Sakrament czy sakramentalium? Medalik, woda święcona i błogosławieństwo to nie „małe sakramenty”

W religijnym języku łatwo czasem wrzucić wszystko do jednego worka. Medalik, różaniec, woda święcona, błogosławieństwo, znak krzyża, sakramenty. Wszystko jest „święte”, wszystko jest związane z Kościołem, więc dzieciom i dorosłym może się wydawać, że różnica jest tylko w nazwie. Tymczasem nie jest. Kościół bardzo wyraźnie odróżnia sakramenty od sakramentaliów i warto to uporządkować, bo za tym rozróżnieniem stoi bardzo ważna prawda o tym, jak działa łaska Boża.

Sakramentów jest siedem: chrzest, bierzmowanie, Eucharystia, pokuta i pojednanie, namaszczenie chorych, święcenia i małżeństwo. Zostały ustanowione przez Chrystusa i są skutecznymi znakami łaski. To znaczy, że nie są tylko symbolami przypominającymi nam o Bogu. W sakramentach sam Chrystus działa w swoim Kościele i udziela łaski. Dlatego Eucharystia nie jest po prostu pamiątką Ostatniej Wieczerzy, chrzest nie jest religijną ceremonią powitania dziecka, a spowiedź nie jest zwykłą rozmową o błędach. W każdym z tych sakramentów dzieje się coś rzeczywistego i duchowo obiektywnego.

Sakramentalia są czymś innym. To święte znaki ustanowione przez Kościół, które przygotowują człowieka do przyjęcia owocu sakramentów i uświęcają różne okoliczności życia. Należą do nich między innymi błogosławieństwa, poświęcenia, woda święcona czy egzorcyzmy, a także związane z nimi przedmioty pobłogosławione przez Kościół. Nie są „słabszymi sakramentami” ani ich uproszczoną wersją. Nie działają w taki sam sposób jak sakramenty i nie można stawiać między nimi znaku równości.

To szczególnie ważne w codziennej pobożności, bo właśnie tutaj bardzo łatwo o zamieszanie. Ktoś nosi medalik i zaczyna traktować go jak religijny talizman. Ktoś inny kropi mieszkanie wodą święconą, ale nie przystępuje do sakramentów. Jeszcze ktoś uważa, że skoro dostał błogosławieństwo, to ono automatycznie „załatwia” wszystkie duchowe sprawy. Tymczasem katolicka wiara nie jest magią. Medalik nie chroni przez sam fakt posiadania go. Woda święcona nie działa jak amulet. Błogosławieństwo nie jest zaklęciem.

Znaczenie sakramentaliów wiąże się z wiarą Kościoła i dyspozycją człowieka. Mają prowadzić do Boga, przypominać o Nim, otwierać serce na łaskę, pomagać w modlitwie i uświęcać codzienność. Kiedy żegnamy się wodą święconą, przypominamy sobie własny chrzest. Kiedy kapłan błogosławi dom, rodzinę czy przedmiot, prosimy Boga o Jego opiekę i łaskę. Kiedy nosimy medalik, może on być znakiem wiary, zawierzenia i przynależności do Chrystusa. Ale sam przedmiot nie zastąpi relacji z Bogiem.

To bardzo dobra okazja, żeby powiedzieć dzieciom wprost: medalik nie działa jak „magiczna tarcza”. Nie chodzi o to, że jeśli go założymy, nic złego nie może się wydarzyć. Katolickie rozumienie jest dużo głębsze. Medalik może przypominać, komu należę, komu ufam, do kogo chcę wracać. Może być znakiem modlitwy, zawierzenia i wiary. Ale jego sens znika, jeśli człowiek traktuje go jak przedmiot mający automatycznie przynosić szczęście.

Podobnie z wodą święconą. To nie jest „magiczna woda”, ale sakramentalium, które ma kierować myśl ku Bogu. Używamy jej przy wejściu do kościoła, podczas błogosławieństw, w domu. Znak krzyża uczyniony wodą święconą może być pięknym przypomnieniem chrztu i tego, że należymy do Chrystusa. Ale sama obecność pojemnika z wodą święconą w domu nie czyni życia bardziej chrześcijańskim, jeśli nie ma modlitwy, sakramentów, nawrócenia i codziennej troski o dobro.

Błogosławieństwo również bywa czasem źle rozumiane. Kiedy kapłan, rodzic albo inna uprawniona osoba błogosławi, nie wykonuje magicznego gestu. Błogosławieństwo jest modlitwą, w której prosimy Boga o dobro, ochronę, łaskę i pomoc. W centrum zawsze jest Bóg, nie gest sam w sobie. To On błogosławi, a Kościół modli się w Jego imię.

Warto też zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Sakramentalia nie konkurują z sakramentami. One mają do nich prowadzić. Dobrze przeżyte błogosławieństwo, noszenie medalika, modlitwa różańcowa czy użycie wody święconej powinny pomagać człowiekowi żyć głębiej chrztem, Eucharystią, spowiedzią, małżeństwem czy innymi sakramentami. Jeśli ktoś bardzo przywiązuje się do przedmiotów religijnych, a jednocześnie zaniedbuje Mszę Świętą i sakrament pojednania, warto spokojnie przypomnieć właściwą kolejność.

Nie chodzi oczywiście o lekceważenie sakramentaliów. Przeciwnie, Kościół bardzo je ceni. Są piękną częścią katolickiej duchowości, bo pokazują, że Bóg interesuje się nie tylko chwilą niedzielnej Mszy Świętej, ale całym naszym życiem. Błogosławimy domy, dzieci, małżonków, pokarmy, podróże, miejsca pracy. Używamy znaków, które pomagają przenieść modlitwę do codzienności. Wiara katolicka jest bardzo konkretna i właśnie dlatego posługuje się wodą, gestem, słowem, znakiem krzyża, przedmiotami i przestrzenią. Człowiek nie jest samą duszą. Potrzebuje także tego, co może zobaczyć, dotknąć i zrobić.

Jednocześnie Kościół zawsze przypomina, że najważniejsza jest relacja z Chrystusem. Przedmiot religijny ma do Niego prowadzić, a nie Go zastępować. Woda święcona ma przypominać o chrzcie. Medalik o wierze i zawierzeniu. Błogosławieństwo o tym, że potrzebujemy Boga w codzienności. Wszystko to ma sens wtedy, kiedy człowiek naprawdę chce żyć z Bogiem, a nie tylko otaczać się religijnymi rzeczami.

Dzieciom można to wyjaśnić bardzo prosto: sakrament daje nam łaskę w sposób ustanowiony przez Chrystusa, a sakramentalium pomaga nam przygotować serce, przypomnieć sobie o Bogu i przeżywać codzienność w wierze. Jedno nie jest „większą” ani „mniejszą” wersją drugiego. To dwie różne rzeczy, choć obie należą do życia Kościoła.

Warto takie rozróżnienie znać również jako dorośli, bo pomaga ono uniknąć dwóch skrajności. Z jednej strony przesądnego traktowania przedmiotów religijnych, z drugiej lekceważenia ich jako „niepotrzebnych dodatków”. Katolickie podejście jest bardziej uporządkowane. Sakramentalia mają sens, ponieważ Kościół modli się przez nie i z nimi, a człowiek otwiera się na działanie Boga. Nie są jednak źródłem łaski w takim samym znaczeniu jak sakramenty.

Może więc kiedy następnym razem sięgniemy po wodę święconą, założymy medalik albo poprosimy o błogosławieństwo, warto na chwilę zatrzymać się i przypomnieć sobie, po co to robimy. Nie dla „szczęścia”, nie ze strachu, nie dlatego, że sam gest ma nas zabezpieczyć.

Po to, żeby serce jeszcze raz skierowało się ku Bogu.

I chyba właśnie wtedy sakramentalia spełniają swoją najpiękniejszą rolę: pomagają zobaczyć, że wiara nie kończy się na drzwiach kościoła, ale może przenikać zwyczajne życie.

„Cud Guadalupe” Marka Balona – o Maryi, która przyszła do zwyczajnego człowieka

Historia objawień Matki Bożej w Guadalupe należy do tych opowieści, do których lubię wracać, ponieważ za niezwykłymi wydarzeniami kryje się coś bardzo bliskiego naszej codzienności. Jest w niej prosty człowiek, który nie uważa się za nikogo szczególnego, jest trudne zadanie, którego początkowo nie potrafi wykonać, są wątpliwości, niezrozumienie i wreszcie znak, który na zawsze wpisze się w historię Kościoła. Książka „Cud Guadalupe” Marka Balona prowadzi nas do Meksyku, do wydarzeń związanych z objawieniami Maryi i do jednego z najbardziej rozpoznawalnych Jej wizerunków na świecie. To dobra okazja, żeby przyjrzeć się tej historii nie tylko przez pryzmat niezwykłości, ale również zastanowić się, co właściwie mówi nam ona o Bogu, Maryi i naszej wierze.

W grudniu 1531 roku, według przekazu utrwalonego w tradycji guadalupiańskiej, Maryja ukazała się Juanowi Diego, rdzennemu mieszkańcowi Meksyku, na wzgórzu Tepeyac. Nie wybrała człowieka wpływowego, duchownego ani kogoś, kto mógłby bez trudu dotrzeć do najważniejszych osób w Kościele. Powierzyła swoje przesłanie człowiekowi prostemu, który miał udać się do biskupa i przekazać prośbę o wybudowanie świątyni. Juan Diego spotkał się jednak z niedowierzaniem, a jego słowa nie zostały od razu przyjęte. Trudno się temu dziwić, bo Kościół ma obowiązek ostrożnie podchodzić do relacji o nadzwyczajnych wydarzeniach. Dla samego Juana Diego musiało to jednak oznaczać ogromną próbę. Miał wykonać zadanie, do którego nie czuł się przygotowany, i przekonać ludzi posiadających znacznie większy autorytet niż on sam.

Bardzo porusza mnie właśnie ten fragment historii. Jak często człowiek uważa, że do zrobienia czegoś dobrego potrzebuje szczególnych zdolności, odpowiedniej pozycji albo przekonania, że na pewno sobie poradzi? Tymczasem w Biblii i w dziejach Kościoła wielokrotnie spotykamy ludzi, którzy początkowo nie czuli się gotowi na powierzone im zadania. Mojżesz obawiał się przemawiania, Jeremiasz tłumaczył, że jest zbyt młody, a Maryja z Nazaretu podczas zwiastowania również pytała, jak wypełnią się słowa anioła. Bóg nie zawsze wybiera ludzi, którzy mają już wszystko przygotowane. Czasem powołanie staje się początkiem drogi, podczas której człowiek dopiero uczy się zaufania.

W tradycyjnej opowieści o Guadalupe szczególne miejsce zajmuje także choroba wuja Juana Diego. Zatroskany o bliskiego człowieka, Juan próbuje ominąć miejsce wcześniejszych spotkań z Maryją, ponieważ chce jak najszybciej sprowadzić pomoc. Ten szczegół wydaje mi się bardzo ludzki. Kiedy pojawia się cierpienie kogoś bliskiego, wszystkie inne sprawy schodzą na dalszy plan. Właśnie wtedy Maryja ma zapewnić Juana Diego o swojej macierzyńskiej opiece. W przesłaniu guadalupiańskim nie spotykamy więc jedynie wezwania do wybudowania świątyni, ale również obraz Matki, która dostrzega ludzki niepokój i nie pozostaje wobec niego obojętna.

Dla mnie jest to jeden z najpiękniejszych wymiarów kultu Matki Bożej z Guadalupe. Maryja nie zastępuje Boga, nie staje się źródłem łaski niezależnym od Chrystusa i nie odciąga człowieka od Ewangelii. Jej macierzyńska obecność prowadzi do Syna. Tak właśnie Kościół katolicki rozumie autentyczną pobożność maryjną. Cześć oddawana Matce Bożej różni się od adoracji należnej wyłącznie Bogu, a jej najgłębszym sensem jest pomoc w coraz pełniejszym życiu z Jezusem. Warto o tym pamiętać szczególnie przy tak niezwykłych historiach, ponieważ łatwo zatrzymać się na samym cudzie, zapominając, dokąd powinien nas prowadzić.

