Ołtarz, ambona, tabernakulum, wieczna lampka – co właściwie znajduje się w kościele?

Kiedy wchodzimy do kościoła, zwykle od razu wiemy, gdzie usiąść, gdzie spojrzeć, kiedy uklęknąć. Widzimy ołtarz, ambonę, tabernakulum, wieczną lampkę, chrzcielnicę, konfesjonał i krzyż, ale z czasem można się do nich przyzwyczaić tak bardzo, że przestają zwracać uwagę. Dzieci natomiast często patrzą na nie zupełnie inaczej. Pytają, po co jest ten stół, dlaczego pali się czerwona lampka, czemu ksiądz czyta z jednego miejsca, a modli się przy innym, dlaczego przy jednym miejscu przyklękamy, a przy drugim nie. I chyba właśnie takie pytania są najlepszym początkiem do tego, żeby spojrzeć na wnętrze kościoła jeszcze raz, spokojniej i uważniej.

Bo kościół nie jest po prostu dużym pomieszczeniem wypełnionym religijnymi przedmiotami. Jego przestrzeń ma znaczenie. Każdy z najważniejszych elementów prowadzi nas do czegoś innego, a wszystkie razem pomagają zrozumieć liturgię i to, co naprawdę dzieje się podczas Mszy Świętej.

Najbardziej widoczny jest zwykle ołtarz. Dziecko może powiedzieć, że to stół, i rzeczywiście ma on formę stołu, ale jego znaczenie jest o wiele głębsze. To przy nim sprawowana jest Eucharystia. Na ołtarzu składane są chleb i wino, które podczas modlitwy eucharystycznej stają się Ciałem i Krwią Chrystusa. Dlatego ołtarz nie jest zwykłym meblem ani miejscem, na którym po prostu odkłada się potrzebne rzeczy. W liturgii jest znakiem samego Chrystusa, dlatego kapłan całuje go na początku i na końcu Mszy Świętej. Dzieciom można to wyjaśnić bardzo prosto: ołtarz jest miejscem Eucharystii, miejscem szczególnego spotkania z Jezusem.

Niedaleko ołtarza znajduje się ambona. Czasem dzieci mylą te dwa miejsca, bo oba stoją w prezbiterium i oba są ważne, ale pełnią zupełnie inną funkcję. Z ambony odczytywane jest Pismo Święte, śpiewany jest psalm, głoszona jest Ewangelia i homilia. To właśnie dlatego ambona nie jest zwykłą mównicą. Jest miejscem Słowa Bożego. Można powiedzieć dziecku, że przy ołtarzu spotykamy Chrystusa w Eucharystii, a przy ambonie słuchamy Jego słowa. Te dwa miejsca bardzo pięknie pokazują, że podczas Mszy Świętej Bóg karmi człowieka i Słowem, i Eucharystią.

Kolejnym miejscem, które koniecznie warto pokazać dziecku, jest tabernakulum. W wielu kościołach znajduje się ono w centralnym miejscu, w innych w osobnej kaplicy lub nieco z boku, ale zawsze ma szczególne znaczenie. To właśnie tam przechowuje się konsekrowane Hostie, czyli Najświętszy Sakrament. I to jest moment, kiedy warto powiedzieć dziecku coś naprawdę ważnego: nie przechowuje się tam symbolu Jezusa ani pamiątki po Mszy Świętej. Wierzymy, że w Najświętszym Sakramencie Chrystus jest rzeczywiście obecny.

Dlatego właśnie przyklękamy w stronę tabernakulum. Nie przed meblem, nie przed dekoracją, nie dlatego, że „tak wypada”, ale dlatego, że oddajemy cześć Jezusowi obecnemu w Eucharystii. Taki gest nabiera zupełnie innego znaczenia, kiedy dziecko rozumie, przed Kim klęka.

Bardzo pomaga w tym także wieczna lampka. Zwykle jest niewielka, najczęściej czerwona i łatwo ją przeoczyć, jeśli ktoś nie wie, czego szukać. A przecież jej światło mówi bardzo dużo. Wskazuje, że w tabernakulum znajduje się Najświętszy Sakrament. To jeden z tych prostych znaków, które dzieci szybko zapamiętują. Można więc powiedzieć: jeśli chcesz wiedzieć, gdzie w kościele znajduje się Jezus w Eucharystii, poszukaj wiecznej lampki.

I właśnie tu dobrze zatrzymać się na chwilę, bo dla dziecka taka informacja może być naprawdę ważna. Kościół przestaje być wtedy tylko miejscem, gdzie odbywa się Msza Święta. Staje się miejscem obecności. Nawet kiedy nic się nie dzieje, kiedy nie ma muzyki, księdza, ludzi ani uroczystości, tabernakulum i światło wiecznej lampki przypominają, że Chrystus jest obecny.

W kościele znajduje się oczywiście również krzyż. To znak tak dobrze znany, że również można przestać go naprawdę widzieć. Tymczasem podczas Mszy Świętej przypomina on, że Eucharystia jest związana z ofiarą Chrystusa na krzyżu. Jezus nie umiera ponownie podczas każdej Mszy. Jego ofiara była jedna i dokonana raz na zawsze, a Eucharystia uobecnia ją sakramentalnie. Dziecku nie trzeba od razu tłumaczyć trudnych pojęć. Wystarczy powiedzieć, że krzyż przypomina nam o miłości Jezusa, który oddał za nas życie.

Jeśli w kościele znajduje się chrzcielnica, również warto się przy niej zatrzymać. To szczególnie piękne miejsce, bo właśnie tam rozpoczyna się życie sakramentalne człowieka. Przez chrzest zostajemy włączeni do Kościoła i otrzymujemy nowe życie w Chrystusie. Jeśli dziecko było ochrzczone w tym samym kościele, taki spacer może stać się czymś bardzo osobistym. Można powiedzieć: tutaj albo przy takiej chrzcielnicy kiedyś przynieśli cię twoi rodzice. Tutaj rozpoczęła się twoja droga wiary.

Trochę inaczej dzieci patrzą zwykle na konfesjonał. Często kojarzy im się przede wszystkim ze spowiedzią, stresem, sprawdzaniem rachunku sumienia i pytaniem, czy czegoś nie zapomną. Tym bardziej warto od początku pokazywać go jako miejsce miłosierdzia. To tutaj człowiek przychodzi z tym, co zrobił źle, ale nie po to, żeby zostać zawstydzonym. Przychodzi po przebaczenie. Kapłan działa w imieniu Chrystusa, a sakrament pokuty i pojednania nie jest karą, tylko drogą powrotu.

Podczas takiego spaceru dobrze pokazać także prezbiterium jako całość. To przestrzeń, w której znajduje się ołtarz, ambona i miejsce przewodniczenia liturgii. Dzieci czasem pytają, dlaczego nie wolno tam po prostu chodzić. Warto wtedy powiedzieć spokojnie, że nie jest to „zakazane miejsce”, ale przestrzeń przeznaczona do sprawowania liturgii, dlatego odnosimy się do niej z szacunkiem.

Taki spacer po kościele może być świetnym materiałem dla dzieci, ale chyba także dla dorosłych. My również potrafimy przez lata wykonywać pewne gesty zupełnie automatycznie. Przyklęknąć bez myśli, usiąść, wstać, spojrzeć w stronę ołtarza, przejść obok ambony i nawet nie zastanowić się, co właściwie oznacza to wszystko, co nas otacza.

