

Tekst mówi, że Bóg usłyszał głos chłopca. Anioł Boży woła do Hagar z nieba, pyta, co jej jest, i mówi, żeby się nie bała. Potem Bóg otwiera jej oczy i Hagar widzi studnię z wodą. To bardzo piękny szczegół. Studnia była blisko, ale w rozpaczy Hagar jej nie widziała. Bóg nie tylko daje ratunek. On otwiera oczy na źródło życia, które w chwili bólu było poza zasięgiem jej spojrzenia.

Tak często bywa z nami. Kiedy człowiek jest odrzucony, zmęczony, poraniony albo bardzo samotny, jego spojrzenie się zawęża. Widzi tylko stratę, koniec, brak wody, płacz dziecka, pustynię. Widzi to, co boli, i trudno mu zobaczyć cokolwiek więcej. Nie dlatego, że nie ma wiary. Czasem dlatego, że cierpienie naprawdę odbiera światło. Bóg w takiej chwili nie mówi: „Przestań płakać, przesadzasz”. On otwiera oczy i prowadzi do wody.

Historia Hagar jest historią kobiety, którą ludzie przesuwali według własnych planów, a Bóg potraktował poważnie. Ona nie jest główną bohaterką obietnicy danej Abrahamowi, ale nie znaczy to, że jest nieważna dla Boga. To bardzo ważne także dla naszego czytania Biblii. Pan Bóg widzi tych, których my czasem umieszczamy na drugim planie. Widzi osoby ciche, zależne od innych, zranione cudzymi decyzjami, bez głosu, bez wpływu, bez miejsca przy stole, przy którym zapadają najważniejsze decyzje.

Hagar może być bliska każdemu, kto poczuł się użyty, pominięty, niewidzialny albo odesłany na pustynię. Każdemu, kto niósł konsekwencje cudzych wyborów. Każdemu, kto znalazł się w miejscu, w którym już nie miał siły walczyć o siebie. Każdej matce, która bała się o swoje dziecko. Każdemu człowiekowi, który płakał z daleka, bo nie umiał patrzeć na cierpienie kogoś kochanego.

W tej historii jest też bardzo mocne przypomnienie, że Bóg nie patrzy tak jak ludzie. Ludzie potrafią widzieć funkcję zamiast osoby. Rolę zamiast serca. Problem zamiast człowieka. Hagar dla innych mogła być niewolnicą, Egipcjanką, matką dziecka, które komplikowało sytuację w domu. Dla Boga była Hagar. Kobietą z imieniem, cierpieniem i przyszłością. To zmienia wszystko.

Katolickie spojrzenie na tę historię musi prowadzić nas do godności osoby. Nikt nie jest narzędziem do spełniania cudzych planów. Nikt nie jest mniej ważny dlatego, że nie ma pozycji, pieniędzy, wpływu, wykształcenia, rodziny, która go obroni, albo miejsca, gdzie ktoś za nim stanie. Każdy człowiek nosi godność daną przez Boga. Historia Hagar pokazuje, jak bardzo człowiek może zostać zraniony, kiedy inni o tej godności zapominają. Pokazuje też, że Bóg o niej nie zapomina nigdy.

Nie można jednak czytać historii Hagar tylko jako opowieści o ludzkiej niesprawiedliwości. Jest w niej coś jeszcze. Bóg nie usuwa od razu całej trudności. Hagar wraca po pierwszym spotkaniu na pustyni. Później znów doświadcza odrzucenia. Jej droga nie staje się łatwa jak za dotknięciem ręki. A jednak w obu pustyniach Bóg jest obecny. Widzi, słyszy, mówi, daje obietnicę, otwiera oczy, prowadzi do wody.

To bardzo prawdziwe duchowo. Bo czasem chcielibyśmy, żeby Boża obecność oznaczała natychmiastowe wyprowadzenie ze wszystkich trudnych miejsc. A Bóg bywa obecny inaczej. Nie zawsze od razu zmienia całą sytuację, ale nie pozwala człowiekowi zostać samemu. Daje słowo na drogę. Daje wodę na pustyni. Daje siłę na kolejny krok. Daje świadomość, że jestem widziana wtedy, gdy inni już mnie nie widzą.

W imieniu Izmael zostaje zapisana prawda, że Bóg słyszy. W imieniu, które Hagar wypowiada wobec Boga, zostaje zapisana prawda, że Bóg widzi. Widzi i słyszy. To są dwa słowa bardzo potrzebne człowiekowi zranionemu. Bo odrzucenie często polega właśnie na tym, że nikt nie chce widzieć i nikt nie chce słyszeć. Człowiek opowiada swój ból, ale ktoś go ucisza. Człowiek pokazuje ranę, ale ktoś odwraca wzrok. Człowiek prosi o miejsce, ale słyszy, że przeszkadza. Bóg postępuje inaczej. Nie odwraca twarzy od pustyni.

Dla nas ta historia może stać się też rachunkiem sumienia. Nie tylko pocieszeniem, że Bóg mnie widzi, ale pytaniem, czy ja widzę tych, których łatwo ominąć. Czy nie traktuję ludzi przez pryzmat ich przydatności. Czy nie lekceważę cierpienia kogoś, kto jest „trudny”, niewygodny albo nie pasuje do mojej historii. Czy nie odsyłam na pustynię tych, którzy przypominają mi o problemach, jakich nie chcę widzieć. Czy potrafię zatrzymać się przy człowieku, którego Bóg widzi, nawet jeśli świat widzi w nim tylko kłopot.

Hagar nie jest postacią łatwą do włożenia w prosty obrazek. Jej historia zostawia w sercu pewien ciężar. I dobrze. Nie każda biblijna opowieść ma nas od razu uspokoić. Niektóre mają nas obudzić. Pokazać skutki ludzkich decyzji. Przypomnieć o tych, którzy cierpią na marginesie cudzych planów. Nauczyć, że Bóg jest blisko nie tylko w pięknych, uporządkowanych scenach wiary, ale także przy studni na pustyni, obok płaczącej matki i dziecka, którego głos dociera do nieba.

Może właśnie dlatego historia Hagar jest tak ważna dzisiaj. Wielu ludzi żyje z poczuciem niewidzialności. W domu, w pracy, w rodzinie, w Kościele, w społeczeństwie. Są obecni, ale jakby ich nie było. Spełniają role, wykonują obowiązki, znoszą cudze decyzje, uśmiechają się, żeby nie robić problemu, a w środku noszą pustynię. Hagar mówi im cicho, ale bardzo mocno: Bóg widzi. Bóg słyszy. Twoja historia nie jest dla Niego marginesem.

To nie jest tanie pocieszenie. To nie jest zdanie, które ma szybko przykryć ból. To prawda, która może stać się początkiem ocalenia. Jeśli Bóg mnie widzi, to nie jestem tylko tym, co zrobili ze mną ludzie. Jeśli Bóg mnie słyszy, to mój płacz nie ginie w pustce. Jeśli Bóg otwiera oczy, to na pustyni może istnieć źródło, którego sama jeszcze nie widzę.

Hagar nazwała Boga Tym, który ją widzi. Może warto zabrać to imię Boga do własnej modlitwy. Zwłaszcza wtedy, gdy człowiek czuje się pominięty, zmęczony, odrzucony albo niezauważony. Można powiedzieć bardzo prosto: „Panie, Ty mnie widzisz. Widzisz mój ból, moją samotność, moje dziecko, mój lęk, moją pustynię. Otwórz mi oczy na wodę. Nie pozwól mi uwierzyć, że jestem nieważna”.

Bóg Hagar jest Bogiem, który widzi człowieka na pustyni.

Nie z daleka. Nie obojętnie. Nie jako problem do rozwiązania.

Widzieć po Bożemu znaczy kochać, słyszeć, wzywać po imieniu i prowadzić ku życiu. Nawet wtedy, gdy droga biegnie przez miejsce, w którym człowiek myślał, że został już zupełnie sam.

Czy to naprawdę natchnienie od Boga? Jak rozeznawać to, co pojawia się w sercu

Są takie chwile, kiedy w sercu pojawia się mocna myśl, pragnienie, poruszenie albo wewnętrzny impuls. Człowiek czuje, że coś powinien zrobić, komuś napisać, gdzieś pójść, z czegoś zrezygnować, podjąć decyzję, zmienić kierunek, powiedzieć „tak” albo wreszcie powiedzieć „nie”. Czasem to przychodzi spokojnie, jak delikatne światło. Innym razem bardzo mocno, niemal nagle, tak że trudno przejść obok tego obojętnie. I wtedy pojawia się pytanie: czy to jest od Boga?

To pytanie jest ważne, ale trzeba obchodzić się z nim bardzo ostrożnie. Bo nie każde silne pragnienie jest natchnieniem Ducha Świętego. Nie każda myśl, która pojawia się po modlitwie, jest od razu Bożym głosem. Nie każde wzruszenie oznacza, że Pan Bóg właśnie wskazał drogę. Serce człowieka jest piękne, ale bywa też zmęczone, zranione, zalęknione, spragnione uznania, niecierpliwe, uparte i bardzo podatne na to, żeby własne emocje ubrać w pobożne słowa. Dlatego rozeznawanie jest tak potrzebne.