Najbardziej znanym wydarzeniem związanym z Guadalupe jest oczywiście ukazanie się wizerunku Maryi na tilmie Juana Diego, czyli jego płaszczu wykonanym z włókien roślinnych. Według tradycji Juan zebrał róże na wzgórzu Tepeyac i zaniósł je biskupowi jako znak potwierdzający prawdziwość swojego przesłania. Kiedy rozwinął płaszcz, na tkaninie miał ukazać się obraz Matki Bożej. Wizerunek ten do dzisiaj otaczany jest czcią w sanktuarium w Guadalupe i stanowi jeden z najważniejszych symboli katolicyzmu w Meksyku.

Wokół obrazu narosło przez wieki wiele opowieści o jego niezwykłych właściwościach. Mówi się o oczach Maryi, gwiazdach na Jej płaszczu, trwałości tkaniny i tajemnicach, których rzekomo nie potrafi wyjaśnić nauka. W takich sprawach staram się jednak zachować ostrożność. Nie wszystkie popularne twierdzenia mają równie mocne potwierdzenie historyczne czy naukowe, a niektóre bywają powtarzane bez sprawdzenia źródeł. Wiara katolicka nie wymaga przyjmowania każdej sensacyjnej informacji dotyczącej cudownego wizerunku. Nie potrzebujemy przecież kolejnych niezwykłych szczegółów, żeby dostrzec duchowe znaczenie Guadalupe.

Sama historia objawień również wymaga uczciwego rozróżnienia między tradycją religijną a ustaleniami historycznymi. Najbardziej znany opis wydarzeń został utrwalony w tekście „Nican Mopohua”, opublikowanym w XVII wieku w języku nahuatl. Historycy dyskutują nad jego wcześniejszym pochodzeniem oraz nad dokumentacją wydarzeń z 1531 roku. Nie zmienia to faktu, że kult Matki Bożej z Guadalupe odegrał ogromną rolę w życiu religijnym Meksyku, a Juan Diego został kanonizowany przez św. Jana Pawła II w 2002 roku. Warto znać te okoliczności, ponieważ dojrzała wiara nie musi obawiać się pytań o źródła i historię.

Guadalupe ma również szczególne znaczenie ze względu na spotkanie dwóch światów. Objawienia są umiejscawiane w czasie, kiedy ziemie dzisiejszego Meksyku przeżywały dramatyczne przemiany po hiszpańskim podboju. Dla rdzennej ludności był to okres utraty dotychczasowego porządku, przemocy, napięć i ogromnej niepewności. Właśnie w takim kontekście pojawia się obraz Maryi, której wygląd i sposób przedstawienia odczytywano jako bliskie miejscowej kulturze. Wizerunek guadalupiański stał się z czasem ważnym znakiem religijnym i kulturowym, łączącym pokolenia Meksykanów.

Nie chciałabym jednak upraszczać tej historii do stwierdzenia, że jedno objawienie rozwiązało wszystkie problemy związane z ewangelizacją Ameryki. Historia chrystianizacji tych ziem była znacznie bardziej skomplikowana i obejmowała zarówno autentyczne świadectwa wiary, jak i wydarzenia, których nie sposób usprawiedliwiać Ewangelią. Tym bardziej poruszające wydaje mi się przesłanie Maryi, która według tradycji zwraca się z macierzyńską czułością do człowieka należącego do podbitej ludności. Przypomina to o godności każdego człowieka, niezależnie od jego pochodzenia, pozycji społecznej czy znaczenia w oczach świata.

Czytając o Guadalupe, wracam również myślą do tego, jak wiele miejsca w naszej religijności zajmuje poszukiwanie znaków. Chcielibyśmy czasem otrzymać jednoznaczne potwierdzenie, że Bóg nas słyszy, że jesteśmy na właściwej drodze albo że podejmowana decyzja jest dobra. Historia Juana Diego zawiera taki nadzwyczajny znak, ale przecież codzienne życie chrześcijańskie nie polega na oczekiwaniu na kolejne cuda. Bóg przychodzi do nas przede wszystkim w swoim Słowie, sakramentach, modlitwie i zwyczajnych wydarzeniach, w których możemy uczyć się miłości. Największy cud naszej wiary dokonuje się podczas każdej Eucharystii, nawet jeśli nie towarzyszy mu nic, co przyciągnęłoby uwagę mediów.

W książce „Cud Guadalupe” Marek Balon przybliża czytelnikom historię objawień, a szczególną uwagę poświęca samemu wizerunkowi Maryi oraz próbom odkrywania jego tajemnic przy użyciu współczesnych technologii. Publikacja zachęca do przyjrzenia się niezwykłym szczegółom obrazu, jego symbolice i znaczeniu dla kolejnych pokoleń wierzących. To lektura, która może zainteresować zarówno osoby szczególnie związane z kultem maryjnym, jak i tych, którzy dopiero zaczynają poznawać historię Guadalupe.

Przyznam, że najbardziej cenię takie książki wtedy, kiedy oprócz zainteresowania niezwykłymi wydarzeniami zostawiają we mnie coś do przemyślenia. Guadalupe można poznawać przez pryzmat historii, symboliki obrazu, relacji świadków i kolejnych badań, ale ostatecznie nie chciałabym zatrzymać się wyłącznie na pytaniu, w jaki sposób powstał wizerunek Maryi. Znacznie ważniejsze wydaje mi się to, dlaczego Jej obecność stała się dla tak wielu ludzi źródłem nadziei i dlaczego po niemal pięciu stuleciach wciąż przybywają do Guadalupe pielgrzymi, przynosząc swoje prośby, cierpienia i wdzięczność.

Myślę również o Juanie Diego, który nie miał wielkich możliwości ani szczególnej pozycji, a jednak to właśnie z jego imieniem związana jest jedna z najbardziej znanych historii maryjnych. Jest w tym piękne przypomnienie, że Bóg nie mierzy wartości człowieka jego znaczeniem w świecie. Dostrzega tych, których inni mogliby nie zauważyć, i potrafi posłużyć się ich prostotą, wiernością oraz zaufaniem.

„Cud Guadalupe” jest książką, po którą warto sięgnąć z zainteresowaniem, ale również z umiejętnością odróżniania religijnego świadectwa od naukowo potwierdzonego faktu. Nie każda hipoteza dotycząca obrazu musi być dowodem nadprzyrodzonej interwencji, a wiara nie staje się słabsza tylko dlatego, że wobec pewnych zagadnień pozostają pytania. Kościół przypomina przecież, że nawet uznane objawienia prywatne nie należą do depozytu wiary i nie mogą niczego dodawać do Objawienia, które otrzymaliśmy w Jezusie Chrystusie.

Po tej lekturze chciałabym więc zatrzymać w pamięci przede wszystkim obraz Maryi, która według guadalupiańskiej tradycji przychodzi do człowieka pełnego trosk, niepewnego własnych możliwości i zatroskanego o chorego bliskiego. Nie obiecuje mu życia pozbawionego trudności, ale przypomina o macierzyńskiej bliskości i prowadzi go do wypełnienia powierzonego zadania.

Może największym duchowym przesłaniem Guadalupe nie jest samo pytanie o niezwykłość obrazu, lecz przypomnienie, że człowiek nigdy nie jest zbyt mały, zbyt zwyczajny ani zbyt zagubiony, aby Bóg mógł się nim posłużyć. Maryja, tak jak w Kanie Galilejskiej, nie zatrzymuje naszej uwagi na sobie, ale prowadzi nas do Tego, któremu sama bezgranicznie zaufała. Do Jezusa.

„Projekt Jonasz” o. Adama Szustaka OP – o męskiej sile, która nie polega na udowadnianiu, że niczego się nie boję

Po „Projekcie Judyta” i „Projekcie Estera” przyszła u mnie kolej na „Projekt Jonasz. Czym jest siła mężczyzny?” o. Adama Szustaka OP. I od razu pomyślałam, że to bardzo ciekawe zestawienie. W dwóch poprzednich książkach autor przyglądał się kobiecości poprzez historie biblijnych kobiet, natomiast tym razem prowadzi czytelnika do proroka Jonasza. Wybór dość przewrotny, bo jeśli szukać w Biblii wzoru silnego, zdecydowanego mężczyzny, który bez wahania podejmuje powierzoną mu misję, Jonasz raczej nie znalazłby się na pierwszym miejscu.

Bóg mówi mu, żeby poszedł do Niniwy, a Jonasz robi dokładnie coś przeciwnego. Wsiada na statek płynący w stronę Tarszisz, jakby można było wybrać wystarczająco odległy port i w ten sposób uciec przed Bogiem. Potem przychodzi burza, przerażeni marynarze, wrzucenie proroka do morza i wreszcie trzy dni spędzone we wnętrzu wielkiej ryby. To jedna z tych historii biblijnych, które znamy od dzieciństwa tak dobrze, że łatwo przestać dostrzegać, jak wiele mówi ona o człowieku. O jego strachu, ucieczkach, uporze, niedojrzałości, ale również o Bogu, który nie rezygnuje z człowieka nawet wtedy, kiedy ten robi wszystko, żeby pójść w przeciwnym kierunku.

I właśnie od tego o. Szustak zaczyna rozmowę o męskiej sile.

„Projekt Jonasz” nie jest komentarzem biblijnym ani próbą szczegółowego wyjaśnienia całej Księgi Jonasza. To książka o duchowości i dojrzewaniu mężczyzny, dla której historia proroka staje się punktem wyjścia. Autor pisze o odpowiedzialności, podejmowaniu decyzji, relacjach, stawaniu wobec trudności i o tym, co dzieje się z mężczyzną, kiedy zamiast zmierzyć się z własnym życiem, wybiera ucieczkę. Jak zwykle u o. Szustaka jest bezpośrednio, momentami prowokacyjnie i bez szczególnego owijania w bawełnę. Nie każdą jego tezę dotyczącą kobiet i mężczyzn trzeba przyjmować jako jedyną możliwą odpowiedź. Warto pamiętać, że to autorskie rozważania dominikanina, a nie kościelna definicja męskości.

Najciekawsze jest dla mnie jednak to, że biblijny Jonasz właściwie od początku burzy nasze wyobrażenie o sile. Bóg powierza mu zadanie, a on się wycofuje. Nie chce iść tam, gdzie został posłany. Kiedy na morzu rozpętuje się burza, Jonasz śpi pod pokładem. Później wykonuje swoją misję, ale nawet wtedy daleko mu do bohatera, który wszystko już zrozumiał. Kiedy mieszkańcy Niniwy się nawracają, zamiast się ucieszyć, prorok wpada w gniew, ponieważ Bóg nie niszczy miasta. Jonasz jest więc człowiekiem, którego Bóg prowadzi nie tylko do wykonania zadania, ale przede wszystkim do przemiany jego własnego serca.

To bardzo mi się podoba, bo żyjemy w świecie, który ma swoje gotowe obrazy męskości. Mężczyzna powinien być silny, zaradny, zdecydowany, najlepiej zawsze wiedzieć, co robić, nie okazywać zbyt wielu emocji i oczywiście radzić sobie sam. Jeśli się boi, powinien to ukryć. Jeśli czegoś nie wie, lepiej, żeby się nie przyznawał. Jeśli cierpi, ma zacisnąć zęby i iść dalej. Tylko czy naprawdę właśnie na tym polega siła?

Historia Jonasza podpowiada coś zupełnie innego. Człowiek może wyglądać na silnego, a całe życie spędzić na uciekaniu. Można nie uciekać statkiem do Tarszisz, ale uciekać w pracę, telefon, hobby, milczenie, złość, alkohol, kolejne zajęcia albo nieustanne odkładanie ważnych decyzji. Można być fizycznie obecnym w domu, a jednocześnie od lat nie uczestniczyć naprawdę w życiu najbliższych. Można nie umieć powiedzieć „boję się”, „nie wiem”, „potrzebuję pomocy”, więc zamiast tego zamknąć się albo zaatakować. Z zewnątrz wygląda to czasami jak siła, a w środku może być zwyczajnym lękiem.