A przecież wnętrze kościoła opowiada o wierze.

Ołtarz mówi o Eucharystii.

Ambona prowadzi do Słowa Bożego.

Tabernakulum przypomina o obecności Chrystusa.

Wieczna lampka cicho wskazuje, gdzie On jest.

Chrzcielnica przypomina początek naszej drogi.

Konfesjonał mówi o przebaczeniu.

Krzyż przypomina o miłości, która oddaje siebie do końca.

I może właśnie dlatego warto od czasu do czasu wejść do kościoła nie tylko po to, żeby „być na Mszy”, ale także po to, żeby naprawdę zobaczyć przestrzeń, w której się modlimy. Dziecko może z takiego spaceru wynieść więcej niż z kilku definicji zapisanych w zeszycie, a dorosły może nagle odkryć, że miejsce, które zna od lat, wciąż potrafi opowiedzieć coś nowego.

Bo w kościele nic z najważniejszych rzeczy nie jest przypadkowe. Wszystko ma prowadzić nas do jednego: do spotkania z Chrystusem.

„Czarny humor, czyli o Kościele na wesoło” – ks. Piotr Pawlukiewicz i ks. Bogusław Kowalski

Po ostatnich książkach, które zostawiały mnie z całkiem poważnymi pytaniami o wiarę, kobiecość czy nasze miejsce w Kościele, tym razem sięgnęłam po coś zupełnie innego. Chociaż właściwie nie jestem pewna, czy „Czarny humor, czyli o Kościele na wesoło” rzeczywiście jest książką tak bardzo inną. Jest lekka, chwilami naprawdę zabawna, nie wymaga siedzenia z ołówkiem i zaznaczania ważnych fragmentów, a jednak pod tym całym śmiechem znalazłam coś, co w Kościele jest bardzo potrzebne – zwyczajny, zdrowy dystans do samych siebie.

Autorów raczej nie trzeba przedstawiać. Ks. Piotr Pawlukiewicz potrafił mówić o Bogu i człowieku tak, że słuchało się go jak dobrej opowieści, a jednocześnie po zakończeniu konferencji człowiek orientował się, że dostał całkiem konkretną porcję Ewangelii. Ks. Bogusław Kowalski również jest znany z poczucia humoru i ogromnej łatwości opowiadania. Panowie znali się i przyjaźnili przez wiele lat, więc kiedy spotkali się przed publicznością, żeby opowiadać o zabawnej stronie kościelnego życia, trudno było oczekiwać śmiertelnej powagi. I bardzo dobrze.

Warto od razu powiedzieć, skąd właściwie wzięła się ta książka, bo nie jest to klasyczna publikacja napisana wspólnie przez dwóch księży. Najpierw były nagrania „Czarny humor” i „Czarny humor 2”, a dopiero później powstała książka, w której zebrano anegdoty znane z tych spotkań i uzupełniono je o historie wcześniej niepublikowane. Pierwsze książkowe wydanie RTCK ukazało się w 2017 roku. To 160 stron opowieści z życia księży i parafii, wizyt duszpasterskich, ślubów, pogrzebów i wielu innych sytuacji, w których nawet przy najlepszych chęciach coś może pójść zupełnie nie tak.

I właśnie to podobało mi się najbardziej. Nie ma tu Kościoła z folderu reklamowego, w którym wszyscy zawsze wiedzą, co powiedzieć, ministrant nigdy niczego nie przewróci, ksiądz się nie przejęzyczy, organista nie zacznie nie tej pieśni, a podczas kolędy nie wydarzy się nic, czego później przez następnych dwadzieścia lat będzie się wspominać przy stole. Jest za to Kościół złożony z normalnych ludzi, którym zdarzają się gafy, pomyłki, nieporozumienia i sytuacje tak absurdalne, że pozostaje tylko się śmiać. Taki właśnie był zamysł autorów i wydawcy – pokazać trochę inne oblicze kościelnej codzienności.

A przecież każdy, kto trochę dłużej jest związany z parafią, katechezą czy jakąkolwiek działalnością kościelną, wie, że materiału na podobną książkę naprawdę nie trzeba długo szukać. Ja sama po tylu latach uczenia religii mogłabym pewnie dopisać do niej osobny rozdział z samych dziecięcych pytań i odpowiedzi. Dzieci mają zresztą niezwykły talent do zdejmowania z dorosłych nadmiernej powagi. Człowiek przygotuje piękną katechezę, ma w głowie głębokie teologiczne przesłanie, a potem jedno pytanie z ostatniej ławki sprowadza wszystko na ziemię. I czasem właśnie bardzo dobrze, że sprowadza.

Bo mam wrażenie, że my, katolicy, czasami za bardzo boimy się śmiać z samych siebie. Jakby powaga wiary wymagała od nas również poważnej miny. Oczywiście są rzeczy święte, z których żartować nie należy, i są granice, których dobry humor nie powinien przekraczać. Eucharystia, sakramenty, Bóg czy cierpienie drugiego człowieka nie są materiałem do drwin. Ale czymś zupełnie innym jest śmiech z naszych własnych przywar, kościelnych przyzwyczajeń, gaf czy sytuacji, w których jako ludzie okazujemy się po prostu ludźmi.

I chyba właśnie tę granicę obaj księża dobrze wyczuwają. Nie śmieją się z wiary. Śmieją się z siebie i z tego wszystkiego, co wydarza się wokół niej dlatego, że Kościół tworzą prawdziwi ludzie. W oficjalnym opisie nagrania RTCK przypomniano słowa o. Leona Knabita: „Z gębą jak cmentarz świata nie zbawisz!”. Brzmi zabawnie, ale jest w tym sporo prawdy.

Chrześcijaństwo przecież nie jest religią smutku. W centrum naszej wiary znajduje się Zmartwychwstanie. Ewangelia jest Dobrą Nowiną, a jednym z owoców Ducha Świętego jest radość. Nie oznacza to oczywiście, że człowiek wierzący powinien chodzić przez życie z przyklejonym uśmiechem i udawać, że nic go nie boli. Jezus płakał, cierpiał i przeżywał lęk. Chrześcijańska radość nie polega na wypieraniu trudnych rzeczy. Wyrasta raczej z przekonania, że nawet one nie mają ostatniego słowa.

Dlatego zdrowy humor może być czymś naprawdę dobrym również w Kościele. Człowiek, który potrafi śmiać się z własnej pomyłki, nie musi za wszelką cenę bronić swojego wizerunku. Ksiądz nie przestaje być księdzem dlatego, że pomylił słowa albo znalazł się podczas kolędy w absurdalnej sytuacji. Katecheta nie traci autorytetu, kiedy przyzna przed dziećmi, że czegoś nie wie albo sam się z siebie zaśmieje. Czasami jest dokładnie odwrotnie – dystans sprawia, że stajemy się bardziej ludzcy i łatwiej jest do nas podejść.

Po „Dość katolipy!” ks. Kaczkowskiego pisałam o tym, że Kościół nie powinien być byle jaki. „Czarny humor” dopowiada mi do tego coś jeszcze: Kościół nie musi być ponury. Możemy bardzo serio traktować Boga, Ewangelię i sakramenty, a jednocześnie nie traktować śmiertelnie serio samych siebie. Te dwie rzeczy wcale się nie wykluczają.