W katolickim rozumieniu rozeznawanie nie jest magicznym odczytywaniem znaków. Nie polega na tym, że zobaczę konkretną godzinę na zegarku, otworzę przypadkowo książkę, usłyszę jedno zdanie w sklepie i natychmiast uznam, że Bóg układa mi szczegółową instrukcję. Pan Bóg może posługiwać się różnymi sytuacjami, ale wiara nie jest wróżeniem. Chrześcijaństwo nie uczy nas szukania ukrytych komunikatów w każdym drobiazgu, tylko życia w relacji z Bogiem, który prowadzi przez Słowo, modlitwę, sakramenty, sumienie, rozum, naukę Kościoła i mądre rozeznawanie owoców.

To bardzo uwalniające, bo człowiek nie musi w panice analizować każdej myśli i każdego zdarzenia. Bóg nie bawi się z nami w zagadki. Nie jest kimś, kto ukrywa swoją wolę tak sprytnie, że tylko najbardziej duchowo bystrzy ją odnajdą. On prowadzi cierpliwie, ale nie odbiera nam rozumu, wolności i odpowiedzialności. Natchnienie od Boga nie znosi myślenia. Ono je oczyszcza.

Pierwszym ważnym kryterium rozeznawania jest zgodność z Ewangelią i nauką Kościoła. Bóg nie będzie prowadził człowieka drogą grzechu, pychy, kłamstwa, zemsty, pogardy, manipulacji czy krzywdzenia innych. Jeśli jakieś „natchnienie” podpowiada, żeby zniszczyć kogoś słowem, obejść prawdę, zaniedbać obowiązki stanu, złamać wierność, potraktować drugiego człowieka jak narzędzie albo usprawiedliwić egoizm pobożnym hasłem, to nie trzeba szukać nadzwyczajnych znaków. To nie jest Boże prowadzenie.

Czasem człowiek bardzo chce czegoś dla siebie i potrafi dorobić do tego religijną opowieść. „Pan Bóg chce, żebym była szczęśliwa”, „czuję pokój, więc to musi być dobre”, „to przyszło mi na modlitwie, więc na pewno jest od Boga”. Owszem, Bóg pragnie naszego prawdziwego dobra i pokoju, ale prawdziwe dobro nigdy nie odcina się od miłości, prawdy i odpowiedzialności. Pokój Boży nie jest tym samym, co ulga po decyzji wygodnej dla mnie. Bywa, że człowiek czuje chwilową ulgę, bo przestał walczyć ze sobą i wybrał to, czego chciały emocje. To jeszcze nie znaczy, że wybrał dobrze.

Drugim kryterium są owoce. Jezus mówi, że drzewo poznaje się po owocach. To bardzo proste, ale niezwykle mądre. Warto więc patrzeć, dokąd prowadzi dana myśl. Czy rodzi większą miłość, pokorę, cierpliwość, prawdę, wierność, przebaczenie, odwagę dobra i większą bliskość Boga? Czy przeciwnie: wprowadza chaos, lęk, pychę, pogardę, obsesyjne napięcie, rozbicie, zamknięcie na innych i poczucie, że teraz już nikt nie może mi nic powiedzieć, bo przecież „Bóg mi pokazał”?

Dobre natchnienie nie zawsze jest łatwe i miłe. Czasem prowadzi do trudnej rozmowy, przeprosin, rezygnacji z własnej wygody, uporządkowania czegoś, co od dawna było odkładane. Może kosztować. Może wymagać odwagi. Ale nawet jeśli jest wymagające, nie niesie w sobie ciemnego przymusu, paniki i duchowego szantażu. Bóg zaprasza, pociąga, porusza sumienie, ale nie miażdży człowieka wewnętrznym krzykiem.

Zły duch bardzo chętnie udaje gorliwość. Potrafi podpowiadać rzeczy pozornie pobożne, które w praktyce prowadzą do pychy, niepokoju albo rozpaczy. Może kusić do przesady: módl się tak dużo, żebyś nie miała siły na obowiązki; pomagaj wszystkim, aż się wypalisz; wymagaj od siebie tak bezlitośnie, żebyś po kilku dniach znienawidziła własną słabość; oceniaj innych, bo ty przecież „widzisz więcej”. To nie jest delikatność Ducha Świętego. Duch Święty prowadzi do świętości, ale nie niszczy człowieka po drodze.

Bardzo ważne jest też rozeznawanie w czasie. Nie wszystko trzeba rozstrzygać natychmiast. Niektóre poruszenia serca potrzebują dojrzewania. Jeśli coś jest od Boga, nie musi być podjęte w panice, jakby łaska miała uciec za pięć minut. Oczywiście są sytuacje, w których trzeba szybko zareagować dobrem: pomóc komuś, przeprosić, powstrzymać złe słowo, zadzwonić po pomoc. Ale większe decyzje duchowe, życiowe, rodzinne czy zawodowe zwykle wymagają czasu, modlitwy i spokojnego sprawdzenia, co naprawdę się w nas dzieje.

Czas jest dobrym sprawdzianem. Niektóre pragnienia błyszczą przez chwilę, a potem gasną, bo były tylko emocją, wzruszeniem, zmęczeniem albo reakcją na czyjeś słowa. Inne wracają spokojnie, głębiej, bez narzucania się, ale z taką wewnętrzną wiernością. Nie robią hałasu, a jednak człowiek wie, że powinien potraktować je poważnie. Warto dać sercu czas, zwłaszcza gdy decyzja dotyczy czegoś ważnego.

Rozeznawanie wymaga też szczerości wobec własnych motywacji. To bywa niewygodne, ale bardzo potrzebne. Można chcieć zrobić coś dobrego z miłości, ale można też chcieć tego samego z potrzeby uznania. Można podjąć pobożną inicjatywę, bo naprawdę rodzi się ona z modlitwy, ale można też uciekać w działanie, żeby nie spotkać się z własną pustką. Można powiedzieć komuś trudną prawdę z troski, ale można też ukryć pod „troską” zwykłą złość i chęć postawienia na swoim.

Bóg nie boi się naszej szczerości. Przeciwnie, ona bardzo pomaga. Można stanąć przed Nim i powiedzieć: „Panie Jezu, nie wiem, czy to jest od Ciebie, czy bardziej ode mnie. Pokaż mi prawdę. Oczyść moje intencje. Nie pozwól mi pomylić Twojego głosu z moim lękiem, pychą albo pragnieniem, żeby wszystko było po mojemu”. Taka modlitwa jest pokorna i bardzo bezpieczna, bo zostawia Bogu miejsce na korektę.

Nie wolno też pomijać rozumu. Katolicka wiara nie przeciwstawia Ducha Świętego zdrowemu rozsądkowi. Jeśli jakieś pragnienie wymaga decyzji, trzeba zobaczyć jej konsekwencje. Dla mnie, dla innych, dla moich obowiązków, dla rodziny, pracy, zdrowia, powołania, sakramentów, relacji. Pan Bóg może zapraszać do rzeczy wymagających, ale nie prowadzi przez lekkomyślność udającą zaufanie. Są ludzie, którzy mówią „ufam Bogu”, a tak naprawdę nie chcą wziąć odpowiedzialności za własny wybór. To nie jest wiara, tylko ucieczka przed dojrzałością.

Ważnym miejscem rozeznawania jest sumienie. Ale sumienie też trzeba formować. Samo „czuję, że to dobre” nie wystarczy. Sumienie karmione Ewangelią, modlitwą, sakramentami i nauką Kościoła staje się coraz bardziej wrażliwe na prawdę. Sumienie zaniedbane może mylić wygodę z dobrem, lęk z roztropnością, upór z wiernością, a emocjonalne poruszenie z natchnieniem. Dlatego tak ważne jest życie sakramentalne, regularna spowiedź, Eucharystia, Słowo Boże i uczciwa praca nad sobą.

W rozeznawaniu bardzo pomaga rozmowa z kimś mądrym duchowo. Nie po to, żeby ktoś za nas podjął decyzję, ale żeby pomógł zobaczyć to, czego sami nie widzimy. Może to być spowiednik, kierownik duchowy, kapłan, osoba dojrzała w wierze. Czasem wystarczy jedno spokojne pytanie kogoś z boku, żeby zobaczyć, że nasze „natchnienie” jest bardziej reakcją na zranienie niż głosem Boga. A czasem rozmowa potwierdza, że warto iść za pragnieniem, które dojrzewało w sercu od dawna.

Trzeba jednak uważać, żeby nie szukać tylko takich osób, które potwierdzą naszą wersję. Jeśli pytam pięć osób, aż znajdę jedną, która powie to, co chcę usłyszeć, to nie jest rozeznawanie. To jest polowanie na zgodę. Prawdziwe rozeznawanie zakłada gotowość, że Bóg może powiedzieć także: poczekaj, nie teraz, nie tędy, zostaw to, wróć do prostszych obowiązków, pojednaj się, odpocznij, nie uciekaj.

Szczególną ostrożność warto zachować wtedy, gdy poruszenie serca pojawia się w stanie silnego zmęczenia, samotności, smutku albo euforii. Emocje nie są złe. One mówią nam coś ważnego o naszym wnętrzu. Ale nie powinny same prowadzić decyzji. Człowiek bardzo zmęczony może uznać za natchnienie pragnienie ucieczki od wszystkiego. Człowiek zraniony może poczuć „Boże prowadzenie” do zerwania relacji bez próby rozmowy. Człowiek zachwycony nową możliwością może przestać widzieć realne ograniczenia. W takich chwilach potrzebna jest delikatność, cierpliwość i światło Ducha Świętego, a nie szybkie podpisywanie wszystkiego imieniem Boga.