I tutaj „Projekt Jonasz” staje się dla mnie czymś więcej niż książką przeznaczoną wyłącznie dla mężczyzn. Bo przecież każdy z nas ma swoje Tarszisz. Każdy zna takie sprawy, o których wie, że powinien się z nimi zmierzyć, a jednak znajduje dziesięć powodów, żeby zrobić to jutro. Odkładamy trudną rozmowę, decyzję, spowiedź, pojednanie, zmianę pracy, wizytę u lekarza, przyznanie się do błędu. Czasami nawet bardzo pobożnie tłumaczymy sobie własną bezczynność, choć w głębi serca dobrze wiemy, że po prostu się boimy.

Bóg wobec Jonasza jest niezwykle cierpliwy. To kolejna rzecz, która bardzo mnie w tej historii porusza. Jonasz ucieka, ale Bóg go nie przekreśla. Nie mówi: skoro nie chciałeś za pierwszym razem, znajdę sobie kogoś lepszego. Ratuje go z morza, ponownie posyła do Niniwy, a kiedy prorok obraża się z powodu Bożego miłosierdzia, Bóg nadal z nim rozmawia. Księga Jonasza kończy się nawet pytaniem Boga, jakby Stwórca do ostatniej chwili próbował poszerzyć serce swojego proroka.

To bardzo dalekie od obrazu Boga, który tylko czeka na nasze potknięcie. Bóg powołuje niedoskonałego człowieka i cierpliwie go wychowuje. Nie akceptuje jego ucieczki, ale też nie rezygnuje z niego z powodu tej ucieczki. Dla mnie to jedna z najpiękniejszych rzeczy, które można wynieść z tej historii. Nasze powołanie nie jest nagrodą za doskonałość. Bóg nie czeka, aż będziemy całkowicie dojrzali, odważni i uporządkowani, żeby zacząć się nami posługiwać. Bardzo często dojrzewamy właśnie w drodze.

W kontekście mężczyzn ta myśl ma jeszcze jeden ważny wymiar. Siła nie musi oznaczać dominacji. Nie polega na tym, żeby wszystkich ustawić, mieć zawsze ostatnie słowo i nigdy nie pokazać słabości. Z chrześcijańskiej perspektywy znacznie bliższa jest mi siła człowieka, który bierze odpowiedzialność za swoje decyzje, potrafi chronić, ale nie kontroluje, umie być stanowczy bez poniżania innych i ma odwagę przyznać, że popełnił błąd. Mężczyzna nie staje się mniej męski dlatego, że kocha, jest czuły, prosi o przebaczenie albo potrzebuje drugiego człowieka.

Najpełniejszego obrazu mężczyzny chrześcijanin i tak nie znajdzie w Jonaszu, lecz w Chrystusie. A Jezus bardzo mocno przewraca nasze ludzkie wyobrażenia o sile. Potrafi przeciwstawić się tłumowi, ale pochyla się nad słabym. Wypędza przekupniów ze świątyni, ale pozwala dzieciom przychodzić do siebie. Nie boi się mówić prawdy, a jednocześnie płacze przy grobie Łazarza. W Ogrójcu nie udaje, że nie doświadcza lęku. Na krzyżu Jego siła objawia się nie w pokonaniu przeciwników przemocą, lecz w miłości, która nie wycofuje się nawet wobec cierpienia.

Dlatego podczas czytania „Projektu Jonasz” nie zatrzymywałabym się wyłącznie na pytaniu, jaki powinien być prawdziwy mężczyzna. Takie gotowe recepty łatwo zamieniają się w kolejną listę wymagań, którym ktoś ma sprostać. Bardziej interesuje mnie pytanie, które ta książka zostawia w człowieku: przed czym uciekam i dokąd Bóg próbuje mnie zawrócić?

Jonasz musiał znaleźć się w środku burzy, a później w ciemności wnętrza wielkiej ryby, żeby ponownie usłyszeć wezwanie. Nie życzę nikomu takiej drogi. Myślę jednak, że każdy zna chwile, kiedy coś nagle zatrzymuje nasze uciekanie i nie pozwala już dłużej udawać, że wszystko jest w porządku. Wtedy można nadal szukać kolejnego Tarszisz albo wreszcie powiedzieć Bogu: dobrze, pokaż mi, dokąd mam iść.

Może właśnie w tym zaczyna się prawdziwa siła. Nie wtedy, kiedy człowiek już niczego się nie boi, ale wtedy, kiedy przestaje pozwalać, żeby strach wybierał za niego drogę.

I chyba dlatego Jonasz, choć tak bardzo niedoskonały, jest dobrym bohaterem książki o męskości. Nie pokazuje gotowego ideału. Pokazuje człowieka w drodze, który ucieka, upada, złości się, wraca i powoli pozwala Bogu siebie wychowywać.

Bo przed Bogiem nie trzeba udawać silnego. Trzeba pozwolić Mu uczynić nas silniejszymi.

Abigail – kobieta, która zatrzymała zemstę

Historia Abigail z Pierwszej Księgi Samuela jest jedną z tych opowieści, które pokazują, jak wielką siłę może mieć człowiek, który w odpowiednim momencie potrafi zachować rozsądek, odwagę i wewnętrzny pokój. Abigail nie zatrzymuje przemocy siłą, nie próbuje nikogo przekrzyczeć ani upokorzyć. Staje pomiędzy gniewem a jego konsekwencjami i właśnie dzięki swojej mądrości nie pozwala, żeby chwilowa furia przerodziła się w tragedię.

Była żoną Nabala, człowieka bardzo bogatego, ale jednocześnie opisanego w Biblii jako szorstki i zły w swoim postępowaniu. Dawid i jego ludzie przebywali w pobliżu pasterzy Nabala i, jak wynika z opowiadania, nie tylko nie wyrządzili im żadnej szkody, ale wręcz stanowili dla nich ochronę. Kiedy nadszedł czas strzyżenia owiec, Dawid wysłał do Nabala posłańców z prośbą o żywność. W tamtej kulturze był to czas świętowania, gościnności i dzielenia się, dlatego jego prośba nie była czymś niezwykłym. Nabal odpowiedział jednak pogardliwie, odrzucił wysłanników i obraził Dawida. To wystarczyło, żeby rozpalić w Dawidzie gniew. Postanowił ruszyć przeciwko Nabalowi i jego domowi, a jego decyzja była już nie tylko odpowiedzią na zniewagę, ale prawdziwą zemstą.

I właśnie w tym momencie pojawia się Abigail. Dowiaduje się o tym, co zrobił jej mąż, i bardzo szybko rozumie, dokąd ta sytuacja zmierza. Nie czeka, aż ktoś inny coś zrobi, nie usprawiedliwia Nabala, ale też nie zatrzymuje się na ocenianiu go. Przygotowuje żywność i wyrusza naprzeciw Dawida. Wie, że ma do czynienia z człowiekiem rozgniewanym i uzbrojonym, a mimo to podejmuje ryzyko. Jej odwaga nie polega jednak na brawurze. Jest połączona z mądrością, wyczuciem chwili i ogromną umiejętnością przewidywania skutków.

Kiedy staje przed Dawidem, nie mówi mu tylko, żeby się uspokoił. Nie próbuje też wmówić mu, że nic się nie stało. Wie, że został obrażony i że jego gniew ma konkretną przyczynę. Jednocześnie potrafi zobaczyć coś, czego on w tym momencie nie widzi: jeśli pozwoli, żeby uraza poprowadziła go dalej, sam stanie się człowiekiem winnym rozlewu krwi. Abigail przypomina mu więc, kim jest i do czego został powołany. W pewnym sensie mówi mu: nie pozwól, żeby cudza głupota zadecydowała o twojej przyszłości.

To jest jedna z najmocniejszych lekcji tej historii. Czasem człowiek w chwili gniewu nie potrzebuje kogoś, kto przyzna mu rację, ale kogoś, kto przypomni mu, kim naprawdę chce być. Zraniona duma bardzo łatwo przekonuje nas, że skoro ktoś postąpił wobec nas źle, mamy prawo odpowiedzieć jeszcze mocniej. Wtedy sprawiedliwość miesza się z chęcią odwetu, a człowiek przestaje pytać, co jest dobre, i zaczyna myśleć tylko o tym, jak zranić drugiego tak, żeby poczuł to samo.

Abigail nie neguje krzywdy, ale potrafi zatrzymać spiralę, zanim ta się rozkręci. Właśnie dlatego jej postawa jest tak aktualna także dzisiaj. Oczywiście nasze konflikty najczęściej nie wyglądają jak sytuacja z Pierwszej Księgi Samuela, ale mechanizm bywa bardzo podobny. Ktoś mówi coś przykrego, my odpowiadamy ostrzej, druga strona podnosi ton, więc my przypominamy sobie wszystkie dawne urazy. Po chwili już nikt nie rozmawia o pierwotnym problemie. Każdy broni siebie i szuka słów, które zrobią większe wrażenie.

W takich momentach bardzo potrzebna jest osoba, która potrafi zobaczyć dalej niż chwilowe emocje. Ktoś, kto zapyta nie tylko o to, kto ma rację, ale też o to, dokąd ta rozmowa prowadzi. Ktoś, kto nie doleje oliwy do ognia tylko dlatego, że sam również jest zdenerwowany. Czasem właśnie taka postawa ratuje relację, rodzinę, przyjaźń albo zwykły spokój między ludźmi.

To, co szczególnie porusza mnie w Abigail, to fakt, że jej łagodność nie jest bierna. Ona nie jest cichą kobietą, która pozwala, żeby wszystko działo się wokół niej. Działa szybko i zdecydowanie, ponieważ widzi realne zagrożenie. Nie mówi sobie, że nie będzie się wtrącać. Nie czeka, aż sprawa rozwiąże się sama. To bardzo ważne również z perspektywy chrześcijańskiej, bo pokój bywa czasem źle rozumiany jako unikanie trudnych sytuacji za wszelką cenę. Tymczasem prawdziwy pokój nie polega na zamiataniu problemów pod dywan. Czasem właśnie człowiek pokoju musi wejść w środek konfliktu i powiedzieć coś trudnego.

Podobnie jest z łagodnością. Nie oznacza ona słabości ani zgody na wszystko. Człowiek łagodny może być bardzo stanowczy. Potrafi nazwać zło, postawić granicę i powiedzieć „nie”, ale robi to bez potrzeby poniżenia drugiej osoby. Abigail właśnie taka jest. Jej słowa są pełne szacunku, ale ich sens jest bardzo konkretny: jeśli Dawid pójdzie dalej za swoim gniewem, zrobi coś, czego później może żałować.

Co ważne, Dawid potrafi jej posłuchać. To także jest niezwykły moment tej opowieści, bo równie łatwo mógłby zlekceważyć jej słowa. Mógłby powiedzieć, że decyzja już zapadła i nikt nie będzie mu mówił, co ma robić. Tymczasem zatrzymuje się, przyjmuje upomnienie i rezygnuje z zemsty. To pokazuje, że prawdziwa siła nie polega na uporczywym realizowaniu każdej decyzji, którą podjęliśmy w emocjach. Czasem o wiele większej odwagi wymaga powiedzenie: zatrzymuję się, bo widzę, że idę w złą stronę.

To bardzo trudne, bo człowiek często brnie dalej tylko dlatego, że nie chce stracić twarzy. Skoro już się zdenerwował, skoro powiedział wiele słów, skoro zapowiedział określone działanie, cofnięcie się może wyglądać jak słabość. Biblia pokazuje jednak coś odwrotnego. Dawid okazuje dojrzałość właśnie wtedy, kiedy pozwala się zatrzymać.

Historia Abigail ma również jeszcze jeden ważny wymiar. Biblia nie przedstawia Nabala jako człowieka, którego trzeba za wszelką cenę usprawiedliwić. Abigail nie udaje, że jej mąż postępuje dobrze. To przypomina, że mądrość nie polega na bronieniu wszystkiego, co robi bliska osoba, tylko dlatego, że jest nam bliska. Można kochać człowieka i jednocześnie widzieć jego błędy. Można być wiernym relacji i nie zgadzać się na zło. Można chronić dom przed konsekwencjami czyjegoś zachowania, nie udając, że zachowanie było właściwe.