Może nawet odrobina dystansu bardzo nam się przydaje, bo łatwo zacząć myśleć, że wszystko zależy od nas. Że jeśli coś podczas uroczystości nie pójdzie zgodnie z planem, wydarzyła się katastrofa. Tymczasem świat się nie kończy. Bóg naprawdę poradzi sobie z naszymi pomyłkami, przejęzyczeniami i nieidealnie przygotowanymi sytuacjami. Czasami trzeba poprawić błąd, czasami przeprosić, a czasami wystarczy po prostu się roześmiać i iść dalej.

Nie szukałabym więc w „Czarnym humorze” wielkiego traktatu o duchowości ani kolejnej książki ks. Pawlukiewicza pełnej rozważań, które będziemy przepisywać do notesu. To przede wszystkim zbiór anegdot i właśnie takim powinien pozostać. Sam wydawca przedstawia go jako książkę mającą pokazać pełne humoru, zwyczajne życie księży i parafii. Czyta się ją szybko, można otworzyć właściwie w dowolnym miejscu, przeczytać kilka historii, pośmiać się i wrócić później.

A jednak coś z niej ze mną zostaje.

Lubię Kościół, w którym jest miejsce nie tylko na ciszę adoracji, powagę liturgii, modlitwę i trudne pytania, ale również na zwyczajną ludzką radość. Lubię księży, którzy nie budują wokół siebie pomnika i potrafią opowiedzieć o własnej wpadce. Lubię ludzi wierzących, którzy nie czują potrzeby obrażania się na każdy żart tylko dlatego, że dotyczy kościelnej codzienności. Świętość nie oznacza przecież ponurości.

Może nawet przeciwnie. Im mniej musimy udowadniać innym swoją doskonałość, tym łatwiej przyznać, że bywamy zabawni, nieporadni i zwyczajnie ludzcy.

A Kościół właśnie z takich ludzi jest zbudowany.

Z nas.

I dobrze czasem wspólnie się z tego pośmiać – a później wrócić do tego, co najważniejsze.

Eliasz i wdowa z Sarepty, kiedy niewiele okazuje się wystarczające

Historia Eliasza i wdowy z Sarepty zawsze zatrzymuje mnie w miejscu, w którym człowiek przestaje już mieć zapas. Nie chodzi tylko o pieniądze, jedzenie czy siły fizyczne. Czasem kończy się cierpliwość, czasem nadzieja, czasem zwyczajna pewność, że jakoś sobie poradzę. Zostaje to, co wystarczy może na dziś, może na jeden kolejny krok, ale już nie daje poczucia bezpieczeństwa. I właśnie w takiej chwili spotykamy wdowę z Sarepty.

Pierwsza Księga Królewska pokazuje ją w sytuacji skrajnej. Panuje susza i głód, a ona zbiera kawałki drewna, żeby przygotować ostatni posiłek dla siebie i swojego syna. Ma garść mąki i odrobinę oliwy. Kiedy Eliasz prosi ją o jedzenie, kobieta nie próbuje nawet ukrywać swojej rozpaczy. Mówi wprost, że po tym posiłku nie zostanie już nic. To nie jest zwykły brak. To jest moment, w którym człowiek patrzy na własne możliwości i widzi ich kres.

Właśnie do niej Bóg posyła proroka. Nie do domu, w którym są zapasy, nie do kogoś, kto bez większego wysiłku może podzielić się tym, co ma. Do kobiety, która sama stoi na granicy. I chyba właśnie to jest pierwsza rzecz, która w tej historii porusza mnie najbardziej: Bóg nie czeka, aż człowiek będzie miał dużo, żeby móc się nim posłużyć. Nie wymaga od wdowy najpierw uporządkowania życia, odzyskania bezpieczeństwa i zgromadzenia zapasów. Wchodzi w jej rzeczywistość taką, jaka jest.

Eliasz mówi do niej: „Nie bój się”. To zdanie łatwo przeczytać z perspektywy kogoś, kto zna zakończenie. My wiemy, że mąka się nie skończy, a oliwy nie zabraknie. Ona tego nie wiedziała. W chwili decyzji widziała jedynie prawie pusty dzban. I tutaj właśnie zaczyna się zaufanie, które nie ma nic wspólnego z naiwnością. Wdowa nie przestaje widzieć swojej biedy. Nie udaje, że problemu nie ma. Nie otrzymuje zapewnienia, że od tej chwili jej życie stanie się proste. Dostaje obietnicę Boga i podejmuje krok, choć nadal nie zna całej drogi.

My bardzo lubimy wiedzieć wcześniej. Chcemy zobaczyć rozwiązanie, zanim zaufamy. Chcemy mieć pewność, że jeśli zrobimy krok, to wszystko się ułoży. Tymczasem wiara bardzo często wygląda inaczej. Bóg nie pokazuje całego planu, ale daje tyle światła, ile potrzeba na najbliższy odcinek. I to bywa trudne, bo człowiek chciałby pełnego dzbana, a otrzymuje wystarczająco na dziś.

To nie znaczy, że historia wdowy z Sarepty jest zachętą do lekkomyślności albo obietnicą, że jeśli człowiek odda Bogu ostatnie pieniądze czy jedzenie, natychmiast otrzyma więcej. Chrześcijańska wiara nie działa jak transakcja. Nie da się zawrzeć z Bogiem umowy: ja zrobię to, a Ty w zamian zapewnisz mi wygodne życie. Ten fragment mówi o czymś znacznie głębszym. Pokazuje, że brak nie jest miejscem, w którym Bóg przestaje działać.

To ważne także dlatego, że w religijnym języku czasem zbyt łatwo pocieszamy. Ktoś przeżywa trudny czas, a my szybko mówimy: „Będzie dobrze”, „Bóg ma plan”, „musisz bardziej zaufać”. Tymczasem nie zawsze wiemy, jak wszystko się skończy. Wdowa rzeczywiście miała powód do lęku. Jej sytuacja była dramatyczna. Bóg nie przekonuje jej, że przesadza. Nie odbiera znaczenia temu, co przeżywa. Przychodzi właśnie tam, gdzie ona naprawdę nie ma już wiele.

I może właśnie dlatego ta historia jest tak bliska. Każdy ma w życiu swoje momenty prawie pustego dzbana. Nie zawsze chodzi o rzeczy materialne. Można mieć dom, pracę, rodzinę i jednocześnie czuć, że nie ma już w człowieku cierpliwości. Można znać modlitwy i nie mieć siły ich wypowiadać. Można przez lata uważać się za osobę wierzącą, a potem wejść w taki czas, kiedy cała pewność duchowa gdzieś znika i zostaje tylko bardzo ciche: „Panie, jeśli jesteś, pomóż mi przejść przez ten dzień”.

Bóg potrafi zacząć właśnie od tego.

Nie od wielkich możliwości, lecz od tego, co naprawdę mamy. W Biblii to powtarza się wiele razy. Niewielka ilość chleba wystarcza, kiedy trafia w ręce Jezusa. Mała ofiara wdowy staje się znakiem większej hojności niż ogromne dary składane z nadmiaru. Maryja nie otrzymuje odpowiedzi na wszystkie pytania, zanim wypowie swoje „tak”. Piotr nie zostaje wybrany dlatego, że jest człowiekiem bezbłędnym. Bóg nieustannie pokazuje, że nie musi zaczynać od naszej wielkości.