Warto też pamiętać, że Bóg często prowadzi przez zwyczajność. Nie zawsze przez mocne poruszenia. Czasem Jego wola jest bardzo prosta i mało widowiskowa: bądź wierna modlitwie, idź na Mszę świętą, pojednaj się, zrób uczciwie swoje obowiązki, odpocznij, nie karm w sobie goryczy, zaopiekuj się tym, co zostało ci powierzone, nie uciekaj od dobra, które masz pod ręką. My czasem szukamy niezwykłego znaku, bo zwykła wierność wydaje się za mało efektowna. A przecież świętość najczęściej rośnie właśnie tam.

To, co pochodzi od Boga, prowadzi do większej wolności. Nie do samowoli, ale do wolności dziecka Bożego. Człowiek staje się mniej niewolnikiem lęku, opinii innych, własnej pychy, potrzeby kontroli i przymusu, żeby wszystko natychmiast rozumieć. Nawet trudne Boże zaproszenie niesie w sobie przestrzeń zaufania. Można się bać, ale pod spodem pojawia się głębsze światło. Nie krzyk: „musisz, bo inaczej wszystko stracisz”, tylko spokojne: „chodź, jestem z tobą”.

Rozeznawanie nie daje nam jednak pełnej kontroli nad życiem. To też trzeba jasno powiedzieć. Nie istnieje katolicka metoda, która sprawi, że zawsze bezbłędnie odczytamy każdy szczegół Bożego prowadzenia. Jesteśmy ludźmi. Możemy się pomylić. Możemy zrozumieć coś częściowo. Możemy podjąć decyzję, która okaże się niedoskonała. Ale Bóg jest większy od naszych pomyłek, jeśli naprawdę szukamy Go z pokorą. On potrafi prowadzić także przez korektę, zawrócenie, doświadczenie konsekwencji i ponowny początek.

To ważne dla osób bardzo lękowych, które boją się, że „źle rozeznają” i przez to stracą Bożą wolę na zawsze. Bóg nie jest bezdusznym egzaminatorem, który daje jedną ukrytą odpowiedź i czeka, aż się pomylimy. Jest Ojcem. Jeśli człowiek szczerze szuka dobra, modli się, korzysta z sakramentów, pyta, myśli i stara się iść za prawdą, Bóg nie zostawi go samego. Nawet gdy trzeba będzie coś skorygować, łaska nie przestaje działać.

Można więc rozeznawać spokojnie. Bez magii, bez paniki i bez nadawania każdemu poruszeniu rangi objawienia. Z wiarą, ale też z rozsądkiem. Z otwartym sercem, ale i z pokorą wobec własnych emocji. Z pragnieniem dobra, ale bez pośpiechu, który nie pozwala zobaczyć owoców. Z uważnością na Boga, ale też z pamięcią, że On często mówi ciszej, prościej i bardziej zwyczajnie, niż byśmy chcieli.

Gdy w sercu pojawia się mocne pragnienie, warto przynieść je na modlitwę i pozwolić mu trochę pobyć w świetle Chrystusa. Nie trzeba od razu krzyczeć: „to znak”. Nie trzeba od razu uciekać. Można powiedzieć: „Panie Jezu, jeśli to jest od Ciebie, prowadź mnie dalej. Jeśli to jest tylko moje napięcie, oczyść mnie. Jeśli to jest pokusa, pokaż mi prawdę. Jeśli trzeba poczekać, daj mi cierpliwość”.

Bóg naprawdę potrafi prowadzić serce, które nie chce manipulować Jego imieniem, ale szuka prawdy.

A prawdziwe natchnienie od Boga nigdy nie oddala od Ewangelii. Nie karmi pychy. Nie usprawiedliwia grzechu. Nie niszczy miłości. Nie zamyka na Kościół. Nie każe wyłączać rozumu. Nie robi z człowieka niewolnika lęku.

Prawdziwe natchnienie prowadzi ku Chrystusowi.

Czasem przez wielką decyzję, a częściej przez mały krok w stronę większej miłości, prawdy i pokoju.

„Projekt Judyta” o. Adama Szustaka OP – kobieta, która nie musi czekać, aż ktoś powie jej, ile jest warta

Są książki, których tytuł może początkowo sugerować coś zupełnie innego, niż znajdujemy w środku. „Projekt Judyta. Czym jest siła kobiety?” o. Adama Szustaka OP mogłaby wyglądać jak kolejny poradnik o pewności siebie, relacjach z mężczyznami czy odkrywaniu kobiecości. Tymczasem punktem wyjścia jest Biblia, a konkretnie Księga Judyty i pytanie znacznie głębsze: kim jest kobieta w zamyśle Boga i skąd naprawdę bierze się jej wartość?

Książka powstała na podstawie wcześniejszej audiokonferencji o tym samym tytule. Pierwsze wydanie ukazało się nakładem RTCK w 2019 roku, a publikacja otrzymała kościelne zezwolenie na druk na podstawie „nihil obstat” udzielonego dla konferencji „Projekt Judyta” i „Projekt Jonasz”. Biblioteka Narodowa klasyfikuje ją jako poradnik duchowy oraz rozważania dotyczące Księgi Judyty, kobiecości i duchowości katolickiej.

Bohaterką, za którą podąża o. Szustak, jest Judyta – jedna z najbardziej fascynujących kobiet Starego Testamentu. Wdowa, która w chwili śmiertelnego zagrożenia swojego ludu nie pozostaje bierna. Modli się, pości, podejmuje decyzję, działa z ogromną odwagą i ostatecznie doprowadza do śmierci Holofernesa, wodza asyryjskiej armii oblegającej Betulię. Jej historia nie jest więc romantyczną opowieścią o kobiecości. To historia kobiety wierzącej, mądrej, samodzielnej i zdolnej podjąć odpowiedzialność wtedy, gdy inni tracą nadzieję.

I właśnie w tym miejscu zaczyna się właściwy „Projekt Judyta”.

O. Szustak stawia mocną tezę: kobieta nie otrzymuje swojej wartości od mężczyzny. Nie staje się pełniejszą osobą dlatego, że ktoś ją pokochał, wybrał, poślubił czy powiedział jej, że jest piękna. Jej godność jest wcześniejsza. Wynika z tego, że została chciana i stworzona przez Boga. Wydawca opisuje tę myśl jako odkrywanie kobiety pięknej, wolnej i kompletnej w tym, w co została wyposażona przez Stwórcę.

To ważne, bo bardzo łatwo pomylić pragnienie miłości z uzależnieniem własnej wartości od miłości drugiego człowieka. Można przecież marzyć o małżeństwie, kochać mężczyznę, budować z nim życie i jednocześnie wiedzieć, że to nie on jest odpowiedzią na wszystkie potrzeby mojego serca. Żaden człowiek nie może zająć miejsca Boga.

I chyba właśnie tę część książki warto czytać szczególnie uważnie.

Chrześcijaństwo nie mówi przecież kobiecie: „nikogo nie potrzebujesz”. Człowiek został stworzony do relacji. Mówi jednak coś znacznie głębszego: drugi człowiek nie jest twoim zbawicielem. Nie musi nim być mąż, narzeczony ani ktokolwiek, od kogo oczekujemy potwierdzenia własnej wartości. Dopiero kiedy przestajemy żądać od drugiego człowieka, żeby wypełnił miejsce przeznaczone dla Boga, możemy naprawdę go kochać – nie dlatego, że bez niego przestaniemy istnieć, ale dlatego, że chcemy ofiarować mu siebie.

„Projekt Judyta” sporo miejsca poświęca również kobiecemu pięknu. O. Szustak rozróżnia piękno od samej atrakcyjności seksualnej i pyta, co sprawia, że kobieta rzeczywiście staje się piękna. Pisze także o niezależności, emocjonalności, relacji z mężczyzną, kobiecej sile i duchowości maryjnej. Wydawca właśnie te zagadnienia wymienia jako jedne z głównych tematów książki.

Nie wszystkie sformułowania autora muszą każdej czytelniczce odpowiadać. O. Szustak pisze charakterystycznym dla siebie językiem – bezpośrednim, czasem prowokacyjnym, z humorem i mocnymi tezami. Niektóre jego uogólnienia dotyczące kobiet i mężczyzn mogą skłaniać do dyskusji. I chyba dobrze czytać tę książkę właśnie jako konferencyjne rozważanie inspirowane Biblią, a nie jako kompletny katolicki traktat o kobiecie.

Najcenniejsze jest dla mnie to, co znajduje się pod tymi wszystkimi rozważaniami: pytanie o źródło własnej wartości.

Bo można przez całe życie przeglądać się w oczach innych ludzi.

Czy jestem wystarczająco ładna? Czy ktoś mnie potrzebuje? Czy jestem kochana? Czy ktoś mnie wybierze? Czy jestem dobrą żoną, matką, córką? Czy inni mnie doceniają?

I można tak bardzo wsłuchiwać się w odpowiedzi świata, że przestanie się słyszeć odpowiedź Boga.

A przecież pierwsze i najważniejsze spojrzenie na człowieka nie należy do ludzi. Należy do Stwórcy.

Judyta jest tutaj niezwykle ciekawą przewodniczką. Jest wdową, a więc jej historia nie zostaje zdefiniowana przez obecność mężczyzny. Zarządza pozostawionym majątkiem, cieszy się szacunkiem, a kiedy jej miasto znajduje się w niebezpieczeństwie, potrafi wezwać starszyznę i przedstawić własny plan działania. W analizach Księgi Judyty zwraca się uwagę także na rozbudowaną genealogię bohaterki oraz wyjątkową pozycję, jaką zajmuje w swojej społeczności.