Dla mnie to bardzo ważny fragment, bo źle rozumiana religijność czasem podpowiada, że pokorny człowiek powinien wszystko znosić w milczeniu. Historia Abigail pokazuje coś zupełnie innego. Ona bierze odpowiedzialność za sytuację, którą widzi, i robi to, co w danym momencie może uratować innych przed tragedią. Nie jest bierna wobec głupoty Nabala ani wobec gniewu Dawida.

Właśnie dlatego ta historia tak mocno pasuje do naszych codziennych relacji. Nie każda sytuacja wymaga wielkich gestów. Czasem trzeba po prostu nie wysyłać wiadomości napisanej w złości. Czasem przespać się z decyzją, zamiast podejmować ją natychmiast. Czasem poprosić o rozmowę później, kiedy emocje opadną. Czasem powiedzieć bliskiej osobie: rozumiem, dlaczego jesteś zła, ale nie rób teraz czegoś, czego jutro będziesz żałować. Takie drobne zatrzymania potrafią naprawdę wiele ocalić.

Abigail może być również przypomnieniem, żebyśmy sami byli gotowi przyjąć czyjeś mądre słowo. Często modlimy się o rozeznanie, a jednocześnie nie chcemy słuchać nikogo, kto mówi coś innego niż to, co już postanowiliśmy. Tymczasem Bóg czasem chroni nas właśnie przez drugiego człowieka. Przez kogoś, kto ma odwagę powiedzieć: zatrzymaj się, spójrz jeszcze raz, nie idź dalej za tym gniewem.

To nie znaczy, że każda rada jest dobra i że zawsze trzeba się jej podporządkować. Ale warto mieć w sobie choć odrobinę pokory, która dopuszcza możliwość, że ktoś widzi w danym momencie więcej niż my. Szczególnie wtedy, kiedy jesteśmy bardzo zranieni albo bardzo źli, bo właśnie wtedy najłatwiej stracić właściwą perspektywę.

Historia Abigail przypomina też, że nie wszystko musi zostać przez nas osądzone i wyrównane. Dawid nie musi sam wymierzać sprawiedliwości Nabalowi. Może pozostawić tę sprawę Bogu. Dla człowieka wierzącego to ogromnie trudne, bo bardzo chcielibyśmy zobaczyć natychmiastową sprawiedliwość, szczególnie wtedy, kiedy ktoś nas upokorzył albo skrzywdził. Jednak Ewangelia będzie później jeszcze mocniej uczyć, że zemsta nie jest drogą ucznia Chrystusa.

To oczywiście nie znaczy, że mamy pozwalać na zło, nie reagować na krzywdę czy rezygnować z dochodzenia sprawiedliwości. Chodzi o coś innego: o to, żeby nasze działanie nie było napędzane pragnieniem odwetu. Sprawiedliwość szuka dobra i prawdy, zemsta szuka bólu drugiego człowieka. Z zewnątrz mogą czasem wyglądać podobnie, ale rodzą się z zupełnie innego miejsca.

Dlatego tak bardzo lubię tę historię. Abigail nie zmienia świata wielką przemową ani spektakularnym cudem. Zatrzymuje jedno zło, zanim ono się wydarzy. Czasem właśnie taka jest nasza rola. Nie jesteśmy w stanie naprawić wszystkiego, ale możemy nie dołożyć kolejnej porcji gniewu. Możemy nie przekazać dalej plotki. Możemy nie odpowiedzieć upokorzeniem na upokorzenie. Możemy stanąć między czyjąś złością a decyzją, która mogłaby zranić wielu ludzi.

Być może czasem sami jesteśmy Abigail, a czasem bardzo jej potrzebujemy. Potrzebujemy kogoś, kto przypomni nam, że chwilowa złość nie jest dobrym doradcą, że nie każde słowo musi zostać natychmiast wypowiedziane, a nie każda krzywda domaga się naszego odwetu. Potrzebujemy ludzi, którzy zamiast podsycać nasze oburzenie, pomogą nam odzyskać właściwe proporcje.

I może właśnie na tym polega duchowa mądrość tej historii. Nie tylko na umiejętności odróżniania dobra od zła, ale także na zdolności zobaczenia, co wydarzy się za chwilę, jeśli nie zatrzymamy własnych emocji. Abigail widziała dalej niż Nabal i dalej niż rozgniewany Dawid. Potrafiła spojrzeć ponad chwilę.

To bardzo potrzebna umiejętność także nam.

Zanim odpowiem, mogę pomyśleć, co zostanie po moich słowach. Zanim podejmę decyzję w gniewie, mogę zapytać, czy jutro nadal będę uważała ją za dobrą. Zanim spróbuję wygrać spór, mogę zastanowić się, czy cena tego zwycięstwa nie będzie zbyt wysoka.

Bo czasem największym zwycięstwem nie jest postawienie na swoim.

Czasem największym zwycięstwem jest zatrzymanie zła, zanim zdąży zrobić to, czego później nie da się cofnąć.

Skrupuły czy wrażliwe sumienie? Kiedy troska o dobro zaczyna odbierać pokój

Są osoby, które naprawdę chcą żyć blisko Boga i bardzo poważnie traktują swoje życie duchowe. Zależy im na dobrej spowiedzi, uczciwości, modlitwie, właściwych decyzjach i unikaniu grzechu. Potrafią zauważyć w sobie coś, obok czego ktoś inny przeszedłby obojętnie, i właśnie dlatego mówi się czasem o wrażliwym sumieniu. Taka wrażliwość może być ogromnym dobrem, bo sumienie pomaga człowiekowi rozpoznawać, co prowadzi do dobra, a co od niego oddala. Problem zaczyna się wtedy, kiedy troska o dobro przestaje prowadzić do Boga, a zaczyna prowadzić do nieustannego lęku, kiedy po modlitwie nie przychodzi pokój, po spowiedzi nie przychodzi ulga, a po każdej odpowiedzi rodzi się kolejna wątpliwość.

Człowiek zaczyna wtedy coraz częściej pytać: czy na pewno nie zgrzeszyłam, czy powiedziałam wszystko na spowiedzi, czy ta myśl była już grzechem, czy żal był wystarczający, czy dobrze odmówiłam modlitwę, czy Bóg na pewno mi przebaczył. I samo zadawanie pytań nie jest jeszcze niczym złym, bo sumienie potrzebuje światła i formacji. Trudność pojawia się wtedy, gdy żadna odpowiedź nie wystarcza. Nawet jeśli kapłan uspokoi, nawet jeśli sytuacja została już wyjaśniona, nawet jeśli grzech został wyznany i odpuszczony, lęk wraca z kolejnym „a może”. To właśnie jest jeden z najważniejszych znaków, że nie mamy już do czynienia tylko z wrażliwym sumieniem, ale ze skrupułami.

Wrażliwe sumienie prowadzi do konkretu. Człowiek widzi, że zrobił coś źle, bierze za to odpowiedzialność, żałuje, jeśli trzeba przeprasza, naprawia krzywdę, korzysta z sakramentu pojednania i potem próbuje iść dalej. Nie dlatego, że grzech przestaje być ważny, ale dlatego, że ufa, iż Boże miłosierdzie naprawdę jest większe od jego winy. Skrupuły działają inaczej. Nie pozwalają sprawie się zakończyć. Zmuszają do ciągłego wracania, sprawdzania, analizowania, a czasem także do ponownego wyznawania tych samych grzechów, nie dlatego, że pojawiło się coś nowego, lecz dlatego, że człowiek nie potrafi uwierzyć, że przebaczenie rzeczywiście już się dokonało.

To bardzo ważne w katolickim rozumieniu sakramentu pokuty. Spowiedź nie jest egzaminem z perfekcyjnego opowiadania o sobie. Nie polega na tym, że jeśli człowiek nie odtworzy każdego szczegółu z idealną dokładnością, Bóg odmówi mu przebaczenia. Oczywiście spowiedź wymaga szczerości, żalu, postanowienia poprawy i wyznania grzechów ciężkich, których jesteśmy świadomi. Nie chodzi jednak o absolutną pewność psychologiczną ani o drobiazgowe analizowanie wszystkiego bez końca. Sakrament opiera się na łasce Chrystusa, nie na perfekcji naszego pamiętania.

Skrupulant bardzo często właśnie tutaj wpada w pułapkę. Zamiast patrzeć na Chrystusa, zaczyna patrzeć wyłącznie na siebie. Czy zrobiłam wszystko wystarczająco dobrze, czy na pewno niczego nie pominęłam, czy żal był odpowiedni, czy spowiedź była ważna. W centrum przestaje być miłosierdzie Boga, a pojawia się własna dokładność. Człowiek zaczyna ufać dopiero wtedy, kiedy sam poczuje stuprocentową pewność, a ponieważ lęk rzadko daje taką pewność, cały proces zaczyna się od nowa.

Dlatego bardzo pomaga przypomnienie, czym jest grzech ciężki. Kościół naucza, że aby grzech był śmiertelny, muszą być jednocześnie spełnione trzy warunki: poważna materia, pełna świadomość i całkowita zgoda. To bardzo istotne, bo człowiek nie wpada w grzech ciężki przypadkiem, mimochodem, bez udziału swojej woli. Sama natrętna myśl, niechciany obraz, gwałtowne uczucie, pokusa czy wewnętrzny odruch nie są jeszcze tym samym co świadomy i dobrowolny wybór zła. Pokusa nie jest grzechem. Samo pojawienie się złości nie jest tym samym co decyzja, żeby kogoś skrzywdzić. Niechciana myśl nie staje się automatycznie winą tylko dlatego, że pojawiła się w głowie.

To rozróżnienie jest bardzo potrzebne zwłaszcza osobom skrupulatnym, ponieważ one łatwo przypisują sobie odpowiedzialność za rzeczy, nad którymi nie mają pełnej kontroli. Wrażliwe sumienie pyta o rzeczywistą zgodę woli i konkretną decyzję. Skrupuły potrafią traktować każde poruszenie psychiki jak moralne zagrożenie. W rezultacie człowiek żyje w napięciu i zaczyna postrzegać Boga jak kogoś, kto tylko czeka na najdrobniejsze potknięcie.

A przecież Ewangelia pokazuje zupełnie inny obraz Boga. Chrystus szuka człowieka zagubionego, podnosi grzesznika, przywraca godność, przebacza i zaprasza do nowego początku. To nie znaczy, że grzech jest czymś nieważnym. Przeciwnie, gdyby był nieważny, krzyż Chrystusa nie miałby takiego znaczenia. Ale chrześcijaństwo nie zatrzymuje człowieka na winie. Prowadzi przez skruchę do pojednania. Żal ma prowadzić do Boga, a nie do niekończącego się oskarżania samego siebie.

Właśnie dlatego ogromną pomocą przy skrupułach może być stały spowiednik albo mądry kierownik duchowy. Nie po to, żeby pytać go o każdą najmniejszą wątpliwość, ale po to, żeby mieć jeden stabilny punkt odniesienia i stopniowo uczyć się nie podążać za każdym lękiem. Osoba skrupulatna ma często ogromną potrzebę ciągłego upewniania się, ale każde kolejne upewnienie przynosi tylko chwilową ulgę. Potem pojawia się następna wątpliwość. Dlatego czasem najważniejszą duchową pracą jest właśnie rezygnacja z kolejnego sprawdzania i decyzja, żeby zaufać temu, co już zostało rozeznane.

Może to być bardzo trudne, bo skrupuły lubią podszywać się pod pobożność. Człowiek ma wtedy wrażenie, że jeśli nie przeanalizuje jeszcze raz wszystkiego dokładniej, będzie lekkomyślny albo nieuczciwy wobec Boga. Tymczasem może być odwrotnie. Czasem właśnie zaufanie staje się aktem wiary. Jeśli spowiednik powiedział, że spowiedź była dobra, jeśli grzech został wyznany i odpuszczony, jeśli nie pojawiły się żadne nowe fakty, to powracanie po raz dziesiąty do tej samej sprawy nie jest już troską o sumienie. Jest karmieniem lęku.