To dla mnie jedna z najpiękniejszych prawd tej opowieści. Tak często myślimy, że dopiero kiedy będziemy bardziej uporządkowani, cierpliwi, pobożni, odważni albo spokojni, będziemy mogli naprawdę coś dać Bogu. Tymczasem On prosi nas o to, co mamy teraz. Nie o idealną wiarę, tylko o tę, która jest. Nie o ogromne siły, tylko o te resztki, które jeszcze zostały. Nie o piękne słowa modlitwy, tylko o prawdę.

Wdowa z Sarepty uczy mnie także, że Boża opieka nie zawsze wygląda tak, jak sobie wyobrażamy. Nie dostaje pełnych spichlerzy. Nie staje się nagle bogata. Każdego dnia ma tyle, ile potrzeba. I może właśnie to jest jeden z najtrudniejszych sposobów zaufania, bo nie daje nam poczucia pełnej kontroli. Człowiek nadal musi rano zajrzeć do dzbana. Nadal zależy od Boga. Nadal nie ma zapasu na wiele miesięcy.

A przecież właśnie w takim doświadczeniu może dojrzewać wiara, która nie opiera się już wyłącznie na poczuciu bezpieczeństwa.

Są dni, kiedy Bóg nie daje nam wielkich odpowiedzi, tylko zwyczajną łaskę wystarczającą na dziś. Trochę więcej cierpliwości, niż sądziliśmy, że mamy. Siłę do rozmowy, której bardzo się baliśmy. Pokój po spowiedzi. Jedno zdanie z Ewangelii, które nagle trafia dokładnie w to miejsce, w którym boli. Człowieka, który pojawia się w odpowiednim czasie. Nie zawsze dzieje się coś spektakularnego, a jednak wieczorem można pomyśleć: przecież rano nie wiedziałam, jak przejdę przez ten dzień, a jednak przeszłam.

Historia wdowy z Sarepty ma jeszcze jeden bardzo ważny wymiar. Ta kobieta nie należy do Izraela. Sarepta leży na terenie Sydonu, poza granicami ludu wybranego. Jezus sam przypomni później tę historię w synagodze w Nazarecie. To kolejny moment, w którym Biblia burzy nasze wygodne przekonanie, że dobrze wiemy, gdzie Bóg działa i do kogo przychodzi.

Bóg nie mieści się w naszych podziałach. Potrafi wejść do domu człowieka, którego my uznalibyśmy za stojącego daleko. Potrafi rozpocząć coś ważnego tam, gdzie nie spodziewalibyśmy się niczego religijnego. I może dlatego warto być ostrożnym w ocenianiu czyjejś wiary. To, co dla nas wygląda jak pustka, może być miejscem bardzo osobistego spotkania z Bogiem.

Dalsza historia wdowy też nie pozwala zrobić z tego fragmentu prostej opowieści o tym, że po jednym cudzie wszystko będzie już dobrze. Jej syn później ciężko choruje i umiera. Kobieta znowu przechodzi przez dramat, a Eliasz błaga Boga o życie dziecka. To pokazuje, że doświadczenie Bożej pomocy nie chroni przed kolejnym cierpieniem.

Wiara nie daje nam gwarancji spokojnego życia. Nie sprawia, że po jednym wysłuchaniu modlitwy już nigdy nie będziemy musieli pytać, gdzie jest Bóg. Możemy doświadczyć ogromnej łaski, a kilka miesięcy później znowu znaleźć się w ciemności. I chyba właśnie dlatego tak ważne jest, żeby nie budować wiary wyłącznie na tym, że wszystko dobrze się układa.

Bóg nie obiecał, że nigdy nie zabraknie nam trudnych chwil. Obiecał, że w nich nie będziemy sami.

To zupełnie inna obietnica.

Kiedy czytam o wdowie z Sarepty, nie widzę w tej historii łatwego pocieszenia. Widzę zaproszenie do zaufania, które jest bardzo konkretne. Do przyniesienia Bogu tego, co naprawdę mam, nawet jeśli sama uważam, że to za mało. Do zgody na to, że nie muszę znać całego jutra. Do odkrywania, że łaska Boga często przychodzi nie jako wielki zapas, ale jako siła wystarczająca na kolejny krok.

Może właśnie tego najbardziej potrzebujemy w chwilach, kiedy wszystko w nas woła, że już nie damy rady. Nie obietnicy, że natychmiast znikną wszystkie problemy, ale pewności, że nasze „niewiele” nie odstrasza Boga.

On nie czeka, aż przyjdziemy do Niego z pełnymi rękami.

Przychodzi także wtedy, kiedy mamy prawie puste.

I być może największym cudem nie zawsze jest nagłe otrzymanie wszystkiego, czego nam brakuje. Czasem cudem jest odkrycie, że to, co wydawało się zbyt małe, wystarczyło na dziś. Że modlitwa, którą ledwo potrafiliśmy wypowiedzieć, podtrzymała serce. Że siła, której miało już nie być, pojawiła się dokładnie wtedy, kiedy była potrzebna. Że w miejscu, które uznaliśmy za koniec, Bóg niepostrzeżenie otworzył kolejny dzień.

I może właśnie na tym polega jedna z najtrudniejszych lekcji wdowy z Sarepty: nie zawsze trzeba mieć dużo, żeby być blisko Boga.

Czasem trzeba tylko przestać mierzyć Jego możliwości ilością tego, co zostało w naszym dzbanie.

Kiedy modlitwa staje się tylko przyzwyczajeniem

Modlitwa ma swój rytm. Rano znak krzyża, wieczorem kilka znanych słów, może różaniec w drodze, modlitwa przed snem, niedzielna Msza Święta. I dobrze, że ten rytm istnieje, bo bez niego bardzo łatwo byłoby modlić się tylko wtedy, gdy akurat mamy nastrój, czas albo pilną potrzebę. Przyzwyczajenie samo w sobie nie jest więc czymś złym. Może być podporą wierności. Problem zaczyna się wtedy, gdy zostaje już tylko ono.

Człowiek potrafi odmówić modlitwę i właściwie nie wiedzieć, co powiedział. Zrobić znak krzyża odruchowo, wypowiedzieć „Ojcze nasz” szybciej, niż serce zdąży wejść w pierwsze zdanie, przesunąć paciorki różańca i jednocześnie myśleć o zakupach, pracy, rozmowie z kimś albo wszystkim naraz. Zdarza się to każdemu. Rozproszenie nie oznacza od razu braku wiary, a zmęczenie nie czyni modlitwy nieważną. Warto jednak czasem uczciwie zapytać siebie, czy jeszcze naprawdę się modlę, czy tylko wykonuję dobrze znany religijny gest.

Rutyna jest podstępna właśnie dlatego, że wygląda poprawnie. Wszystko z zewnątrz się zgadza. Modlitwa jest odmówiona, Msza Święta zaliczona, znak krzyża wykonany. Można długo nie zauważyć, że więź z Bogiem zaczyna przypominać rozmowę z kimś, przy kim siedzimy każdego dnia, ale właściwie już go nie słuchamy.

A przecież modlitwa nie jest przede wszystkim obowiązkiem do wykonania. Jest spotkaniem. Czasem pięknym, spokojnym i pełnym pocieszenia, a czasem bardzo zwyczajnym. Bywają dni, kiedy człowiek nie czuje niczego szczególnego i właśnie wtedy modlitwa może być bardzo prawdziwa. Trwam przed Bogiem nie dlatego, że mam duchowy zachwyt, ale dlatego, że On jest. Wierność nie polega na nieustannym odczuwaniu. Polega na pozostawaniu.