Ale jednocześnie jej siła nie jest przedstawiona jako samowystarczalność wobec Boga. Przed podjęciem działania Judyta się modli. Jej odwaga nie wyrasta wyłącznie z przekonania: „jestem silna i sobie poradzę”. Jest zakorzeniona w wierze.

I tutaj widzę najpiękniejszy duchowy wymiar tej książki.

Chrześcijańska kobiecość nie musi wybierać między słabością a udowadnianiem całemu światu swojej siły. Można być odważną i jednocześnie klękać przed Bogiem. Można być samodzielną i wiedzieć, że potrzebuje się Jego łaski. Można kochać mężczyznę, nie czyniąc z niego centrum własnego istnienia. Można troszczyć się o swoje piękno, nie sprowadzając swojej wartości do wyglądu. Można być delikatną i jednocześnie niezwykle silną.

Warto też pamiętać, że „Projekt Judyta” jest interpretacją o. Szustaka, a nie samą Księgą Judyty. Dlatego najlepiej byłoby zrobić coś jeszcze: po przeczytaniu książki sięgnąć do Biblii i przeczytać historię Judyty samodzielnie. Zobaczyć jej modlitwę, odwagę, sposób działania i zaufanie Bogu. Pozwolić, aby oprócz słów kaznodziei przemówiło przede wszystkim Słowo.

Po tej lekturze zostaje we mnie pytanie, które chyba warto sobie od czasu do czasu postawić: w czyich oczach próbuję zobaczyć swoją wartość?

Jeżeli odpowiedzi szukam wyłącznie w oczach ludzi, zawsze będę od nich zależna. Jednego dnia ktoś mnie pochwali, drugiego skrytykuje. Ktoś zostanie, ktoś odejdzie. Ktoś zobaczy we mnie piękno, ktoś inny go nie dostrzeże.

Bóg patrzy inaczej.

I może właśnie od odkrycia tego spojrzenia zaczyna się prawdziwa wolność kobiety – nie od przekonania, że nikogo nie potrzebuje, lecz od pewności, że zanim ktokolwiek ją wybrał, ona już została wybrana i umiłowana przez Boga


Matka Teresa z Kalkuty - święta czy potwór?

Po jednym z ostatnich wpisów o Matce Teresie z Kalkuty przeczytałam wiele komentarzy, w których nazywano ją „potworem”, zarzucano jej celowe zadawanie cierpienia chorym, odmawianie leków przeciwbólowych, gromadzenie ogromnych pieniędzy i przyjaźnie z ludźmi, z którymi zdecydowanie nie powinna się przyjaźnić.

Mogłabym oczywiście odpowiedzieć najprościej: Kościół uznał ją za świętą i na tym zakończyć dyskusję. Tyle że nie o to chodzi. Jeśli pojawiają się poważne zarzuty, warto je sprawdzić. Nie po to, żeby za wszelką cenę bronić osoby, którą cenimy, ale żeby oddzielić fakty od opinii i internetowych historii powtarzanych tak długo, aż zaczęły funkcjonować jak pewniki. I rzeczywiście – nie wszystko, co dotyczy działalności Matki Teresy, jest wolne od uzasadnionej krytyki.

Najpoważniejsze zastrzeżenia dotyczą opieki medycznej w prowadzonym przez Misjonarki Miłości domu Nirmal Hriday w Kalkucie. W 1994 roku odwiedził go Robin Fox, lekarz i ówczesny redaktor prestiżowego czasopisma medycznego „The Lancet”. Jego relacja nie jest wymysłem przeciwników Kościoła. Artykuł naprawdę został opublikowany. Fox krytykował sposób diagnozowania pacjentów, niewystarczającą obecność lekarzy oraz brak silnych środków przeciwbólowych. Określił opiekę medyczną jako niesystematyczną.

To trzeba powiedzieć jasno: z punktu widzenia medycyny były tam rzeczy, które zasługiwały na krytykę. Nie będę więc twierdziła, że każdy zarzut wobec placówek Matki Teresy został wymyślony.

Tyle że właśnie w tym miejscu zaczyna się problem z internetową wersją tej historii.

Z faktu, że opieka medyczna pozostawiała wiele do życzenia, bardzo szybko przechodzi się do twierdzenia: „Matka Teresa celowo nie dawała ludziom leków przeciwbólowych, ponieważ chciała, żeby cierpieli”. To już nie jest to samo.

Po publikacji Foxa „The Lancet” opublikował komentarze dotyczące jego tekstu. Zwracano w nich uwagę między innymi na ogromny problem dostępności morfiny w ówczesnych Indiach. PubMed do dziś indeksuje tę dyskusję jako dotyczącą właśnie dostępności i dystrybucji morfiny oraz opieki nad osobami umierającymi.

Nie oznacza to, że wszystkie niedostatki opieki można w ten sposób usprawiedliwić. Oznacza natomiast, że sytuacja była znacznie bardziej skomplikowana niż popularne zdanie: „miała morfinę, ale nie dawała jej ludziom, żeby bardziej cierpieli”.

Na takie świadome działanie nie znalazłam wiarygodnych dowodów.

Matka Teresa rzeczywiście mówiła o cierpieniu językiem, który dziś – zwłaszcza osobom spoza chrześcijaństwa – może wydawać się trudny. Widziała w nim możliwość zjednoczenia z cierpiącym Chrystusem. Ale chrześcijańskie przekonanie, że cierpienie może otrzymać duchowy sens, nie jest tym samym co przekonanie, że należy cierpienie zadawać albo odmawiać jego łagodzenia.

Kiedy przeczyta się jej przemówienie noblowskie, trudno znaleźć w nim obraz kobiety fascynującej się bólem innych ludzi. Jest za to ciągle powracająca myśl o człowieku głodnym, chorym, bezdomnym, niechcianym i pozbawionym godności. Matka Teresa mówiła, że ubodzy nie potrzebują litości, lecz miłości, szacunku i traktowania ich z godnością. Opowiadała też o zabieraniu ze street ludzi, którzy wcześniej umierali pozostawieni sami sobie.

To oczywiście nie jest dowód na wysoki standard medyczny jej placówek. Jest natomiast czymś zupełnie innym niż obraz kobiety, której celem miałoby być zadawanie cierpienia.

Jest jeszcze zarzut dotyczący pieniędzy i tutaj również sprawa nie jest czarno-biała.

Matka Teresa przyjmowała pieniądze od ludzi, których działalność okazała się głęboko nieuczciwa. Najbardziej znanym przykładem jest amerykański finansista Charles Keating. Po jego problemach z prawem Matka Teresa napisała list do sędziego, prosząc o okazanie mu miłosierdzia. Prokurator Paul Turley odpowiedział jej, wyjaśniając, że pieniądze Keatinga pochodziły między innymi od tysięcy ludzi pokrzywdzonych jego działalnością. To wydarzenie jest udokumentowane.

Czy Matka Teresa wykazała się tutaj naiwnością i bardzo złą oceną człowieka? Moim zdaniem można tak powiedzieć.

Podobnie trudno bronić jej kontaktów z haitańskim reżimem rodziny Duvalierów. W 1981 roku spotkała się z Michèle Duvalier, wypowiadała się o niej bardzo życzliwie i przyjęła haitańskie odznaczenie. To także jest wydarzenie, które można krytykować.

Tylko znowu – czym innym jest stwierdzenie: „Matka Teresa niewłaściwie oceniła niektórych ludzi i przyjmowała pomoc od osób, od których nie powinna jej przyjmować”, a czym innym: „Matka Teresa była potworem”.

W dyskusjach pojawia się również temat ogromnych darowizn. Przejrzystość finansowa zgromadzenia była i jest rozsądnym tematem do pytań. Nie znalazłam jednak rzetelnego potwierdzenia internetowych opowieści, według których Matka Teresa miała zgromadzić dla siebie gigantyczny prywatny majątek albo osobiście przywłaszczać pieniądze przeznaczone dla ubogich.

Warto też uważać na mieszanie różnych rzeczy: pieniędzy przekazywanych międzynarodowemu zgromadzeniu, jego majątku, środków poszczególnych domów i rzekomego „majątku Matki Teresy”. To nie są pojęcia zamienne. Dziś Misjonarki Miłości publikują informacje finansowe, a ich brytyjski trust składa publiczne sprawozdania do Charity Commission. Nie rozstrzyga to oczywiście wszystkich pytań dotyczących finansów sprzed kilkudziesięciu lat, pokazuje jednak, jak ostrożnie trzeba podchodzić do sensacyjnych liczb krążących w internecie.

Skąd więc tak skrajnie negatywny obraz Matki Teresy?

Ogromny wpływ miał Christopher Hitchens – znakomity polemista, ale jednocześnie zdecydowany przeciwnik religii i jeden z najbardziej znanych krytyków Matki Teresy. To właśnie jego film i książka spopularyzowały wiele zarzutów, które później zaczęły żyć własnym życiem. Nie oznacza to, że wszystko, co opisywał, należy odrzucić. Część wskazywanych przez niego faktów rzeczywiście zasługuje na uwagę. Problem pojawia się wtedy, gdy interpretację autora zaczyna się przedstawiać jako bezsporny fakt historyczny.

Po przeczytaniu zarówno krytyki, jak i źródeł, na które powołują się jej autorzy, nie widzę podstaw do tworzenia z Matki Teresy postaci bez skazy. Widzę natomiast jeszcze mniej podstaw do nazywania jej „potworem”.