Trzeba przy tym uważać, żeby nie popaść w drugą skrajność. Nie każda wymagająca refleksja nad sobą jest skrupułem. Czasem człowiek rzeczywiście próbuje zbyt szybko się uspokoić, bo nie chce przyznać, że zrobił coś złego. Wrażliwe sumienie nie jest sumieniem pobłażliwym. Potrafi powiedzieć: tutaj zawiniłam, tutaj skrzywdziłam, tutaj muszę przeprosić i coś zmienić. Ale kiedy już podejmie odpowiedzialność, potrafi również przyjąć przebaczenie. Skrupuły natomiast nie prowadzą do konkretnej zmiany, tylko do coraz głębszego zamknięcia w sobie i własnym lęku.

Dobrym pytaniem może być więc nie tylko: czy popełniłam grzech, ale też: dokąd prowadzi mnie ta refleksja. Czy prowadzi mnie do nawrócenia, naprawienia szkody, spowiedzi i pokoju, czy raczej do kolejnej godziny analizowania, do panicznego sprawdzania i do przekonania, że Bóg na pewno jest ze mnie niezadowolony. Sumienie oświecone przez Boga może boleć, ale jego celem nie jest rozpacz. Duch Święty przekonuje o grzechu po to, żeby człowiek wrócił do Chrystusa, a nie po to, żeby całe życie stał nad własną winą.

Warto też pamiętać, że skrupulatność może mieć związek nie tylko z życiem duchowym, ale również z lękiem czy mechanizmami obsesyjno-kompulsyjnymi. Jeśli ktoś godzinami analizuje swoje myśli, wielokrotnie powtarza modlitwy z obawy, że powiedział je źle, bardzo często przystępuje do spowiedzi z tych samych powodów albo religijne obowiązki stają się dla niego źródłem ogromnego napięcia, dobrze poszukać nie tylko wsparcia kapłana, lecz czasem także specjalisty. Nie ma w tym żadnej sprzeczności z wiarą. Człowiek jest jednością ducha i psychiki, a skorzystanie z pomocy psychologa czy psychiatry nie oznacza, że ktoś za mało ufa Bogu.

Najtrudniejsze w skrupułach jest chyba to, że człowiek bardzo chce być blisko Boga, a z czasem właśnie Bóg zaczyna kojarzyć mu się z lękiem. Modlitwa nie daje już pocieszenia, spowiedź staje się źródłem napięcia, rachunek sumienia przypomina śledztwo, a życie duchowe zaczyna obracać się wokół pytania: czy przypadkiem znowu nie zrobiłam czegoś źle. Wtedy szczególnie trzeba wrócić do Ewangelii i przypomnieć sobie, kim naprawdę jest Bóg.

Nie policjantem czekającym na najmniejszy błąd. Nie księgowym prowadzącym tabelę naszych potknięć. Ojcem.

Ojcem, który mówi prawdę o grzechu, ale nie po to, żeby upokorzyć. Ojcem, który wychowuje, ale nie dręczy. Ojcem, który przebacza, kiedy człowiek wraca.

Być może właśnie to jest najważniejsza różnica między wrażliwym sumieniem a skrupułami. Wrażliwe sumienie pomaga człowiekowi zobaczyć grzech po to, żeby jeszcze mocniej uchwycić się Boga. Skrupuły każą człowiekowi tak długo patrzeć na siebie, aż przestaje widzieć Jego miłosierdzie.

A przecież wiara nie polega na tym, że nigdy nie popełnimy błędu. Polega także na umiejętności powrotu. Na zgodzie, żeby Chrystus nas podniósł. Na przyjęciu tego, że sakrament pojednania naprawdę jest pojednaniem, a nie tylko chwilową przerwą przed kolejną falą oskarżeń.

Może więc osoba, która zmaga się ze skrupułami, potrzebuje czasem mniej kolejnych analiz, a więcej prostego aktu zaufania: „Jezu, Ty znasz moje serce lepiej ode mnie. Jeśli zrobiłam coś złego, daj mi światło i odwagę, żebym to zobaczyła i naprawiła. Jeśli natomiast przemawia przeze mnie lęk, pomóż mi nie wracać bez końca do tego, co już Tobie oddałam. Nie chcę lekceważyć grzechu, ale nie chcę też żyć tak, jakby Twoje miłosierdzie było słabsze od mojego strachu”.

Bo dobrze uformowane sumienie nie odbiera pokoju na zawsze. Może poruszyć, zawstydzić, wezwać do zmiany, ale ostatecznie prowadzi do Chrystusa. A kiedy człowiek naprawdę pozwoli Mu przebaczyć, nie musi już bez końca stać przed zamkniętymi drzwiami.

Może wejść dalej.

„Jak rozbiłam szkło” Tulii Topy, kiedy pęka świat, w który wierzyło się od dziecka

Niektóre książki czyta się z ciekawości, inne z potrzeby zrozumienia świata, którego samemu się nie zna. „Jak rozbiłam szkło. Moje dorastanie wśród Świadków Jehowy” Tulii Topy należy dla mnie właśnie do tej drugiej grupy. To nie jest chłodny reportaż pisany przez kogoś z zewnątrz ani próba stworzenia sensacyjnej historii o zamkniętej wspólnocie. Autorka opisuje własne życie, dzieciństwo, dorastanie, relacje, religijność i bardzo trudny proces odchodzenia od środowiska, które przez lata było dla niej całym światem. [pewne] Książka ukazała się nakładem Znak JednymSłowem w 2025 roku, liczy 336 stron i ma broszurową oprawę ze skrzydełkami.

Tulia Topa urodziła się i wychowała w rodzinie Świadków Jehowy. Od najmłodszych lat uczestniczyła w życiu zboru, chodziła po domach i głosiła, a później angażowała się również w działalność misyjną. Sama wspomina, że przez większość życia świat poza zborem postrzegała jako zagrożenie. Odeszła z organizacji w wieku 27 lat i dziś publicznie opowiada o swoich doświadczeniach, próbując z jednej strony pomóc osobom, które przeżywają podobne wątpliwości, a z drugiej pokazać ludziom z zewnątrz, jak może wyglądać życie w tak silnie kontrolującym środowisku. 

Już sam tytuł dobrze oddaje to, co dzieje się w tej historii. Szkło może przecież chronić, ale może też oddzielać. Człowiek widzi przez nie świat, ale nie ma z nim prawdziwego kontaktu. Dopóki szyba jest cała, wszystko wydaje się uporządkowane i bezpieczne. Dopiero kiedy pojawiają się pierwsze pęknięcia, zaczyna się dostrzegać, że to, co miało dawać ochronę, może również więzić. W książce Tulii takim pęknięciem nie jest jedno spektakularne wydarzenie. To raczej narastające pytania, zgrzyty i coraz większa niezgoda na rzeczy, które wcześniej przyjmowała jako oczywiste.

W opisie wydawcy pojawiają się bardzo konkretne elementy jej doświadczenia: brak obchodzenia urodzin, ograniczenia dotyczące stroju i relacji, zakaz związku z osobą spoza organizacji, obowiązek tłumaczenia się przed komitetem sądowniczym oraz świadomość, że prywatne sprawy mogą stać się przedmiotem zainteresowania zboru. To ważne, bo książka nie mówi o wierze jedynie na poziomie doktryny. Pokazuje, jak system religijny może wpływać na codzienne decyzje, relacje rodzinne, miłość, poczucie winy i sposób patrzenia na samego siebie.

Czytając tę historię z perspektywy katolickiej, nie chcę sprowadzać jej do prostego porównania: tam było źle, tutaj jest dobrze. Byłoby to zbyt łatwe i chyba niewiele by nas nauczyło. Znacznie ważniejsze jest dla mnie pytanie, co dzieje się z człowiekiem wtedy, kiedy religia zaczyna opierać się przede wszystkim na lęku, kontroli i konieczności podporządkowania. Wiara, która prowadzi do Boga, nie może przecież odbierać człowiekowi odpowiedzialności za własne sumienie. Nie powinna też sprawiać, że pytania stają się czymś podejrzanym, a wątpliwość automatycznie oznacza zdradę.

I tu właśnie ta książka może być cenna również dla katolika.

Bo pokusa zamienienia żywej wiary w system zachowań nie jest czymś, co dotyczy wyłącznie innych wspólnot. Również my możemy nauczyć się wykonywać wszystkie religijne gesty, znać odpowiednie odpowiedzi, pilnować zasad i jednocześnie przestać pytać siebie, czy naprawdę spotykamy Chrystusa. Możemy pomylić posłuszeństwo Bogu z bezmyślnym podporządkowaniem człowiekowi, wspólnotę z kontrolą, a troskę o czyjąś wiarę z prawem do decydowania za niego. Dlatego „Jak rozbiłam szkło” czytałabym nie tylko jako świadectwo odejścia od Świadków Jehowy, ale również jako mocne przypomnienie, że każda religijność potrzebuje prawdy, wolności sumienia i odpowiedzialności.

Bardzo porusza mnie również cena, jaką może mieć odejście z miejsca, które przez całe życie było jedynym znanym światem. Łatwo powiedzieć: skoro coś było krzywdzące, należało odejść. Znacznie trudniej zrozumieć, co oznacza taki krok dla człowieka, którego rodzina, przyjaciele, język religijny, sposób myślenia i codzienność były splecione z jedną wspólnotą. W materiałach wydawcy właśnie ten wymiar został mocno podkreślony, odejście może oznaczać utratę relacji z ludźmi, których się kocha.

To sprawia, że nie traktuję tej książki jako historii o efektownym „wyzwoleniu się”. Wolność ma tutaj swoją cenę. Pojawia się lęk, niepewność i konieczność budowania życia od nowa. I chyba właśnie dlatego ta opowieść jest tak ludzka. Człowiek nie wychodzi z wieloletniego świata przekonań jak z pokoju, w którym wystarczy zamknąć drzwi. Bierze ze sobą wspomnienia, mechanizmy myślenia, poczucie winy, przyzwyczajenia i relacje, które trzeba później na nowo poukładać.

Z katolickiej perspektywy jeszcze jedna rzecz wydaje mi się szczególnie ważna: prawda nie powinna bać się pytań. Jeżeli coś rzeczywiście pochodzi od Boga, nie musi być chronione zakazem myślenia. Wiara dojrzewa również wtedy, gdy pytamy, szukamy, czytamy i próbujemy zrozumieć. Oczywiście nie każde pytanie od razu prowadzi do gotowej odpowiedzi, ale Ewangelia nie pokazuje Jezusa, który boi się ludzi pytających. Przeciwnie, spotyka ich, rozmawia z nimi, czasem odpowiada kolejnym pytaniem, ale nie sprowadza relacji z Bogiem do mechanicznego posłuszeństwa.

„Jak rozbiłam szkło” nie jest dla mnie książką przeciwko konkretnym ludziom. I dobrze byłoby jej w taki sposób nie czytać. Osoby żyjące we wspólnocie Świadków Jehowy mają swoje historie, emocje, rodziny i przekonania, dlatego łatwe wyśmiewanie ich wiary byłoby po prostu niegodne. Znacznie uczciwiej skupić się na mechanizmach opisanych przez autorkę i na tym, co jej doświadczenie mówi o wolności, odpowiedzialności i potrzebie szukania prawdy.

To właśnie zostaje ze mną po tej lekturze najbardziej. Nie pytanie, jak można było przez tyle lat w coś wierzyć, ale znacznie trudniejsze pytanie: czy ja sama miałabym odwagę zakwestionować coś, w czym wyrosłam, gdybym zaczęła dostrzegać, że nie prowadzi mnie to do prawdy?

Bo czasem rozbicie szkła nie oznacza zniszczenia życia. Czasem dopiero wtedy można naprawdę zobaczyć świat. 

Modlitwa przed trudną rozmową o spokój, właściwe słowa, umiejętność słuchania i o to, żeby chęć zwycięstwa nie była ważniejsza od człowieka.

Są rozmowy, do których człowiek przygotowuje się długo. Układa w głowie zdania, przewiduje odpowiedzi, wraca do tego, co chce powiedzieć, a potem jeszcze przed spotkaniem czuje, że napięcie rośnie. Czasem chodzi o rozmowę w rodzinie, czasem z dzieckiem, współmałżonkiem, przyjacielem, przełożonym albo kimś, kto nas zranił. Wiemy, że trzeba coś powiedzieć, że dłuższe milczenie niczego już nie naprawi, ale jednocześnie boimy się, że emocje wezmą górę i zamiast wyjaśnienia pojawią się kolejne rany.