Trzeba więc odróżnić rutynę od wierności. Na pierwszy rzut oka wyglądają podobnie, bo jedna i druga powtarza te same gesty. Różnica jest w sercu. Wierność wraca do Boga, nawet gdy jest sucho, trudno i zwyczajnie. Rutyna wykonuje gest, żeby mieć go za sobą.

Czasem wystarczy naprawdę niewiele, żeby modlitwa znowu stała się świadoma. Zwolnić znak krzyża. Nie zaczynać od razu od długich formuł, ale przez chwilę pobyć w ciszy. Uświadomić sobie, do Kogo mówię. Przeczytać jedno zdanie z Ewangelii i nie iść dalej. Powiedzieć Bogu własnymi słowami, co wydarzyło się dzisiaj. Nie szukać pięknych zdań. Powiedzieć prawdę.

Może to być nawet: Panie, jestem zmęczona i nie mam dziś ochoty się modlić. Albo: nie wiem, co mam Ci powiedzieć. Albo: od kilku dni mówię do Ciebie z przyzwyczajenia i właściwie Cię nie słucham.

To również jest modlitwa.

Bóg nie oczekuje od nas przedstawienia. Nie potrzebuje perfekcyjnie ułożonych słów, odpowiedniego nastroju ani duchowej formy na wysokim poziomie. Jezus przestrzegał przed modlitwą, która staje się mnożeniem pustych słów. Nie chodziło Mu o potępienie modlitw powtarzanych, bo przecież sam Kościół od wieków modli się psalmami, litaniami i różańcem. Problemem nie jest powtarzanie. Problemem jest serce, które przestaje być obecne.

Różaniec może być głęboką modlitwą właśnie dzięki powtarzalności. Te same słowa wyciszają człowieka i pozwalają wejść w tajemnice życia Chrystusa. Ale może też zostać odmówiony mechanicznie. „Ojcze nasz” można wypowiedzieć codziennie przez całe życie i wciąż odkrywać jego kolejne znaczenia, a można powiedzieć je w trzydzieści sekund bez jednego świadomego słowa. To nie forma decyduje o żywotności modlitwy, ale obecność człowieka przed Bogiem.

Nie znaczy to, że każda modlitwa musi być intensywna. Byłoby to nierealne. Życie duchowe ma swoje okresy. Są chwile bliskości i chwile oschłości. Są dni, kiedy modlitwa niesie, i takie, kiedy trzeba ją po prostu wiernie podjąć. W tradycji Kościoła oschłość duchowa nie jest czymś niezwykłym. Wielu świętych przeżywało czas, kiedy modlitwa nie dawała żadnego odczuwalnego pocieszenia, a mimo to pozostawali wierni.

To ważne, bo łatwo pomylić brak emocji z martwą modlitwą. Modlitwa może być bardzo żywa, choć nie czujemy niczego. Matka siedząca wieczorem przy śpiącym dziecku nie musi bez przerwy mówić, żeby być blisko. Podobnie przed Bogiem. Czasem milczenie jest pełniejsze niż wiele zdań.

Rutyna staje się niebezpieczna wtedy, gdy przestajemy pragnąć spotkania. Gdy wystarcza nam samo wykonanie praktyki. Gdy nie przeszkadza nam już, że serce jest daleko. Wtedy warto coś zmienić, choćby drobiazg.

Można na jakiś czas skrócić modlitwę i modlić się uważniej. Lepiej powiedzieć spokojnie jedno „Ojcze nasz” niż pięć modlitw tylko po to, żeby odhaczyć wszystkie. Można wrócić do Pisma Świętego i pozwolić, żeby to Bóg rozpoczął rozmowę. Można pójść do kościoła poza Mszą Świętą i przez kilka minut po prostu posiedzieć przed tabernakulum. Można przestać przez chwilę mówić i zacząć słuchać.

Ważne jednak, żeby nie robić z tego kolejnego projektu naprawczego. Modlitwa nie stanie się żywa dlatego, że opracujemy idealny system. W chrześcijaństwie inicjatywa zawsze należy do Boga. To On pierwszy nas szuka. To Duch Święty uczy nas modlitwy. Katechizm przypomina, że modlitwa jest żywą relacją dzieci Bożych z Ojcem, z Jego Synem Jezusem Chrystusem i z Duchem Świętym. Nie jest ćwiczeniem duchowym wykonywanym wyłącznie własnymi siłami.

Dlatego czasem najlepszą modlitwą przeciw rutynie jest zwyczajna prośba: Duchu Święty, naucz mnie znowu się modlić.

Są też momenty, kiedy trzeba przyjrzeć się swojej codzienności. Jeśli całe życie jest w pośpiechu, trudno nagle wejść w skupienie tylko dlatego, że nadeszła pora modlitwy. Jeśli od rana do wieczora karmimy głowę hałasem, telefonem, wiadomościami i kolejnymi bodźcami, cisza może początkowo wydawać się bardzo niewygodna. Nie zawsze problem leży więc w samej modlitwie. Czasami serce jest po prostu przeciążone.

Bóg nie obraża się na nasze rozproszenia. Ważne jest to, co robimy, kiedy je zauważymy. Można zdenerwować się na siebie, uznać modlitwę za nieudaną i zrezygnować. Można też spokojnie wrócić. Dziesięć razy, pięćdziesiąt razy, tyle, ile będzie trzeba. Każdy taki powrót jest małym aktem miłości.

Myślę, że czasem sami komplikujemy modlitwę. Chcemy przeżywać ją głęboko, dobrze, pięknie, a potem rozczarowujemy się, że znów myśli uciekły gdzieś indziej. Tymczasem relacja z Bogiem dojrzewa podobnie jak każda bliska relacja. Nie każda rozmowa jest przełomowa. Nie każdy dzień niesie wielkie słowa. Bliskość buduje się również z obecności, która wydaje się zwyczajna.

Ważne, żeby ta zwyczajność nie zamieniła się w nieobecność.

Może więc od czasu do czasu warto zatrzymać się przed rozpoczęciem modlitwy i powiedzieć sobie jedno: teraz jestem przed Bogiem.

Nie przed tekstem modlitwy. Nie przed kolejnym obowiązkiem. Nie przed zadaniem do wykonania.

Przed Bogiem.

On już tutaj jest. Nie trzeba Go sprowadzać ani przekonywać, żeby słuchał. Trzeba jedynie pozwolić sobie zauważyć Jego obecność.

A jeśli odkryję, że od dawna modlę się wyłącznie z przyzwyczajenia? Nie trzeba zaczynać od wyrzutów sumienia. Lepiej zacząć od powrotu.

Panie, jestem. Może trochę nieobecna, trochę rozproszona, może zbyt przyzwyczajona do słów, które wypowiadam. Ale jestem.

I chcę znowu mówić do Ciebie, a nie tylko odmawiać modlitwy.

Czasem właśnie od tak prostego zdania zaczyna się odnowienie życia duchowego.

„Projekt Estera” o. Adama Szustaka OP – o pięknie, którego nie mierzy się lustrem

Po „Projekcie Judyta” przyszła kolej na Esterę i chyba już sam podtytuł tej książki mówi, wokół czego będą krążyć rozważania o. Adama Szustaka: „Czym jest piękno kobiety?”. Temat wydaje się dość oczywisty, dopóki człowiek nie spróbuje naprawdę odpowiedzieć na to pytanie. Bo czym właściwie jest piękna kobieta? Taka, która podoba się innym? Taka, która dobrze czuje się we własnym ciele? A może w ogóle nie powinniśmy przywiązywać wagi do wyglądu, skoro – jak często słyszymy – liczy się wnętrze? O. Szustak proponuje, żeby na chwilę odłożyć nasze odpowiedzi i zajrzeć do Biblii. Jego przewodniczką zostaje Estera, młoda Żydówka, która zostaje królową Persji, a później ryzykuje własnym życiem, żeby ocalić swój naród.