Widzę kobietę, która rozpoczęła pracę wśród ludzi umierających na ulicach Kalkuty, założyła w 1950 roku Misjonarki Miłości, a zgromadzenie rozrosło się później do tysięcy sióstr i setek placówek zajmujących się między innymi chorymi, bezdomnymi, osobami z trądem, dziećmi i ludźmi umierającymi.

Widzę jednocześnie kobietę, która popełniała błędy, której niektóre decyzje organizacyjne można podważać i która czasami zdecydowanie zbyt łatwo ufała ludziom posiadającym pieniądze i władzę.

I tu dochodzimy do rzeczy bardzo ważnej dla katolika.

Kanonizacja nie jest orzeczeniem, że człowiek nigdy się nie pomylił. Świętość nie oznacza nieomylności w zarządzaniu placówką, ekonomii, medycynie czy ocenie polityków i darczyńców. Kościół nie kanonizuje życiorysu, w którym każda decyzja była idealna. Kanonizuje człowieka, którego życie w swojej zasadniczej drodze było heroicznym świadectwem wiary i miłości do Boga.

Dlatego nie boję się czytać krytyki Matki Teresy.

Wiara nie potrzebuje przemilczania faktów.

Ale nie potrzebuje również przyjmowania każdego oskarżenia tylko dlatego, że zostało napisane setki razy w internecie.

Możemy powiedzieć uczciwie: tak, standard medyczny części jej placówek był krytykowany i niektóre zarzuty były uzasadnione. Tak, jej kontakty z Keatingiem czy Duvalierami budzą bardzo poważne zastrzeżenia. Tak, można zadawać pytania dotyczące sposobu zarządzania ogromnymi darowiznami.

Ale zdania „popełniała błędy” i „była potworem, który celowo torturował ubogich” dzieli ogromna przepaść.

I właśnie rzetelnych dowodów pozwalających przekroczyć tę przepaść nie znajduję.

Może więc zamiast tworzyć kolejną nieskazitelną legendę albo kolejną czarną legendę, warto zobaczyć człowieka. Człowieka niedoskonałego, czasem podejmującego decyzje, których dziś trudno bronić, a jednocześnie człowieka, który poświęcił swoje życie ludziom, obok których inni często przechodzili, nie chcąc nawet na nich patrzeć.

Święta Matka Teresa nie musi być bezbłędna, żeby mogła nas czegoś nauczyć.

Dlaczego przed Ewangelią robimy trzy małe znaki krzyża?

Są takie gesty w czasie Mszy świętej, które wykonujemy prawie bez zastanowienia. Wstajemy, odpowiadamy, klękamy, robimy znak krzyża, składamy ręce, śpiewamy Alleluja. Ciało pamięta, nawet wtedy, gdy głowa jest zmęczona albo myśli uciekają w stronę obiadu, planów na popołudnie i tego, co jeszcze trzeba zrobić po powrocie do domu. Wśród takich gestów jest też mały znak krzyża wykonywany przed Ewangelią: na czole, na ustach i na sercu.

Dzieci często robią go dlatego, że widzą dorosłych. Dorośli robią go dlatego, że robili go od zawsze. I czasem jedni i drudzy nie wiedzą już właściwie, co ten gest oznacza. A szkoda, bo jest bardzo piękny. Krótki, prosty, cichy, a jednocześnie mówi o tym, jak chcemy przyjąć Słowo Boże.

Ewangelia jest szczególnym momentem liturgii słowa. W czasie Mszy świętej słuchamy najpierw czytań, psalmu, czasem drugiego czytania, ale gdy przychodzi Ewangelia, wstajemy. Śpiewamy Alleluja albo w Wielkim Poście inną aklamację. Kapłan lub diakon pozdrawia nas słowami: „Pan z wami”, a potem zapowiada Ewangelię według świętego Mateusza, Marka, Łukasza albo Jana. I właśnie wtedy robimy trzy małe znaki krzyża.

Nie jest to przypadkowy gest ani ozdoba dodana do liturgii. To modlitwa wypowiedziana ciałem. Zanim usłyszymy słowa Jezusa, znaczymy krzyżem swoje czoło, usta i serce, jakbyśmy mówili całym sobą: Panie, niech Twoje słowo będzie w moim myśleniu, w moim mówieniu i w moim kochaniu.

Znak krzyża na czole przypomina, że Słowo Boże ma dotknąć naszych myśli. Nie słuchamy Ewangelii tylko uszami. Słuchamy także rozumem. Chcemy ją zrozumieć, zapamiętać, przemyśleć, pozwolić jej porządkować nasze spojrzenie na świat. To ważne, bo bardzo łatwo myśleć po swojemu, według lęku, złości, uprzedzeń, pośpiechu albo tego, co akurat podpowiadają inni. Ewangelia uczy nas myślenia Jezusowego. Nie zawsze łatwego, ale prawdziwego. Krzyżyk na czole jest więc prośbą: Panie Jezu, oświeć moje myśli. Pomóż mi rozumieć Twoje słowo i nie żyć tak, jakby moja własna racja była najważniejsza.

Znak krzyża na ustach przypomina, że Słowo Boże ma dotknąć naszego mówienia. To bardzo konkretne. Usta potrafią błogosławić, pocieszać, modlić się, dziękować, przepraszać i mówić prawdę. Ale potrafią też ranić, kłamać, obgadywać, narzekać, wyśmiewać, powtarzać rzeczy niepotrzebne i niszczyć pokój w domu, w klasie, w pracy albo w internecie. Przed Ewangelią znaczymy usta krzyżem, bo chcemy, żeby nasze słowa były bardziej podobne do słów Chrystusa. Nie chodzi o to, żeby mówić dużo pobożnych zdań. Chodzi o to, żeby mówić z większą miłością, uczciwością i odpowiedzialnością.

Znak krzyża na sercu jest chyba najbardziej poruszający. Słowo Boże nie ma zostać tylko w głowie ani tylko na ustach. Ma zejść głębiej. Do serca. Do miejsca naszych pragnień, decyzji, uczuć, ran, złości, tęsknot i miłości. Można wiele wiedzieć o Ewangelii, można pięknie o niej mówić, a jednak nie pozwolić jej naprawdę przemienić serca. Dlatego ten trzeci mały znak krzyża jest tak ważny. To prośba: Panie Jezu, niech Twoje słowo zamieszka we mnie. Niech nie przejdzie obok. Niech dotknie tego, co we mnie twarde, zamknięte, zmęczone i jeszcze nieuzdrowione.

Dobrze jest tłumaczyć dzieciom ten gest bardzo prosto. Na czole: chcę myśleć o Jezusie i rozumieć Jego słowo. Na ustach: chcę mówić dobrze i dzielić się Ewangelią. Na sercu: chcę kochać Jezusa i zachować Jego słowo w sobie. Dzieci szybko zapamiętują takie wyjaśnienie, zwłaszcza jeśli nie podamy go jak definicji do nauczenia, ale jak sens gestu, który naprawdę ma im pomóc w modlitwie.

Można też powiedzieć jeszcze krócej: Jezu, bądź w moich myślach, w moich słowach i w moim sercu. Taka mała modlitwa może towarzyszyć dziecku nie tylko w kościele. Przecież myśli, słowa i serce są nam potrzebne każdego dnia. W szkole, w domu, na podwórku, przy odrabianiu lekcji, w rozmowie z rodzicami, w kłótni z rodzeństwem, w wiadomościach pisanych do kolegów. Ewangelia nie jest tylko do wysłuchania w niedzielę. Ona chce wejść w życie.

Warto zwrócić uwagę, że ten mały znak krzyża robimy kciukiem. Nie machamy ręką szybko i byle jak. Nie robimy gestu tak niedbale, że właściwie sami nie wiemy, czy dotknęliśmy czoła, nosa czy policzka. To drobny znak, ale powinien być wykonany świadomie. Spokojnie. Z wiarą. Nie dlatego, że Bóg potrzebuje idealnej precyzji naszych ruchów, ale dlatego, że ciało pomaga sercu się modlić. Jeśli gest jest byle jaki, serce bardzo łatwo też odpływa.

Dorośli również potrzebują wrócić do znaczenia tego znaku. Czasem wydaje nam się, że takie proste wyjaśnienia są tylko dla dzieci, a tymczasem to my najczęściej wykonujemy święte gesty z przyzwyczajenia. Robimy znak krzyża przed Ewangelią, a potem wychodzimy z kościoła i wracamy do tych samych słów, tych samych narzekań, tych samych ocen, tych samych myśli pełnych lęku albo złości. A przecież ten gest jest zaproszeniem do nawrócenia. Małe trzy krzyżyki mówią: niech Ewangelia naprawdę mnie dotknie.

Słowo Boże nie jest zwykłym tekstem. W liturgii Kościoła słuchamy go jako żywego słowa Boga skierowanego do nas tu i teraz. Dlatego przed Ewangelią wstajemy. Dlatego odpowiadamy: „Chwała Tobie, Panie”. Dlatego czynimy znak krzyża. Nie słuchamy tylko historii sprzed dwóch tysięcy lat. Słuchamy Jezusa, który mówi do Kościoła dzisiaj. Do mnie dzisiaj. Do mojego życia, moich spraw, moich decyzji, moich relacji.

Może warto podczas najbliższej Mszy świętej zrobić te trzy małe znaki krzyża naprawdę świadomie. Nie w pośpiechu. Nie automatycznie. Na czole z prośbą o światło dla myśli. Na ustach z prośbą o czyste i dobre słowa. Na sercu z prośbą, żeby Ewangelia nie została na zewnątrz, ale weszła głęboko i przemieniała życie.