Właśnie przed taką rozmową warto się pomodlić. Nie po to, żeby Bóg stanął po naszej stronie przeciwko drugiemu człowiekowi i sprawił, że to my będziemy mieli rację. Modlitwa przed trudną rozmową nie jest prośbą o argumenty, które pozwolą wygrać. Jest raczej prośbą o takie serce, które nie zapomni, że po drugiej stronie siedzi człowiek.

To chyba jedna z trudniejszych rzeczy w konflikcie. Kiedy jesteśmy zranieni, łatwo zobaczyć w drugim przede wszystkim przeciwnika. Kogoś, kto ma przyznać nam rację, przeprosić, zmienić zdanie, zrozumieć, co zrobił. Im bardziej boli, tym łatwiej wejść w rozmowę z gotowym wyrokiem. Wtedy słuchamy już nie po to, żeby zrozumieć, ale żeby znaleźć lukę w wypowiedzi i przygotować swoją odpowiedź. Każde zdanie drugiej osoby staje się materiałem do kolejnego argumentu.

A przecież rozmowa może być prawdziwym spotkaniem tylko wtedy, kiedy jest w niej miejsce także na słuchanie.

Nie oznacza to rezygnacji z prawdy. Chrześcijaństwo nie uczy, że dla świętego spokoju trzeba milczeć o wszystkim, co boli, ani zgadzać się na niesprawiedliwość. Czasem trzeba powiedzieć wyraźne „nie”. Czasem trzeba nazwać krzywdę, postawić granicę, zwrócić uwagę, poprosić o zmianę. Miłość nie polega na udawaniu, że nic się nie stało. Ale sposób, w jaki mówimy prawdę, również ma znaczenie.

Można mieć rację i bardzo zranić człowieka.

Można też wypowiedzieć trudną prawdę spokojnie, bez poniżania, ironii i potrzeby odegrania się.

Dlatego przed rozmową dobrze prosić nie tylko o właściwe słowa, ale także o właściwe intencje. Czego właściwie chcę? Naprawić relację czy udowodnić, że mam rację? Wyjaśnić problem czy sprawić, żeby druga osoba poczuła się tak źle, jak ja się czułam? Szukam dobra czy zwycięstwa?

To nie są wygodne pytania, ale potrafią bardzo dużo uporządkować.

Czasem pod pozorem „szczerej rozmowy” ukrywa się ogromna potrzeba wyrzucenia z siebie wszystkiego naraz. Człowiek długo milczał, więc kiedy wreszcie zaczyna mówić, wyciąga również rzeczy sprzed miesięcy albo lat. Jedno zdanie przywołuje następne, a pierwotny problem znika pod warstwą dawnych żalów. W takiej chwili modlitwa może pomóc zatrzymać się i oddzielić to, co naprawdę trzeba powiedzieć, od tego, co jest tylko próbą zadania bólu.

Duch Święty nie odbiera nam emocji. Nie sprawia, że przestajemy być zdenerwowani albo że trudna rozmowa nagle staje się łatwa. Może jednak pomóc, żeby emocje nie kierowały wszystkim. Czasami największą łaską jest chwila ciszy przed odpowiedzią. Powstrzymanie zdania, którego za kilka minut będziemy żałować. Zdolność do powiedzenia: „Potrzebuję chwili”, zamiast odpowiadać natychmiast.

Bardzo lubię myśleć o modlitwie przed trudną rozmową jako o oddaniu Bogu własnego języka. Panie, pilnuj dziś moich słów. Nie pozwól mi użyć ich jak broni. Nie pozwól, żeby moje pragnienie obrony siebie zamieniło się w potrzebę upokorzenia drugiego człowieka.

Bo słowa naprawdę potrafią zostać na długo.

Można przeprosić, można później wyjaśniać, że powiedziało się coś w złości, ale pewnych zdań człowiek nie zapomina. Dlatego tak ważne jest, żeby przed trudną rozmową zadbać nie tylko o argumenty, ale też o swoje serce.

Warto również prosić o umiejętność słuchania tego, czego być może wcale nie chcemy usłyszeć. Druga osoba może zobaczyć sytuację zupełnie inaczej. Może powiedzieć coś, co będzie dla nas niewygodne. Może zwrócić uwagę na nasz własny błąd. I wtedy pojawia się pokusa, żeby natychmiast się bronić.

Tymczasem dojrzała rozmowa potrzebuje pokory. Nie takiej, która każe przyjmować każdą winę na siebie, ale takiej, która dopuszcza myśl: być może nie widzę wszystkiego. Być może w tej historii także ja mam coś do poprawienia. Być może druga osoba nie jest tylko winowajcą, a ja nie jestem całkowicie bezbłędna.

To właśnie w takich momentach modlitwa staje się bardzo konkretna. Nie jest już piękną formułą, ale prośbą o to, żeby Bóg wszedł między mój lęk, złość, urażoną dumę i potrzebę kontroli.

Trudna rozmowa nie zawsze kończy się pojednaniem. Czasem druga osoba nie chce słuchać. Czasem nie przyznaje się do błędu. Czasem rozmowa pokazuje, że trzeba postawić jeszcze wyraźniejsze granice. Nie mamy wpływu na wszystko. Możemy odpowiadać za własne słowa, intencje i zachowanie, ale nie możemy zmusić drugiego człowieka do zrozumienia.

I może właśnie dlatego warto powierzyć Bogu także wynik rozmowy.

Nie każda rozmowa musi skończyć się tak, jak zaplanowaliśmy, żeby była dobra. Czasem wystarczy, że powiedzieliśmy prawdę spokojnie, uczciwie i z szacunkiem. Reszta może potrzebować czasu.

Przed trudnym spotkaniem dobrze więc poprosić nie tylko o odwagę, ale także o wolność od potrzeby natychmiastowego efektu. Nie muszę wyjść z tej rozmowy jako zwycięzca. Nie muszę mieć ostatniego słowa. Nie muszę sprawić, żeby druga osoba od razu wszystko zrozumiała. Mogę powiedzieć to, co trzeba, posłuchać, odpowiedzieć najlepiej, jak potrafię, a resztę zostawić Bogu.

Modlitwa przed trudną rozmową

Panie Jezu,
Ty znasz tę rozmowę jeszcze zanim się zacznie. Wiesz, czego się boję, co mnie boli i jakie słowa od dawna noszę w sobie. Proszę Cię, wejdź ze mną w to spotkanie i nie pozwól mi zapomnieć, że osoba, z którą będę rozmawiać, również jest Twoim dzieckiem.

Daj mi spokój, żebym nie mówiła pod wpływem złości i lęku. Uporządkuj moje myśli i pomóż mi wypowiedzieć prawdę jasno, ale bez ranienia. Strzeż mojego języka przed ironią, poniżaniem, oskarżeniami i słowami, których później będę żałować.

Naucz mnie naprawdę słuchać. Daj mi cierpliwość, żebym nie przerywała tylko dlatego, że już wiem, co chcę odpowiedzieć. Pomóż mi usłyszeć nie tylko słowa, ale także to, co kryje się pod nimi: ból, lęk, bezradność albo potrzebę bycia zrozumianym.

Panie, jeśli się mylę, daj mi pokorę, bym potrafiła to zobaczyć. Jeśli muszę postawić granicę, daj mi odwagę, żebym zrobiła to spokojnie. Jeśli trzeba przeprosić, pomóż mi nie zasłaniać się dumą. Jeśli natomiast muszę powiedzieć trudną prawdę, nie pozwól mi pomylić szczerości z okrucieństwem.

Uwolnij mnie od potrzeby zwycięstwa. Nie chcę tej rozmowy wygrać kosztem człowieka. Pomóż mi szukać dobra, nawet wtedy, kiedy nie uda się od razu dojść do porozumienia.

Duchu Święty, daj mi właściwe słowa, ale również mądrość, kiedy lepiej zamilknąć. Daj mi łagodność, która nie jest słabością, i stanowczość, która nie staje się agresją. Prowadź mnie przez tę rozmowę tak, żebym po jej zakończeniu mogła powiedzieć, że zrobiłam wszystko, co potrafiłam, by pozostać w prawdzie i miłości.

Panie Jezu, Tobie powierzam również to, czego nie mogę kontrolować: reakcję drugiej osoby, jej słowa, decyzje i to, co wydarzy się później.

Bądź między nami.

Amen.

Może przed trudną rozmową nie potrzeba wielu słów. Czasem wystarczy zatrzymać się na chwilę, zrobić znak krzyża i poprosić: „Duchu Święty, pomóż mi powiedzieć to, co trzeba, i usłyszeć to, czego sama nie chciałabym usłyszeć”.

A potem wejść w tę rozmowę z jedną myślą: człowiek przede mną jest ważniejszy niż moja potrzeba wygrania sporu.

Nie znaczy to, że mam zrezygnować z prawdy. Znaczy jedynie, że prawda wypowiadana po chrześcijańsku nigdy nie powinna przestać być połączona z miłością.

Ołtarz, ambona, tabernakulum, wieczna lampka – co właściwie znajduje się w kościele?

Kiedy wchodzimy do kościoła, zwykle od razu wiemy, gdzie usiąść, gdzie spojrzeć, kiedy uklęknąć. Widzimy ołtarz, ambonę, tabernakulum, wieczną lampkę, chrzcielnicę, konfesjonał i krzyż, ale z czasem można się do nich przyzwyczaić tak bardzo, że przestają zwracać uwagę. Dzieci natomiast często patrzą na nie zupełnie inaczej. Pytają, po co jest ten stół, dlaczego pali się czerwona lampka, czemu ksiądz czyta z jednego miejsca, a modli się przy innym, dlaczego przy jednym miejscu przyklękamy, a przy drugim nie. I chyba właśnie takie pytania są najlepszym początkiem do tego, żeby spojrzeć na wnętrze kościoła jeszcze raz, spokojniej i uważniej.

Bo kościół nie jest po prostu dużym pomieszczeniem wypełnionym religijnymi przedmiotami. Jego przestrzeń ma znaczenie. Każdy z najważniejszych elementów prowadzi nas do czegoś innego, a wszystkie razem pomagają zrozumieć liturgię i to, co naprawdę dzieje się podczas Mszy Świętej.

Najbardziej widoczny jest zwykle ołtarz. Dziecko może powiedzieć, że to stół, i rzeczywiście ma on formę stołu, ale jego znaczenie jest o wiele głębsze. To przy nim sprawowana jest Eucharystia. Na ołtarzu składane są chleb i wino, które podczas modlitwy eucharystycznej stają się Ciałem i Krwią Chrystusa. Dlatego ołtarz nie jest zwykłym meblem ani miejscem, na którym po prostu odkłada się potrzebne rzeczy. W liturgii jest znakiem samego Chrystusa, dlatego kapłan całuje go na początku i na końcu Mszy Świętej. Dzieciom można to wyjaśnić bardzo prosto: ołtarz jest miejscem Eucharystii, miejscem szczególnego spotkania z Jezusem.

Niedaleko ołtarza znajduje się ambona. Czasem dzieci mylą te dwa miejsca, bo oba stoją w prezbiterium i oba są ważne, ale pełnią zupełnie inną funkcję. Z ambony odczytywane jest Pismo Święte, śpiewany jest psalm, głoszona jest Ewangelia i homilia. To właśnie dlatego ambona nie jest zwykłą mównicą. Jest miejscem Słowa Bożego. Można powiedzieć dziecku, że przy ołtarzu spotykamy Chrystusa w Eucharystii, a przy ambonie słuchamy Jego słowa. Te dwa miejsca bardzo pięknie pokazują, że podczas Mszy Świętej Bóg karmi człowieka i Słowem, i Eucharystią.