„Projekt Estera” wyrósł z wcześniejszej audiokonferencji, a książkowa wersja została wydana przez RTCK. Biblioteka Narodowa opisuje ją jako poradnik duchowy oraz rozważania i interpretację Księgi Estery, dotyczące między innymi kobiecości, piękna i rozwoju duchowego. W katalogu BN pierwsze wydanie datowane jest na 2019 rok i liczy 187 stron oraz 7 stron nienumerowanych, natomiast dostępne obecnie wydanie handlowe ma 196 stron. To ważne również dlatego, że nie mamy przed sobą komentarza biblijnego w ścisłym znaczeniu, ale autorskie rozważania dominikanina, który bierze biblijną historię i próbuje odczytać ją w odniesieniu do współczesnej kobiety.

I przyznam, że sam punkt wyjścia bardzo mi się podoba, bo żyjemy w świecie, który o kobiecym pięknie mówi właściwie bez przerwy, a jednocześnie chyba nigdy wcześniej kobiety nie były poddawane tylu ocenom. Za gruba, za chuda, za stara, za mało zadbana, za bardzo poprawiona, źle ubrana, niemodna, zbyt widoczna albo przeciwnie – zupełnie niezauważalna. Wystarczy kilka minut w mediach społecznościowych, żeby zobaczyć dziesiątki twarzy poprawionych filtrami i ciał ustawionych pod odpowiednim kątem. Nawet kiedy doskonale wiemy, jak powstają takie zdjęcia, gdzieś z tyłu głowy potrafi pojawić się pytanie: a dlaczego ja tak nie wyglądam?

O. Szustak mówi o tym dość bezpośrednio i momentami, jak to u niego, prowokacyjnie. Oficjalny opis książki mocno przeciwstawia biblijne rozumienie piękna utożsamianiu go z modą, makijażem czy atrakcyjnością seksualną. Nie odczytuję tego jednak jako wezwania, żeby wyrzucić kosmetyczkę, przestać chodzić do fryzjera i udowadniać światu, że wygląd nie ma żadnego znaczenia. Lubić ładne ubrania, pomalować się, zadbać o włosy czy po prostu dobrze czuć się ze swoim wyglądem nie jest przecież niczym złym. Problem zaczyna się gdzie indziej – wtedy, gdy od tego, czy podobam się innym, zaczynam uzależniać odpowiedź na pytanie, czy w ogóle jestem coś warta.

I właśnie tutaj historia Estery robi się znacznie ciekawsza niż opowieść o pięknej dziewczynie, która została królową.

Księga Estery rzeczywiście mówi o jej urodzie. Nie ma więc potrzeby udawać, że wygląd bohaterki był zupełnie bez znaczenia. Estera trafia na dwór króla Aswerusa, zdobywa jego przychylność i zostaje wybrana na królową. Gdyby jej historia skończyła się w tym miejscu, mielibyśmy właściwie baśń o pięknej dziewczynie, której uroda odmieniła życie. Biblia prowadzi nas jednak dalej. Nad narodem żydowskim zawisa groźba zagłady i nagle okazuje się, że królewska korona nie jest nagrodą, ale może stać się zadaniem.

Estera staje wtedy przed wyborem, którego nie da się już rozwiązać urodą. Może pozostać bezpieczna w pałacu albo zaryzykować wszystko. Wejście do króla bez wezwania może kosztować ją życie. I właśnie wtedy, kiedy ważą się losy jej narodu, Estera nie zaczyna od własnego sprytu. Prosi o post. Sama również pości, a dopiero później idzie do króla. W biblijnej opowieści piękna kobieta powoli odsłania więc coś znacznie ważniejszego niż piękną twarz – odwagę, odpowiedzialność, mądrość i gotowość do postawienia dobra innych ponad własnym bezpieczeństwem.

To chyba ten moment „Projektu Estera”, który przemawia do mnie najmocniej. Piękno w chrześcijańskim rozumieniu nie polega na tym, żeby przestać być kobietą i udawać, że ciało, uroda czy pragnienie podobania się nie istnieją. Chodzi raczej o właściwą kolejność. Człowiek nie otrzymuje swojej wartości od lustra ani od spojrzenia drugiego człowieka, bo otrzymał ją znacznie wcześniej – wraz z życiem od Boga. Jeśli o tym zapomnimy, zawsze znajdzie się ktoś ładniejszy, młodszy, szczuplejszy, bardziej zadbany i bardziej podziwiany. W takim wyścigu właściwie nie można wygrać.

O. Szustak rozwija w książce kilka charakterystycznych dla siebie obrazów. Pisze o „gracji”, królewskości kobiety, jej zdolności do wypowiedzenia zdecydowanego „nie”, o wpływie, jaki może mieć na innych, i o pięknie, które nie zatrzymuje uwagi wyłącznie na niej samej, ale potrafi zmieniać rzeczywistość wokół niej. W oficjalnym opisie RTCK właśnie ten „ocalający” wymiar piękna jest jednym z głównych motywów książki. Brzmi to momentami bardzo podniośle, ale pod tym językiem znajduje się myśl całkiem konkretna: można być pięknym człowiekiem w taki sposób, że innym przy nas jest lepiej, bezpieczniej i bliżej dobra.

Podobnie jak przy „Projekcie Judyta”, nie przyjmowałabym jednak każdego zdania o. Szustaka jako definicji katolickiej kobiecości. Autor ma swój styl, lubi mocne tezy i szerokie uogólnienia dotyczące kobiet i mężczyzn. W „Projekcie Estera” również ich nie brakuje. Niektóre dają do myślenia, inne mogą drażnić, z jeszcze innymi można zwyczajnie się nie zgodzić. I chyba warto sobie na to pozwolić. To nie jest dokument Kościoła o kobiecie, tylko książka konkretnego kaznodziei oparta na jego interpretacji biblijnej historii. Najlepiej więc czytać ją z otwartą głową, ale jeszcze lepiej – z Księgą Estery obok.

Bardzo podoba mi się natomiast myśl o królewskości, jeśli rozumieć ją po chrześcijańsku. Królowa nie dlatego jest królową, że wszyscy mają ją podziwiać i spełniać jej zachcianki. Estera odkrywa swoją królewskość wtedy, kiedy bierze odpowiedzialność za ludzi, których mogłaby pozostawić własnemu losowi. Jej pozycja zaczyna mieć sens dopiero wtedy, kiedy wykorzystuje ją nie dla siebie. To zupełnie odwraca nasze zwyczajne myślenie o pięknie. Świat często mówi: bądź piękna, żeby patrzyli na ciebie. Historia Estery podpowiada: odkryj w sobie takie piękno, dzięki któremu zaczniesz widzieć innych.