Ten gest trwa tylko chwilę, ale może dużo powiedzieć o naszej wierze. Pokazuje, że nie chcemy być jedynie słuchaczami z przyzwyczajenia. Chcemy przyjąć Słowo Boże całym sobą. Umysłem, mową i sercem.

A gdyby dziecko zapytało: „Po co robimy te trzy krzyżyki?”, można odpowiedzieć najprościej:

Na czole, żeby myśleć po Bożemu.
Na ustach, żeby mówić słowa dobre i prawdziwe.
Na sercu, żeby kochać Jezusa i nosić Jego słowo w sobie.

Tyle wystarczy na początek.

A potem dobrze samemu tak właśnie spróbować żyć.

Cisza, która leczy – jak zrobić w sobie miejsce na Boga?

Cisza bywa dziś czymś niemal podejrzanym. Kiedy w domu nic nie gra, telefon nie wydaje żadnego dźwięku, nikt do nas nie mówi i przez chwilę naprawdę nic się nie dzieje, ręka niemal automatycznie wędruje po telefon. Włączamy muzykę, sprawdzamy wiadomości, zaglądamy do mediów społecznościowych. Jakby każdą pustą przestrzeń trzeba było natychmiast czymś wypełnić. Tymczasem właśnie w tej przestrzeni, przed którą tak często uciekamy, może czekać na nas Bóg. Nie chodzi oczywiście o ciszę rozumianą wyłącznie jako brak dźwięków. Można siedzieć samotnie w zupełnie cichym pokoju, a jednocześnie mieć w głowie taki tłum myśli, że trudno usłyszeć samą siebie. Można też znajdować się pośród ludzi i zachować w sercu głęboką ciszę. Chrześcijańska cisza jest czymś więcej. Jest gotowością do słuchania.

Bardzo pięknie mówi o tym Pismo Święte w historii proroka Eliasza. Kiedy Eliasz staje na górze Horeb, pojawia się gwałtowna wichura, potem trzęsienie ziemi i ogień. A jednak w żadnym z tych potężnych zjawisk nie rozpoznaje obecności Pana. Dopiero później przychodzi „szmer łagodnego powiewu” (por. 1 Krl 19,11–13). I właśnie wtedy Eliasz zasłania twarz płaszczem, bo wie, że Bóg jest blisko.

Ta scena zawsze mnie zatrzymuje. My chyba bardzo często czekamy na Boga w wielkich wydarzeniach. Chcielibyśmy wyraźnego znaku, odpowiedzi, rozwiązania, czegoś, co nie pozostawi żadnych wątpliwości. A On przychodzi znacznie ciszej. W Słowie przeczytanym rano. W chwili adoracji. W Eucharystii. W drugim człowieku. W myśli, która powraca podczas modlitwy. W pokoju serca, którego nie potrafimy sami sobie wytłumaczyć.

Tylko żeby usłyszeć szept, trzeba najpierw uciszyć hałas.

I chyba właśnie tutaj zaczyna się trudność. Bo kiedy robi się cicho, zaczynamy spotykać nie tylko Boga. Spotykamy również samych siebie. Nagle wychodzą na powierzchnię sprawy, które skutecznie zagłuszaliśmy zajęciami: niepokój, zmęczenie, żal, tęsknota, niewypowiedziane pytania, czasem poczucie winy. Łatwiej włączyć kolejny film, niż przez dziesięć minut pobyć z tym wszystkim przed Bogiem.

A przecież modlitwa nie wymaga, żebyśmy najpierw uporządkowali siebie i dopiero potem przyszli do Niego.

Można przyjść z bałaganem.

Można usiąść przed tabernakulum i powiedzieć: „Panie, nie potrafię się dziś modlić”. Można niczego pięknego nie czuć. Można nie znaleźć odpowiednich słów. Cisza przed Bogiem nie jest egzaminem z duchowości. Jest obecnością. Czasem najprawdziwszą modlitwą będzie właśnie pozostanie przy Nim bez próby produkowania kolejnych zdań.

Jezus sam szukał ciszy. Ewangelie wielokrotnie pokazują Go odchodzącego na miejsce pustynne, aby się modlić. Święty Marek zapisuje, że „nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił” (Mk 1,35). Wokół Jezusa byli przecież ludzie, którzy Go potrzebowali. Chorzy czekali na uzdrowienie, tłumy chciały Go słuchać, uczniowie czegoś od Niego oczekiwali. A jednak Jezus odchodzi.

To bardzo ważna lekcja także dla nas. Cisza nie jest egoizmem ani ucieczką od obowiązków. Może być właśnie tym, co pozwala później wrócić do ludzi z większym pokojem, cierpliwością i miłością.

W tradycji Kościoła cisza zawsze miała szczególne miejsce. Znają ją klasztory, rekolekcje, adoracja Najświętszego Sakramentu, ale przecież nie trzeba wyjeżdżać do klasztoru, żeby jej doświadczyć. Można zacząć znacznie prościej. Nie sięgać po telefon natychmiast po przebudzeniu. Przez kilka minut po przeczytaniu Ewangelii niczego już nie mówić. Wejść na chwilę do kościoła i po prostu usiąść przed tabernakulum. Wyłączyć radio podczas drogi. Po Komunii Świętej nie szukać od razu kolejnych słów, ale pozwolić sobie na chwilę zwyczajnego bycia z Jezusem.

Nie chodzi o bicie rekordów. Pięć minut prawdziwej ciszy może znaczyć więcej niż pół godziny spędzone na nerwowym sprawdzaniu, czy już „coś poczułam”.

Bardzo bliska jest mi również cisza adoracji. Patrzę na Hostię i wiem, że przede mną jest Chrystus, choć moje oczy widzą tylko biały Chleb. Nie muszę Mu tłumaczyć wszystkiego, co wydarzyło się w ciągu dnia. On przecież wie. Nie muszę też nieustannie mówić. Mogę pozwolić, aby to On patrzył na mnie. W takiej ciszy człowiek powoli przestaje być zadaniem do wykonania. Nie musi być skuteczny, potrzebny, silny ani dobrze zorganizowany. Po prostu jest przed Bogiem, który go zna i kocha.

I właśnie dlatego cisza potrafi leczyć.

Nie w znaczeniu medycznej terapii ani magicznego sposobu na rozwiązanie problemów. Leczy inaczej. Pozwala zobaczyć rzeczy we właściwych proporcjach. Uczy, że nie wszystko muszę natychmiast rozwiązać. Pomaga nazwać to, przed czym uciekam. Przypomina, że moje życie nie zależy wyłącznie ode mnie. A przede wszystkim pozwala ponownie skierować uwagę na Boga.

W ciszy może też przyjść prawda, która nie zawsze jest wygodna. Bóg przecież nie tylko pociesza. Czasem pokazuje coś, co trzeba zmienić, relację, którą trzeba naprawić, grzech, który trzeba przynieść do konfesjonału, przebaczenie, z którym zbyt długo zwlekamy. Cisza chrześcijańska nie służy więc jedynie dobremu samopoczuciu. Ma prowadzić do spotkania z Bogiem, a spotkanie z Nim zawsze może stać się początkiem nawrócenia.

Myślę czasem o Maryi, o której św. Łukasz napisał: „zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk 2,19). Nie otrzymywała odpowiedzi na każde pytanie natychmiast. Zachowywała, rozważała, nosiła w sercu. Jest w tym ogromna szkoła ciszy. Nie wszystko trzeba od razu komentować. Nie każdą emocję natychmiast wypowiadać. Nie każdą odpowiedź znaleźć tego samego dnia. Niektóre rzeczy potrzebują zostać przyniesione Bogu i pozostać z Nim przez jakiś czas.

Może właśnie od tego warto zacząć. Nie od wielkich postanowień, ale od małego kawałka ciszy każdego dnia. Dziesięciu minut bez telefonu, bez muzyki, bez kolejnego zadania. Z Ewangelią albo przed Najświętszym Sakramentem. Z jednym prostym zdaniem: „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha” (1 Sm 3,9).

A potem już nie mówić.

Zostawić Bogu miejsce.

Bo może problem nie polega na tym, że Bóg milczy. Może czasem nasze życie jest po prostu tak głośne, że Jego głos ginie pośród wszystkich pozostałych.

Cisza nie sprawi, że nagle znikną obowiązki, problemy i trudne pytania. Ale może sprawić coś innego: że pośród nich odnajdziemy Tego, który nigdy nas nie opuścił.

I wtedy okazuje się, że cisza wcale nie jest pusta.

Jest pełna Obecności.

Tomasz Apostoł – wiara, która potrzebuje dotknąć

Święty Tomasz ma trochę pecha. Przez wieki przylgnęło do niego określenie „niewierny Tomasz” i często właśnie do niego porównujemy człowieka, który nie chce uwierzyć na słowo. A przecież Ewangelia nigdy nie nazywa go niewiernym Tomaszem. Co więcej, kiedy dokładniej przyjrzymy się jego historii, zobaczymy ucznia znacznie ciekawszego niż człowieka, który po prostu „nie uwierzył”. Zobaczymy kogoś, kto kochał Jezusa, próbował Go zrozumieć, bał się, przeżył dramat Jego śmierci i nie potrafił przyjąć wiadomości o zmartwychwstaniu tylko dlatego, że inni powiedzieli mu: „Widzieliśmy Pana”.