Kolejnym miejscem, które koniecznie warto pokazać dziecku, jest tabernakulum. W wielu kościołach znajduje się ono w centralnym miejscu, w innych w osobnej kaplicy lub nieco z boku, ale zawsze ma szczególne znaczenie. To właśnie tam przechowuje się konsekrowane Hostie, czyli Najświętszy Sakrament. I to jest moment, kiedy warto powiedzieć dziecku coś naprawdę ważnego: nie przechowuje się tam symbolu Jezusa ani pamiątki po Mszy Świętej. Wierzymy, że w Najświętszym Sakramencie Chrystus jest rzeczywiście obecny.

Dlatego właśnie przyklękamy w stronę tabernakulum. Nie przed meblem, nie przed dekoracją, nie dlatego, że „tak wypada”, ale dlatego, że oddajemy cześć Jezusowi obecnemu w Eucharystii. Taki gest nabiera zupełnie innego znaczenia, kiedy dziecko rozumie, przed Kim klęka.

Bardzo pomaga w tym także wieczna lampka. Zwykle jest niewielka, najczęściej czerwona i łatwo ją przeoczyć, jeśli ktoś nie wie, czego szukać. A przecież jej światło mówi bardzo dużo. Wskazuje, że w tabernakulum znajduje się Najświętszy Sakrament. To jeden z tych prostych znaków, które dzieci szybko zapamiętują. Można więc powiedzieć: jeśli chcesz wiedzieć, gdzie w kościele znajduje się Jezus w Eucharystii, poszukaj wiecznej lampki.

I właśnie tu dobrze zatrzymać się na chwilę, bo dla dziecka taka informacja może być naprawdę ważna. Kościół przestaje być wtedy tylko miejscem, gdzie odbywa się Msza Święta. Staje się miejscem obecności. Nawet kiedy nic się nie dzieje, kiedy nie ma muzyki, księdza, ludzi ani uroczystości, tabernakulum i światło wiecznej lampki przypominają, że Chrystus jest obecny.

W kościele znajduje się oczywiście również krzyż. To znak tak dobrze znany, że również można przestać go naprawdę widzieć. Tymczasem podczas Mszy Świętej przypomina on, że Eucharystia jest związana z ofiarą Chrystusa na krzyżu. Jezus nie umiera ponownie podczas każdej Mszy. Jego ofiara była jedna i dokonana raz na zawsze, a Eucharystia uobecnia ją sakramentalnie. Dziecku nie trzeba od razu tłumaczyć trudnych pojęć. Wystarczy powiedzieć, że krzyż przypomina nam o miłości Jezusa, który oddał za nas życie.

Jeśli w kościele znajduje się chrzcielnica, również warto się przy niej zatrzymać. To szczególnie piękne miejsce, bo właśnie tam rozpoczyna się życie sakramentalne człowieka. Przez chrzest zostajemy włączeni do Kościoła i otrzymujemy nowe życie w Chrystusie. Jeśli dziecko było ochrzczone w tym samym kościele, taki spacer może stać się czymś bardzo osobistym. Można powiedzieć: tutaj albo przy takiej chrzcielnicy kiedyś przynieśli cię twoi rodzice. Tutaj rozpoczęła się twoja droga wiary.

Trochę inaczej dzieci patrzą zwykle na konfesjonał. Często kojarzy im się przede wszystkim ze spowiedzią, stresem, sprawdzaniem rachunku sumienia i pytaniem, czy czegoś nie zapomną. Tym bardziej warto od początku pokazywać go jako miejsce miłosierdzia. To tutaj człowiek przychodzi z tym, co zrobił źle, ale nie po to, żeby zostać zawstydzonym. Przychodzi po przebaczenie. Kapłan działa w imieniu Chrystusa, a sakrament pokuty i pojednania nie jest karą, tylko drogą powrotu.

Podczas takiego spaceru dobrze pokazać także prezbiterium jako całość. To przestrzeń, w której znajduje się ołtarz, ambona i miejsce przewodniczenia liturgii. Dzieci czasem pytają, dlaczego nie wolno tam po prostu chodzić. Warto wtedy powiedzieć spokojnie, że nie jest to „zakazane miejsce”, ale przestrzeń przeznaczona do sprawowania liturgii, dlatego odnosimy się do niej z szacunkiem.

Taki spacer po kościele może być świetnym materiałem dla dzieci, ale chyba także dla dorosłych. My również potrafimy przez lata wykonywać pewne gesty zupełnie automatycznie. Przyklęknąć bez myśli, usiąść, wstać, spojrzeć w stronę ołtarza, przejść obok ambony i nawet nie zastanowić się, co właściwie oznacza to wszystko, co nas otacza.

A przecież wnętrze kościoła opowiada o wierze.

Ołtarz mówi o Eucharystii.

Ambona prowadzi do Słowa Bożego.

Tabernakulum przypomina o obecności Chrystusa.

Wieczna lampka cicho wskazuje, gdzie On jest.

Chrzcielnica przypomina początek naszej drogi.

Konfesjonał mówi o przebaczeniu.

Krzyż przypomina o miłości, która oddaje siebie do końca.

I może właśnie dlatego warto od czasu do czasu wejść do kościoła nie tylko po to, żeby „być na Mszy”, ale także po to, żeby naprawdę zobaczyć przestrzeń, w której się modlimy. Dziecko może z takiego spaceru wynieść więcej niż z kilku definicji zapisanych w zeszycie, a dorosły może nagle odkryć, że miejsce, które zna od lat, wciąż potrafi opowiedzieć coś nowego.

Bo w kościele nic z najważniejszych rzeczy nie jest przypadkowe. Wszystko ma prowadzić nas do jednego: do spotkania z Chrystusem.

„Czarny humor, czyli o Kościele na wesoło” – ks. Piotr Pawlukiewicz i ks. Bogusław Kowalski

Po ostatnich książkach, które zostawiały mnie z całkiem poważnymi pytaniami o wiarę, kobiecość czy nasze miejsce w Kościele, tym razem sięgnęłam po coś zupełnie innego. Chociaż właściwie nie jestem pewna, czy „Czarny humor, czyli o Kościele na wesoło” rzeczywiście jest książką tak bardzo inną. Jest lekka, chwilami naprawdę zabawna, nie wymaga siedzenia z ołówkiem i zaznaczania ważnych fragmentów, a jednak pod tym całym śmiechem znalazłam coś, co w Kościele jest bardzo potrzebne – zwyczajny, zdrowy dystans do samych siebie.

Autorów raczej nie trzeba przedstawiać. Ks. Piotr Pawlukiewicz potrafił mówić o Bogu i człowieku tak, że słuchało się go jak dobrej opowieści, a jednocześnie po zakończeniu konferencji człowiek orientował się, że dostał całkiem konkretną porcję Ewangelii. Ks. Bogusław Kowalski również jest znany z poczucia humoru i ogromnej łatwości opowiadania. Panowie znali się i przyjaźnili przez wiele lat, więc kiedy spotkali się przed publicznością, żeby opowiadać o zabawnej stronie kościelnego życia, trudno było oczekiwać śmiertelnej powagi. I bardzo dobrze.

Warto od razu powiedzieć, skąd właściwie wzięła się ta książka, bo nie jest to klasyczna publikacja napisana wspólnie przez dwóch księży. Najpierw były nagrania „Czarny humor” i „Czarny humor 2”, a dopiero później powstała książka, w której zebrano anegdoty znane z tych spotkań i uzupełniono je o historie wcześniej niepublikowane. Pierwsze książkowe wydanie RTCK ukazało się w 2017 roku. To 160 stron opowieści z życia księży i parafii, wizyt duszpasterskich, ślubów, pogrzebów i wielu innych sytuacji, w których nawet przy najlepszych chęciach coś może pójść zupełnie nie tak.

I właśnie to podobało mi się najbardziej. Nie ma tu Kościoła z folderu reklamowego, w którym wszyscy zawsze wiedzą, co powiedzieć, ministrant nigdy niczego nie przewróci, ksiądz się nie przejęzyczy, organista nie zacznie nie tej pieśni, a podczas kolędy nie wydarzy się nic, czego później przez następnych dwadzieścia lat będzie się wspominać przy stole. Jest za to Kościół złożony z normalnych ludzi, którym zdarzają się gafy, pomyłki, nieporozumienia i sytuacje tak absurdalne, że pozostaje tylko się śmiać. Taki właśnie był zamysł autorów i wydawcy – pokazać trochę inne oblicze kościelnej codzienności.

A przecież każdy, kto trochę dłużej jest związany z parafią, katechezą czy jakąkolwiek działalnością kościelną, wie, że materiału na podobną książkę naprawdę nie trzeba długo szukać. Ja sama po tylu latach uczenia religii mogłabym pewnie dopisać do niej osobny rozdział z samych dziecięcych pytań i odpowiedzi. Dzieci mają zresztą niezwykły talent do zdejmowania z dorosłych nadmiernej powagi. Człowiek przygotuje piękną katechezę, ma w głowie głębokie teologiczne przesłanie, a potem jedno pytanie z ostatniej ławki sprowadza wszystko na ziemię. I czasem właśnie bardzo dobrze, że sprowadza.

Bo mam wrażenie, że my, katolicy, czasami za bardzo boimy się śmiać z samych siebie. Jakby powaga wiary wymagała od nas również poważnej miny. Oczywiście są rzeczy święte, z których żartować nie należy, i są granice, których dobry humor nie powinien przekraczać. Eucharystia, sakramenty, Bóg czy cierpienie drugiego człowieka nie są materiałem do drwin. Ale czymś zupełnie innym jest śmiech z naszych własnych przywar, kościelnych przyzwyczajeń, gaf czy sytuacji, w których jako ludzie okazujemy się po prostu ludźmi.

I chyba właśnie tę granicę obaj księża dobrze wyczuwają. Nie śmieją się z wiary. Śmieją się z siebie i z tego wszystkiego, co wydarza się wokół niej dlatego, że Kościół tworzą prawdziwi ludzie. W oficjalnym opisie nagrania RTCK przypomniano słowa o. Leona Knabita: „Z gębą jak cmentarz świata nie zbawisz!”. Brzmi zabawnie, ale jest w tym sporo prawdy.

Chrześcijaństwo przecież nie jest religią smutku. W centrum naszej wiary znajduje się Zmartwychwstanie. Ewangelia jest Dobrą Nowiną, a jednym z owoców Ducha Świętego jest radość. Nie oznacza to oczywiście, że człowiek wierzący powinien chodzić przez życie z przyklejonym uśmiechem i udawać, że nic go nie boli. Jezus płakał, cierpiał i przeżywał lęk. Chrześcijańska radość nie polega na wypieraniu trudnych rzeczy. Wyrasta raczej z przekonania, że nawet one nie mają ostatniego słowa.

Dlatego zdrowy humor może być czymś naprawdę dobrym również w Kościele. Człowiek, który potrafi śmiać się z własnej pomyłki, nie musi za wszelką cenę bronić swojego wizerunku. Ksiądz nie przestaje być księdzem dlatego, że pomylił słowa albo znalazł się podczas kolędy w absurdalnej sytuacji. Katecheta nie traci autorytetu, kiedy przyzna przed dziećmi, że czegoś nie wie albo sam się z siebie zaśmieje. Czasami jest dokładnie odwrotnie – dystans sprawia, że stajemy się bardziej ludzcy i łatwiej jest do nas podejść.

Po „Dość katolipy!” ks. Kaczkowskiego pisałam o tym, że Kościół nie powinien być byle jaki. „Czarny humor” dopowiada mi do tego coś jeszcze: Kościół nie musi być ponury. Możemy bardzo serio traktować Boga, Ewangelię i sakramenty, a jednocześnie nie traktować śmiertelnie serio samych siebie. Te dwie rzeczy wcale się nie wykluczają.

Może nawet odrobina dystansu bardzo nam się przydaje, bo łatwo zacząć myśleć, że wszystko zależy od nas. Że jeśli coś podczas uroczystości nie pójdzie zgodnie z planem, wydarzyła się katastrofa. Tymczasem świat się nie kończy. Bóg naprawdę poradzi sobie z naszymi pomyłkami, przejęzyczeniami i nieidealnie przygotowanymi sytuacjami. Czasami trzeba poprawić błąd, czasami przeprosić, a czasami wystarczy po prostu się roześmiać i iść dalej.