Jest jeszcze jeden fragment tej historii, do którego warto wrócić. Mardocheusz mówi Esterze, że być może właśnie ze względu na tę chwilę dostąpiła godności królowej. Bardzo lubię tę myśl. Czasem dostajemy coś, co traktujemy wyłącznie jako dar dla siebie – zdolność, pozycję, doświadczenie, wiedzę, możliwość wpływania na innych – a dopiero po czasie okazuje się, że zostało nam to powierzone również dla kogoś. Estera mogła cieszyć się koroną i wygodnym życiem. Tymczasem przychodzi moment, w którym musi odpowiedzieć sobie na pytanie, po co właściwie znalazła się w tym miejscu.

Może podobnie jest z kobiecym pięknem. Jeśli zatrzymuje się wyłącznie na pytaniu „czy jestem podziwiana?”, bardzo szybko staje się więzieniem, bo podziwu nigdy nie da się zgromadzić na zapas. Jeśli jednak piękno rozumiemy szerzej – jako sposób, w jaki odnosimy się do ludzi, jak mówimy, jak reagujemy na cudzą słabość, czy potrafimy stawać po stronie dobra, wnosić pokój, kochać, chronić i dodawać odwagi – nagle okazuje się, że z wiekiem wcale nie musimy go tracić. Być może jest dokładnie odwrotnie.

Nie chcę przy tym wpadać w drugą skrajność i pisać, że wygląd zupełnie się nie liczy, bo sama Biblia tak nie mówi. Estera była piękną kobietą. Można lubić własną kobiecość, dbać o siebie, cieszyć się ładnym ubraniem i uśmiechnąć się, kiedy ktoś powie nam komplement. Bylebyśmy nie pomyliły komplementu z odpowiedzią na pytanie, kim jesteśmy.

Bo zanim ktokolwiek spojrzał na nas z zachwytem albo przeciwnie – zanim ktoś sprawił, że poczułyśmy się niewystarczające – spojrzał na nas Bóg.

I chyba właśnie tutaj „Projekt Estera” spotyka się dla mnie najmocniej z chrześcijaństwem. Nie w próbie stworzenia kolejnej listy cech „idealnej kobiety”, bo takich list mamy już wystarczająco dużo. Raczej w przypomnieniu, że źródła własnego piękna trzeba szukać głębiej niż w cudzym spojrzeniu. W Stwórcy, który nie pomylił się, kiedy nas stworzył, i który każdej z nas dał znacznie więcej niż to, co można zobaczyć w lustrze.

Estera była piękna, ale nie jej uroda ocaliła naród. Ostatecznie zrobiły to jej odwaga, decyzja, odpowiedzialność i gotowość, żeby wykorzystać to, co otrzymała, dla innych.

I takie piękno rzeczywiście chciałabym w sobie pielęgnować. Takie, które nie pyta bez końca: „czy dobrze wyglądam w oczach świata?”, ale coraz częściej pyta: „co dobrego mogę zrobić z tym, kim jestem?”.

Bo lustro potrafi pokazać twarz.

Bóg widzi znacznie więcej. 

Modlitwa rodzica za dziecko w trudnym czasie

Są takie chwile, kiedy rodzic bardzo chciałby wziąć na siebie to, co boli jego dziecko. Zamienić się miejscami. Zdjąć z niego lęk, rozczarowanie, samotność, niepowodzenie, chorobę, trudną relację, odrzucenie, zagubienie albo zwykłe zmęczenie życiem. I właśnie wtedy najmocniej czuć własną bezradność, bo nawet największa miłość rodzica ma swoje granice. Nie da się przeżyć życia za dziecko. Nie da się podjąć za nie wszystkich decyzji. Nie da się ochronić przed każdym bólem.

Można jednak zrobić coś bardzo ważnego: oddać dziecko Bogu.

Nie w geście rezygnacji. Nie dlatego, że już nic więcej nie da się zrobić. Modlitwa rodzica nie jest bezradnym „pozostaje tylko się modlić”. Jest świadomym powierzeniem dziecka Temu, który widzi więcej niż my, zna głębiej niż my i kocha doskonalej, niż my potrafimy.

To nie jest łatwe. Rodzic ma naturalną potrzebę działania. Szuka rozwiązania, rozmawia, organizuje pomoc, sprawdza możliwości, próbuje przewidzieć, co będzie dalej. I to wszystko jest potrzebne. Modlitwa nie zastępuje rozmowy, obecności, specjalistycznej pomocy, leczenia, mądrych decyzji ani zwykłego bycia blisko. Ale bez modlitwy można bardzo szybko uwierzyć, że wszystko zależy ode mnie. A to jest ciężar, którego żaden rodzic nie powinien nosić sam.

Trudny czas dziecka bywa też trudnym czasem wiary rodzica. Łatwo wtedy pytać Boga, dlaczego nie interweniuje szybciej, dlaczego pozwala na łzy, dlaczego odpowiedź nie przychodzi od razu. Człowiek modli się długo, a sytuacja nadal trwa. Dziecko nadal cierpi. Nadal nie umie się odnaleźć. Nadal podejmuje decyzje, które bolą. Nadal zamyka się w sobie albo odsuwa od Boga. I wtedy modlitwa może stać się bardzo surowa, prawdziwa, pozbawiona pięknych słów.

Właśnie taka też może być.

Rodzic nie musi udawać przed Bogiem spokojnego i poukładanego. Może powiedzieć, że się boi. Że nie rozumie. Że jest zmęczony. Że już nie wie, co powiedzieć dziecku. Że ma ochotę wszystko naprawić, a nie potrafi. Bóg nie potrzebuje eleganckiej modlitwy. Potrzebuje prawdy.

W Ewangelii wielu ludzi przychodzi do Jezusa właśnie z troską o kogoś bliskiego. Jair prosi za swoją córkę. Kobieta kananejska błaga o pomoc dla dziecka. Ojciec chłopca cierpiącego woła o ratunek i mówi słowa, które chyba zna każdy wierzący rodzic w kryzysie: „Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu”. To nie jest wiara bez pęknięć. To wiara, która przychodzi do Jezusa z tym, co ma.

Rodzic modlący się za dziecko nie musi mieć pewności, jak wszystko się skończy. Wystarczy, że przynosi dziecko Chrystusowi.

Czasem najtrudniejsze jest właśnie oddanie kontroli. Łatwo powiedzieć: „Jezu, zajmij się tym”, a potem przez cały dzień układać po swojemu scenariusze i próbować sterować każdym szczegółem. Miłość rodzicielska bardzo łatwo miesza się z lękiem. A lęk chce kontrolować. Chce wiedzieć, przewidzieć, zabezpieczyć, zapobiec. Tymczasem modlitwa uczy czegoś innego: obecności bez zawłaszczania.

Dziecko należy do Boga wcześniej niż do nas. To zdanie bywa trudne, ale jest bardzo ważne. Rodzice są opiekunami, przewodnikami, pierwszymi wychowawcami, ale nie właścicielami życia dziecka. Nie mogą przeżyć za nie wiary, przyjaźni, małżeństwa, powołania, sukcesów, porażek ani wyborów. Mogą kochać, prowadzić, stawiać granice, wspierać i modlić się. Resztę trzeba w pewnym momencie oddać.

W trudnym czasie modlitwa rodzica może być bardzo konkretna. Nie tylko: „Panie Boże, spraw, żeby wszystko było dobrze”. Czasem warto prosić o rzeczy głębsze. O mądrość dla dziecka. O odwagę. O dobrych ludzi obok. O ochronę przed decyzjami, które mogą je zniszczyć. O światło sumienia. O uzdrowienie ran. O siłę do przyjęcia konsekwencji. O powrót do Boga, jeśli się oddaliło. O pokój serca, którego nie da żadna zewnętrzna zmiana.