Historia, którą znamy najlepiej, znajduje się w dwudziestym rozdziale Ewangelii według św. Jana. Kiedy zmartwychwstały Jezus po raz pierwszy przychodzi do uczniów zgromadzonych za zamkniętymi drzwiami, Tomasza z nimi nie ma. Nie wiemy dlaczego. Ewangelista po prostu zapisuje ten fakt. Pozostali później mówią mu: „Widzieliśmy Pana!” (J 20,25). Tomasz odpowiada słowami, które uczyniły go jednym z najbardziej rozpoznawalnych apostołów: jeśli nie zobaczy śladów gwoździ, nie włoży palca w ich miejsce i ręki w bok Jezusa, nie uwierzy.

Łatwo w tym miejscu Tomasza osądzić. Tylko czy rzeczywiście tak bardzo różni się od pozostałych uczniów?

Oni przecież również zobaczyli Jezusa. Zobaczyli Jego ręce i bok. Ich wiara w Zmartwychwstałego także została związana ze spotkaniem, z doświadczeniem Jego obecności. Tomasz znalazł się w trudniejszej sytuacji – ominęło go coś, czego doświadczyli pozostali. I chyba właśnie dlatego jego historia jest tak bardzo ludzka.

Tomasz nie chce udawać wiary, której w tej chwili w sobie nie znajduje.

To jest jedna z rzeczy, które najbardziej mnie w nim poruszają. Mógł przecież powiedzieć to, czego oczekiwała od niego wspólnota. Mógł przytaknąć. Mógł zachować swoje pytania dla siebie. Tymczasem mówi wprost: ja jeszcze nie potrafię w to uwierzyć. Potrzebuję spotkania.

I Jezus jego wątpliwości nie odrzuca.

Osiem dni później ponownie przychodzi do uczniów. Tym razem Tomasz jest razem z nimi. Jezus staje pośród nich i mówi: „Pokój wam!”, a następnie zwraca się właśnie do Tomasza. Zachęca go, aby zobaczył Jego ręce, dotknął ran i przestał być niedowiarkiem, a stał się wierzącym (por. J 20,26–27).

Zawsze zatrzymuje mnie ten moment. Jezus wiedział, czego Tomasz potrzebował. Wiedział również, co powiedział wcześniej, choć przecież nie było Go wtedy widzialnie wśród uczniów. I nie przychodzi, aby Tomasza zawstydzić. Nie mówi: „Jak mogłeś we Mnie zwątpić?”. Pokazuje mu rany.

Bóg odpowiada na wątpliwość obecnością.

Co ciekawe, Ewangelia nie mówi, że Tomasz rzeczywiście włożył palec w rany Jezusa. Sztuka chrześcijańska bardzo często przedstawia tę scenę właśnie w taki sposób, ale tekst biblijny tego nie potwierdza. Wiemy natomiast, jaka była jego odpowiedź. I jest ona niezwykła:

„Pan mój i Bóg mój!” (J 20,28).

Człowiek, którego zapamiętaliśmy przede wszystkim z powodu jego wątpliwości, wypowiada jedno z najmocniejszych wyznań wiary w całej Ewangelii według św. Jana. Nie mówi już o tym, co opowiedzieli mu inni. Nie mówi nawet tylko: „wierzę, że zmartwychwstałeś”. Mówi: mój Pan i mój Bóg.

To już nie jest wiedza o Jezusie. To relacja.

I może właśnie przez tę drogę Tomasz musiał przejść. Od „jeżeli nie zobaczę” do „Pan mój i Bóg mój”. Od świadectwa innych ludzi do osobistego spotkania z Chrystusem.

Tomasza spotykamy zresztą w Ewangelii Jana również wcześniej. Kiedy Jezus postanawia udać się do Judei po śmierci Łazarza, uczniowie przypominają Mu, że niedawno próbowano Go tam ukamienować. Wtedy właśnie Tomasz mówi do pozostałych: „Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć” (J 11,16). Trudno widzieć w tych słowach człowieka obojętnego czy pozbawionego przywiązania do Jezusa. Jest w nich może sporo pesymizmu, ale jest też gotowość pójścia za Mistrzem nawet tam, gdzie może czekać śmierć.

Później, podczas Ostatniej Wieczerzy, to również Tomasz ma odwagę przyznać, że czegoś nie rozumie. Kiedy Jezus mówi uczniom, że znają drogę, dokąd On idzie, Tomasz odpowiada: „Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?” (J 14,5). Dzięki temu pytaniu pada jedna z najważniejszych odpowiedzi Chrystusa: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem” (J 14,6).

Może więc Tomasz nie był przede wszystkim apostołem niewiary. Może był apostołem pytań. Człowiekiem, który nie chciał zadowolić się powierzchowną odpowiedzią.

To bardzo ważne również dla naszej wiary. Czasem wydaje nam się, że dobry katolik nie powinien mieć wątpliwości. Powinien wszystko rozumieć, nigdy nie pytać „dlaczego?”, nie przeżywać duchowej pustki i zawsze odczuwać obecność Boga. Tymczasem życie wiary wygląda inaczej. Bywają chwile, kiedy modlitwa przychodzi łatwo, ale bywają też takie, kiedy człowiek klęka i nie czuje nic. Są prawdy wiary, które przyjmujemy z pokojem, i takie, z którymi długo się zmagamy. Przychodzi cierpienie, śmierć kogoś bliskiego, niesprawiedliwość albo własna bezradność i nagle pytania, które wcześniej wydawały się teoretyczne, stają się bardzo osobiste.

Historia Tomasza pokazuje mi, że z tym wszystkim można przyjść do Jezusa.

Nie trzeba przed Nim odgrywać człowieka pewnego swojej wiary. Można powiedzieć: „Panie, nie rozumiem”. „Panie, trudno mi uwierzyć”. „Panie, potrzebuję Cię odnaleźć”. Szczere pytanie może być początkiem drogi znacznie głębszej niż wiara powtarzana wyłącznie z przyzwyczajenia.

Jezus mówi Tomaszowi jeszcze jedno zdanie: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20,29). Te słowa prowadzą już poza Wieczernik – do kolejnych pokoleń chrześcijan, także do nas. Nie widzieliśmy Jezusa tak, jak widzieli Go Apostołowie. Nie stanęliśmy przed Nim w Wieczerniku. A jednak wiara Kościoła przekazuje nam ich świadectwo i prowadzi do realnego spotkania z Chrystusem w Słowie, modlitwie, sakramentach, a w sposób szczególny w Eucharystii.

Dlatego coraz mniej lubię określenie „niewierny Tomasz”. Ono zatrzymuje jego historię dokładnie w połowie. A przecież najważniejsze wydarzyło się później. Tomasz, który potrzebował zobaczyć rany, ostatecznie rozpoznał w stojącym przed nim Jezusie swojego Pana i Boga.

Może właśnie dlatego jest tak bliski ludziom, którzy wierzą, ale czasem się zmagają. Tym, którzy chcieliby mieć większą pewność. Tym, którzy pytają. Tym, którzy po trudnych doświadczeniach potrzebują na nowo odnaleźć Boga.

Wiara Tomasza nie narodziła się z udawania, że nie ma pytań. Przeszła przez pytania aż do spotkania.

I chyba właśnie tego możemy się od niego nauczyć: nie bać się przynosić Chrystusowi swoich wątpliwości. Byle nie odchodzić z nimi od Niego. 

„Słowa na każdy dzień” św. Ojca Pio – codzienna kropla duchowej siły

Niektóre książki dobrze jest przeczytać od początku do końca, a potem odłożyć na półkę. Są jednak i takie, które mają zupełnie inny rytm. Otwiera się je rano albo wieczorem, czyta kilka zdań i zostawia sobie tę jedną myśl na cały dzień. „Słowa na każdy dzień” św. Ojca Pio właśnie do takich książek należy. To publikacja wydana przez Wydawnictwo M, która ukazała się w 2002 roku. Ma 376 stron, twardą oprawę i format około 12 × 19,5 cm. Zawiera wybór myśli św. Ojca Pio przeznaczonych do codziennej lektury i medytacji. Najważniejsze jednak nie są tutaj dane wydawnicze, ale sam charakter tej książki. Ojciec Pio nie był człowiekiem duchowości oderwanej od życia. Jego słowa wyrastają z modlitwy, cierpienia, kierownictwa duchowego i bardzo konkretnego doświadczenia Boga. W tekstach zebranych w tym tomie powracają tematy, które były dla niego szczególnie ważne: zaufanie Bożej miłości, wytrwałość w modlitwie, rozeznawanie, cierpliwość w doświadczeniach, walka ze zniechęceniem i świadomość, że nawet wtedy, gdy człowiek niczego nie rozumie, Bóg nie przestaje działać.

To właśnie dlatego ta książka może być tak cenna w zwyczajnej codzienności. Nie trzeba mieć godziny wolnego czasu ani specjalnych warunków do lektury. Czasem wystarczy jedno zdanie. Jedna myśl, która zostanie w sercu podczas pracy, drogi do szkoły, gotowania czy wieczornego zmęczenia. W opisie wydania podkreślono, że wiele z tych słów niesie ze sobą obietnicę Bożej miłości i przebaczenia, a sama lektura może prowadzić do głębszego rozumienia modlitwy i własnego życia duchowego.

Bardzo porusza mnie w duchowości Ojca Pio jego realizm. On nie udawał, że życie z Bogiem oznacza brak cierpienia czy wewnętrznej walki. Przeciwnie, bardzo dobrze znał doświadczenie ciemności, zmęczenia, osamotnienia i duchowych zmagań. A jednak nie przestawał ufać. Dlatego jego słowa nie brzmią jak łatwe pocieszenie. Mają zupełnie inny ciężar, bo wyrastają z życia człowieka, który sam musiał wielokrotnie powtarzać Bogu swoje „tak”.