Nie szukałabym więc w „Czarnym humorze” wielkiego traktatu o duchowości ani kolejnej książki ks. Pawlukiewicza pełnej rozważań, które będziemy przepisywać do notesu. To przede wszystkim zbiór anegdot i właśnie takim powinien pozostać. Sam wydawca przedstawia go jako książkę mającą pokazać pełne humoru, zwyczajne życie księży i parafii. Czyta się ją szybko, można otworzyć właściwie w dowolnym miejscu, przeczytać kilka historii, pośmiać się i wrócić później.

A jednak coś z niej ze mną zostaje.

Lubię Kościół, w którym jest miejsce nie tylko na ciszę adoracji, powagę liturgii, modlitwę i trudne pytania, ale również na zwyczajną ludzką radość. Lubię księży, którzy nie budują wokół siebie pomnika i potrafią opowiedzieć o własnej wpadce. Lubię ludzi wierzących, którzy nie czują potrzeby obrażania się na każdy żart tylko dlatego, że dotyczy kościelnej codzienności. Świętość nie oznacza przecież ponurości.

Może nawet przeciwnie. Im mniej musimy udowadniać innym swoją doskonałość, tym łatwiej przyznać, że bywamy zabawni, nieporadni i zwyczajnie ludzcy.

A Kościół właśnie z takich ludzi jest zbudowany.

Z nas.

I dobrze czasem wspólnie się z tego pośmiać – a później wrócić do tego, co najważniejsze.

Eliasz i wdowa z Sarepty, kiedy niewiele okazuje się wystarczające

Historia Eliasza i wdowy z Sarepty zawsze zatrzymuje mnie w miejscu, w którym człowiek przestaje już mieć zapas. Nie chodzi tylko o pieniądze, jedzenie czy siły fizyczne. Czasem kończy się cierpliwość, czasem nadzieja, czasem zwyczajna pewność, że jakoś sobie poradzę. Zostaje to, co wystarczy może na dziś, może na jeden kolejny krok, ale już nie daje poczucia bezpieczeństwa. I właśnie w takiej chwili spotykamy wdowę z Sarepty.

Pierwsza Księga Królewska pokazuje ją w sytuacji skrajnej. Panuje susza i głód, a ona zbiera kawałki drewna, żeby przygotować ostatni posiłek dla siebie i swojego syna. Ma garść mąki i odrobinę oliwy. Kiedy Eliasz prosi ją o jedzenie, kobieta nie próbuje nawet ukrywać swojej rozpaczy. Mówi wprost, że po tym posiłku nie zostanie już nic. To nie jest zwykły brak. To jest moment, w którym człowiek patrzy na własne możliwości i widzi ich kres.

Właśnie do niej Bóg posyła proroka. Nie do domu, w którym są zapasy, nie do kogoś, kto bez większego wysiłku może podzielić się tym, co ma. Do kobiety, która sama stoi na granicy. I chyba właśnie to jest pierwsza rzecz, która w tej historii porusza mnie najbardziej: Bóg nie czeka, aż człowiek będzie miał dużo, żeby móc się nim posłużyć. Nie wymaga od wdowy najpierw uporządkowania życia, odzyskania bezpieczeństwa i zgromadzenia zapasów. Wchodzi w jej rzeczywistość taką, jaka jest.

Eliasz mówi do niej: „Nie bój się”. To zdanie łatwo przeczytać z perspektywy kogoś, kto zna zakończenie. My wiemy, że mąka się nie skończy, a oliwy nie zabraknie. Ona tego nie wiedziała. W chwili decyzji widziała jedynie prawie pusty dzban. I tutaj właśnie zaczyna się zaufanie, które nie ma nic wspólnego z naiwnością. Wdowa nie przestaje widzieć swojej biedy. Nie udaje, że problemu nie ma. Nie otrzymuje zapewnienia, że od tej chwili jej życie stanie się proste. Dostaje obietnicę Boga i podejmuje krok, choć nadal nie zna całej drogi.

My bardzo lubimy wiedzieć wcześniej. Chcemy zobaczyć rozwiązanie, zanim zaufamy. Chcemy mieć pewność, że jeśli zrobimy krok, to wszystko się ułoży. Tymczasem wiara bardzo często wygląda inaczej. Bóg nie pokazuje całego planu, ale daje tyle światła, ile potrzeba na najbliższy odcinek. I to bywa trudne, bo człowiek chciałby pełnego dzbana, a otrzymuje wystarczająco na dziś.

To nie znaczy, że historia wdowy z Sarepty jest zachętą do lekkomyślności albo obietnicą, że jeśli człowiek odda Bogu ostatnie pieniądze czy jedzenie, natychmiast otrzyma więcej. Chrześcijańska wiara nie działa jak transakcja. Nie da się zawrzeć z Bogiem umowy: ja zrobię to, a Ty w zamian zapewnisz mi wygodne życie. Ten fragment mówi o czymś znacznie głębszym. Pokazuje, że brak nie jest miejscem, w którym Bóg przestaje działać.

To ważne także dlatego, że w religijnym języku czasem zbyt łatwo pocieszamy. Ktoś przeżywa trudny czas, a my szybko mówimy: „Będzie dobrze”, „Bóg ma plan”, „musisz bardziej zaufać”. Tymczasem nie zawsze wiemy, jak wszystko się skończy. Wdowa rzeczywiście miała powód do lęku. Jej sytuacja była dramatyczna. Bóg nie przekonuje jej, że przesadza. Nie odbiera znaczenia temu, co przeżywa. Przychodzi właśnie tam, gdzie ona naprawdę nie ma już wiele.

I może właśnie dlatego ta historia jest tak bliska. Każdy ma w życiu swoje momenty prawie pustego dzbana. Nie zawsze chodzi o rzeczy materialne. Można mieć dom, pracę, rodzinę i jednocześnie czuć, że nie ma już w człowieku cierpliwości. Można znać modlitwy i nie mieć siły ich wypowiadać. Można przez lata uważać się za osobę wierzącą, a potem wejść w taki czas, kiedy cała pewność duchowa gdzieś znika i zostaje tylko bardzo ciche: „Panie, jeśli jesteś, pomóż mi przejść przez ten dzień”.

Bóg potrafi zacząć właśnie od tego.

Nie od wielkich możliwości, lecz od tego, co naprawdę mamy. W Biblii to powtarza się wiele razy. Niewielka ilość chleba wystarcza, kiedy trafia w ręce Jezusa. Mała ofiara wdowy staje się znakiem większej hojności niż ogromne dary składane z nadmiaru. Maryja nie otrzymuje odpowiedzi na wszystkie pytania, zanim wypowie swoje „tak”. Piotr nie zostaje wybrany dlatego, że jest człowiekiem bezbłędnym. Bóg nieustannie pokazuje, że nie musi zaczynać od naszej wielkości.

To dla mnie jedna z najpiękniejszych prawd tej opowieści. Tak często myślimy, że dopiero kiedy będziemy bardziej uporządkowani, cierpliwi, pobożni, odważni albo spokojni, będziemy mogli naprawdę coś dać Bogu. Tymczasem On prosi nas o to, co mamy teraz. Nie o idealną wiarę, tylko o tę, która jest. Nie o ogromne siły, tylko o te resztki, które jeszcze zostały. Nie o piękne słowa modlitwy, tylko o prawdę.

Wdowa z Sarepty uczy mnie także, że Boża opieka nie zawsze wygląda tak, jak sobie wyobrażamy. Nie dostaje pełnych spichlerzy. Nie staje się nagle bogata. Każdego dnia ma tyle, ile potrzeba. I może właśnie to jest jeden z najtrudniejszych sposobów zaufania, bo nie daje nam poczucia pełnej kontroli. Człowiek nadal musi rano zajrzeć do dzbana. Nadal zależy od Boga. Nadal nie ma zapasu na wiele miesięcy.

A przecież właśnie w takim doświadczeniu może dojrzewać wiara, która nie opiera się już wyłącznie na poczuciu bezpieczeństwa.

Są dni, kiedy Bóg nie daje nam wielkich odpowiedzi, tylko zwyczajną łaskę wystarczającą na dziś. Trochę więcej cierpliwości, niż sądziliśmy, że mamy. Siłę do rozmowy, której bardzo się baliśmy. Pokój po spowiedzi. Jedno zdanie z Ewangelii, które nagle trafia dokładnie w to miejsce, w którym boli. Człowieka, który pojawia się w odpowiednim czasie. Nie zawsze dzieje się coś spektakularnego, a jednak wieczorem można pomyśleć: przecież rano nie wiedziałam, jak przejdę przez ten dzień, a jednak przeszłam.

Historia wdowy z Sarepty ma jeszcze jeden bardzo ważny wymiar. Ta kobieta nie należy do Izraela. Sarepta leży na terenie Sydonu, poza granicami ludu wybranego. Jezus sam przypomni później tę historię w synagodze w Nazarecie. To kolejny moment, w którym Biblia burzy nasze wygodne przekonanie, że dobrze wiemy, gdzie Bóg działa i do kogo przychodzi.

Bóg nie mieści się w naszych podziałach. Potrafi wejść do domu człowieka, którego my uznalibyśmy za stojącego daleko. Potrafi rozpocząć coś ważnego tam, gdzie nie spodziewalibyśmy się niczego religijnego. I może dlatego warto być ostrożnym w ocenianiu czyjejś wiary. To, co dla nas wygląda jak pustka, może być miejscem bardzo osobistego spotkania z Bogiem.

Dalsza historia wdowy też nie pozwala zrobić z tego fragmentu prostej opowieści o tym, że po jednym cudzie wszystko będzie już dobrze. Jej syn później ciężko choruje i umiera. Kobieta znowu przechodzi przez dramat, a Eliasz błaga Boga o życie dziecka. To pokazuje, że doświadczenie Bożej pomocy nie chroni przed kolejnym cierpieniem.

Wiara nie daje nam gwarancji spokojnego życia. Nie sprawia, że po jednym wysłuchaniu modlitwy już nigdy nie będziemy musieli pytać, gdzie jest Bóg. Możemy doświadczyć ogromnej łaski, a kilka miesięcy później znowu znaleźć się w ciemności. I chyba właśnie dlatego tak ważne jest, żeby nie budować wiary wyłącznie na tym, że wszystko dobrze się układa.

Bóg nie obiecał, że nigdy nie zabraknie nam trudnych chwil. Obiecał, że w nich nie będziemy sami.

To zupełnie inna obietnica.

Kiedy czytam o wdowie z Sarepty, nie widzę w tej historii łatwego pocieszenia. Widzę zaproszenie do zaufania, które jest bardzo konkretne. Do przyniesienia Bogu tego, co naprawdę mam, nawet jeśli sama uważam, że to za mało. Do zgody na to, że nie muszę znać całego jutra. Do odkrywania, że łaska Boga często przychodzi nie jako wielki zapas, ale jako siła wystarczająca na kolejny krok.

Może właśnie tego najbardziej potrzebujemy w chwilach, kiedy wszystko w nas woła, że już nie damy rady. Nie obietnicy, że natychmiast znikną wszystkie problemy, ale pewności, że nasze „niewiele” nie odstrasza Boga.

On nie czeka, aż przyjdziemy do Niego z pełnymi rękami.

Przychodzi także wtedy, kiedy mamy prawie puste.

I być może największym cudem nie zawsze jest nagłe otrzymanie wszystkiego, czego nam brakuje. Czasem cudem jest odkrycie, że to, co wydawało się zbyt małe, wystarczyło na dziś. Że modlitwa, którą ledwo potrafiliśmy wypowiedzieć, podtrzymała serce. Że siła, której miało już nie być, pojawiła się dokładnie wtedy, kiedy była potrzebna. Że w miejscu, które uznaliśmy za koniec, Bóg niepostrzeżenie otworzył kolejny dzień.

I może właśnie na tym polega jedna z najtrudniejszych lekcji wdowy z Sarepty: nie zawsze trzeba mieć dużo, żeby być blisko Boga.

Czasem trzeba tylko przestać mierzyć Jego możliwości ilością tego, co zostało w naszym dzbanie.

Copyright © Pani od religii