Właśnie tak warto czytać „Słowa na każdy dzień” – nie jak zbiór ładnych sentencji, ale jak małe zaproszenia do modlitwy. Jednego dnia może zatrzymać nas myśl o cierpliwości, innego o pokorze, jeszcze innego o potrzebie całkowitego zawierzenia Bogu. Nie wszystko musi od razu poruszyć. Niektóre zdania być może przejdą obok nas niemal niezauważone, a do innych wrócimy po tygodniu czy miesiącu i nagle okaże się, że zostały napisane dokładnie na ten moment.

Dla mnie największą wartością takich książek jest to, że uczą regularności. Życie duchowe przecież rzadko buduje się poprzez wielkie jednorazowe przeżycia. Znacznie częściej rośnie przez drobne decyzje podejmowane każdego dnia: kilka minut modlitwy, chwilę ciszy, jedno słowo Ewangelii, przebaczenie, powstrzymanie się od osądzania czy świadome oddanie Bogu własnego niepokoju. Właśnie w taki rytm wpisuje się ta książka.

Ojciec Pio pozostawił po sobie ogromną korespondencję duchową i liczne wskazówki dla osób, którym towarzyszył. W jednym z cytowanych w książce fragmentów prosi Boga, aby jego słowa mogły stać się dla drugiego człowieka drogą do pocieszenia. To chyba najlepiej oddaje sens całego zbioru. Nie chodzi o podziwianie autora ani o kolekcjonowanie pobożnych myśli, ale o to, aby jedno zdanie pomogło człowiekowi ponownie skierować wzrok ku Bogu.

„Słowa na każdy dzień” mogą być dobrą propozycją dla osób, które chcą pogłębić swoją modlitwę, lepiej poznać duchowość św. Ojca Pio albo po prostu potrzebują krótkiej, ale treściwej lektury na każdy dzień. To książka spokojna, bez pośpiechu i bez konieczności czytania kolejnych rozdziałów. Można ją otworzyć rano, zabrać jedną myśl i pozwolić, aby przez resztę dnia pracowała w sercu.

I może właśnie na tym polega jej największa siła. W świecie pełnym słów Ojciec Pio nie zachęca do jeszcze większego hałasu. Jego krótkie myśli prowadzą raczej do ciszy, w której człowiek może przypomnieć sobie, że nie jest sam, że Bóg jest blisko i że nawet najtrudniejszy dzień można przeżyć inaczej, jeśli odda się go Jemu. 

Modlitwa na nowy rok szkolny

Nowy rok szkolny zawsze przynosi ze sobą mieszankę różnych uczuć. Jest trochę ciekawości, trochę niepokoju, trochę planów, trochę nadziei i bardzo dużo zwyczajnych spraw do ogarnięcia. Plecaki, podręczniki, zeszyty, sale, plany lekcji, nowe klasy, nowe obowiązki, powroty po wakacjach i ten moment, kiedy trzeba znowu wejść w rytm, który jeszcze chwilę temu wydawał się odległy.

Dzieci wracają do szkoły z różnymi sercami. Jedne cieszą się na spotkanie z kolegami, inne chciałyby jeszcze trochę zostać w wakacyjnej wolności. Są uczniowie odważni i tacy, którzy już od końca sierpnia noszą w sobie cichy lęk. Są dzieci, które lubią szkołę, i takie, dla których każdy wrzesień jest trudnym początkiem. Są pierwszoklasiści, którzy dopiero uczą się szkolnego świata, i starsi uczniowie, którzy wracają z doświadczeniami, pytaniami, zmęczeniem albo niepewnością.

Dlatego nowy rok szkolny warto rozpocząć modlitwą.

Nie po to, żeby wszystko było idealne. Nie po to, żeby nie było trudnych dni, zapomnianych zeszytów, nieudanych sprawdzianów, napięć, zmęczenia i poranków, w których wszyscy szukają czegoś w ostatniej chwili. Modlitwa nie jest magicznym zabezpieczeniem przed codziennością. Jest powierzeniem jej Bogu. Jest spokojnym powiedzeniem: Panie Jezu, wejdź z nami w ten czas. Bądź w klasach, na korytarzach, w pokoju nauczycielskim, przy biurkach, w świetlicy, w drodze do szkoły i w domach, do których dzieci wracają po lekcjach.

Nowy rok szkolny potrzebuje Bożego pokoju. Potrzebują go uczniowie, którzy będą uczyć się nie tylko czytania, pisania, matematyki i historii, ale także cierpliwości, współpracy, odwagi, przyjmowania porażek, proszenia o pomoc i zaczynania od nowa. Potrzebują go nauczyciele, którzy każdego dnia będą nieść odpowiedzialność za wiedzę, wychowanie, relacje, emocje, bezpieczeństwo i setki drobiazgów, których często nikt nie widzi. Potrzebują go rodzice, którzy będą wspierać, przypominać, tłumaczyć, podpisywać, wozić, czekać, martwić się i czasem głęboko oddychać, żeby odpowiedzieć spokojniej.

W modlitwie na nowy rok szkolny warto objąć wszystkich. Dzieci zdolne i dzieci z trudnościami. Uczniów śmiałych i tych, którzy chowają się z tyłu klasy. Nauczycieli pełnych zapału i tych, którzy wracają z obawą, czy starczy im sił. Rodziców spokojnych i tych, którzy już na starcie czują ciężar organizacji. Dyrekcję, wychowawców, katechetów, pedagogów, psychologów, pracowników szkoły, wszystkich, którzy tworzą miejsce, w którym dzieci spędzą tyle godzin swojego życia.

Warto też prosić Boga nie tylko o dobre oceny i sukcesy. One są ważne, ale nie najważniejsze. Ważniejsze jest dobre serce. Uczciwość. Szacunek. Odwaga mówienia prawdy. Umiejętność przepraszania. Wrażliwość na słabszych. Siła, żeby nie iść za tłumem wtedy, gdy tłum wybiera zło. Pokora, gdy coś się nie uda. Wdzięczność, gdy przyjdzie dobro. Wiara, że Pan Jezus jest blisko także w zwykłym szkolnym dniu.

Bo szkoła nie jest tylko miejscem nauki. Jest miejscem spotkań, decyzji, relacji i dojrzewania. To tam dziecko może usłyszeć dobre słowo albo zostać zranione. Może odkryć swoje talenty albo poczuć, że czegoś nie potrafi. Może nauczyć się pomagać albo zobaczyć, jak boli wykluczenie. Może doświadczyć cierpliwości dorosłego, która zostanie w nim na lata. Dlatego tak bardzo potrzeba modlitwy za szkołę. Nie ogólnej, odległej, ale konkretnej. Za te dzieci, tych nauczycieli, te klasy, te domy, te poranki i te trudne momenty, które dopiero przyjdą.

Modlitwa na nowy rok szkolny

Panie Jezu,
powierzamy Ci nowy rok szkolny. Oddajemy Ci wszystkie dzieci i młodzież, którzy wracają do szkoły po wakacjach, tych, którzy zaczynają z radością, i tych, którzy niosą w sercu niepokój, lęk albo zmęczenie.

Bądź blisko uczniów w każdej klasie, na każdej lekcji i w każdej szkolnej sytuacji. Daj im mądrość, cierpliwość, odwagę i dobre serce. Pomagaj im uczyć się uczciwie, prosić o pomoc, szanować innych, nie wykluczać nikogo i wybierać dobro także wtedy, gdy nie jest to łatwe.

Pobłogosław nauczycielom, wychowawcom, katechetom, pedagogom, psychologom, dyrekcji i wszystkim pracownikom szkoły. Daj im siłę, pokój, roztropność i serce uważne na każde dziecko. Chroń ich przed zniechęceniem, pośpiechem i utratą sensu. Pomagaj im być wymagającymi, ale sprawiedliwymi, cierpliwymi i życzliwymi.

Prosimy Cię za rodziców. Daj im mądrość w towarzyszeniu dzieciom, cierpliwość w codziennych obowiązkach i pokój wtedy, gdy pojawią się trudności. Pomóż im wspierać, a nie tylko wymagać; słuchać, a nie tylko oceniać; prowadzić dzieci do Ciebie prostym przykładem wiary, modlitwy i miłości.

Panie Jezu, wejdź w szkolne sale, korytarze, świetlice, pokoje nauczycielskie i wszystkie miejsca, w których dzieci będą dorastać. Niech ten rok będzie czasem nauki, dobra, bezpieczeństwa, wzajemnego szacunku i małych zwycięstw, które budują serce.

Maryjo, Matko mądrości i czułej obecności, otaczaj opieką uczniów, rodziców i nauczycieli.
Duchu Święty, dawaj światło w nauce, rozmowach i decyzjach.
Aniele Stróżu, prowadź dzieci każdego dnia.

Amen.

Niech ten rok szkolny nie będzie tylko kolejnym czasem zadań, ocen, planów i obowiązków. Niech stanie się przestrzenią wzrastania. W wiedzy, w mądrości, w odpowiedzialności, w życzliwości i w wierze. Niech Pan Bóg będzie obecny w tym, co piękne, i w tym, co trudne. W pierwszym dzwonku, w ostatniej lekcji, w klasowej radości, w dziecięcych obawach, w nauczycielskim zmęczeniu i w rodzicielskiej trosce.

Bo nowy rok szkolny najlepiej zacząć nie tylko z dobrze spakowanym plecakiem, ale także z sercem powierzonym Bogu.

Copyright © Pani od religii