Warto też modlić się za siebie jako rodzica. O cierpliwość, żeby nie naciskać zbyt mocno. O mądrość, żeby wiedzieć, kiedy mówić, a kiedy milczeć. O odwagę, żeby reagować, gdy trzeba. O pokorę, żeby przyjąć, że nie wszystko da się naprawić własnymi rękami. O zgodę na to, że dziecko może mieć własną drogę i własne tempo dojrzewania.

Bardzo często rodzice modlą się za dziecko tak intensywnie, że zapominają o własnym sercu. Tymczasem dziecko potrzebuje obok siebie dorosłego, który nie rozsypuje się przy każdym trudnym momencie. Nie chodzi o udawanie siły, ale o zakorzenienie. Rodzic, który sam wraca do modlitwy, sakramentów, Słowa Bożego i spokojnej obecności Boga, ma większą szansę nie przenosić własnego lęku na dziecko.

Trudny czas może też obnażyć nasze oczekiwania. Czasem cierpimy nie tylko dlatego, że dziecko naprawdę ma problem, ale także dlatego, że jego droga wygląda inaczej, niż sobie wyobrażaliśmy. Nie jest tak ambitne, jak chcieliśmy. Nie wybiera takiego życia, jak planowaliśmy. Nie modli się tak, jak byśmy chcieli. Nie reaguje tak dojrzale, jak się spodziewaliśmy. Wtedy modlitwa staje się też szkołą oczyszczenia własnych pragnień.

Proszę Boga nie tylko o to, żeby dziecko spełniło mój plan. Proszę, żeby odnalazło Jego drogę.

To bardzo duża różnica.

Warto także pamiętać, że modlitwa za dziecko nie oznacza zgody na wszystko. Miłość rodzica potrafi być czuła, ale musi też być prawdziwa. Czasem wymaga postawienia granicy, odmowy, nazwania zła po imieniu, szukania pomocy z zewnątrz. Modlitwa nie usypia odpowiedzialności. Przeciwnie, może dawać siłę do decyzji, które są trudne, ale potrzebne.

Są sytuacje, w których rodzic najbardziej potrzebuje nie kolejnej rady, lecz wytrwałości. Gdy problem trwa długo. Gdy efekty terapii, leczenia, rozmów czy zmian są powolne. Gdy dziecko raz robi krok do przodu, a za chwilę dwa do tyłu. W takich momentach modlitwa staje się jak codzienne trzymanie ręki na klamce Bożego serca. Nie po to, żeby wymusić cud, ale żeby nie pozwolić rozpaczy wejść głębiej.

Czasem owoc modlitwy pojawia się najpierw w rodzicu. Zamiast natychmiastowej zmiany sytuacji przychodzi więcej pokoju. Więcej cierpliwości. Mniej potrzeby kontrolowania. Lepsze słowa. Więcej światła w decyzjach. I to także jest łaska.

Modlitwa rodzica za dziecko w trudnym czasie

Panie Jezu,
przychodzę do Ciebie z moim dzieckiem i z całą troską, którą noszę w sercu. Ty znasz je lepiej ode mnie. Widzisz to, czego ja nie widzę, słyszysz to, czego ono nie potrafi powiedzieć, i wiesz, co naprawdę dzieje się w jego sercu.

Proszę Cię, bądź blisko niego w tym trudnym czasie. Daj mu światło, kiedy nie wie, co robić. Daj siłę, kiedy jest zmęczone. Daj odwagę, kiedy się boi, i pokój, kiedy wszystko wydaje się zbyt ciężkie.

Chroń je przed złem, przed ludźmi i decyzjami, które mogą je zranić. Postaw na jego drodze osoby mądre, dobre i odpowiedzialne. Pomóż mu rozpoznawać prawdę i wybierać to, co prowadzi do życia.

Jeśli nosi w sobie rany, których nie umiem uleczyć, dotknij ich swoją łaską. Jeśli się od Ciebie oddaliło, szukaj go cierpliwie i prowadź z powrotem. Jeśli jest zagubione, nie pozwól mu uwierzyć, że jest samo.

Panie, daj także mnie mądrość. Naucz mnie być blisko bez duszenia, pomagać bez odbierania odpowiedzialności, mówić wtedy, kiedy trzeba, i milczeć wtedy, kiedy moje słowa tylko zwiększają napięcie. Uwolnij mnie od lęku, który chce wszystko kontrolować.

Powierzam Ci moje dziecko nie dlatego, że przestaję się troszczyć, ale dlatego, że wiem, że nie jestem w stanie przeżyć jego życia za niego. Ty możesz być tam, gdzie ja nie mogę. Możesz dotknąć miejsc, do których moje słowa nie docierają.

Maryjo, Matko, która zna troskę o dziecko, otaczaj je swoją opieką.
Święty Józefie, czuwaj nad jego drogą.
Aniele Stróżu, prowadź je ku dobru.

Jezu, ufam Ci moje dziecko.
Takie, jakie jest dzisiaj.
Z tym, czego nie rozumiem.
Z tym, czego się boję.
Z tym, czego nie potrafię naprawić.

Amen.

Rodzic nie przestaje się martwić tylko dlatego, że się pomodlił. Serce nadal jest sercem rodzica. Ale modlitwa przypomina, że troska nie musi zamieniać się w samotne dźwiganie wszystkiego.

Można kochać bardzo mocno i jednocześnie powiedzieć: Panie Jezu, dalej już prowadź Ty.

I czasem właśnie to jest najtrudniejszą, a zarazem najpiękniejszą modlitwą rodzica.

Dlaczego podczas Mszy Świętej raz stoimy, raz siedzimy, a raz klękamy?

Podczas Mszy Świętej nasze ciało nie jest dodatkiem do modlitwy. Nie przychodzimy do kościoła tylko z głową, która ma coś zrozumieć, ani tylko z sercem, które ma coś poczuć. Przychodzimy cali. Z myślami, uczuciami, zmęczeniem, głosem, rękami, postawą, spojrzeniem, kolanami i całym tym zwyczajnym człowieczeństwem, które Pan Bóg zna lepiej niż my sami.

Dlatego w czasie liturgii nie stoimy cały czas w jednej pozycji. Raz stoimy, raz siedzimy, raz klękamy. Dla dzieci bywa to trochę jak kościelna gimnastyka, a dla dorosłych czasem po prostu automatyczny rytm, który wykonuje się bez większego zastanowienia. Tymczasem każda z tych postaw coś wyraża. Nie jest przypadkowa. Pomaga nam modlić się nie tylko słowami, ale także ciałem.

Kościół od początku rozumiał, że człowiek modli się całym sobą. Widzimy to także w Piśmie Świętym. Ludzie stają przed Bogiem, padają na twarz, klękają, podnoszą ręce, słuchają, odpowiadają, idą w procesji, biją się w piersi, skłaniają głowę. Wiara nie jest czymś oderwanym od ciała. Skoro Bóg stworzył człowieka jako jedność duszy i ciała, to ciało również może wyrażać szacunek, pokorę, gotowość, słuchanie i adorację.

Postawa stojąca jest jedną z najważniejszych postaw liturgicznych. Stajemy podczas obrzędów wstępnych, na Ewangelię, podczas wyznania wiary, modlitwy powszechnej, dużej części modlitwy eucharystycznej, modlitwy „Ojcze nasz”, obrzędów Komunii i błogosławieństwa. Stanie wyraża szacunek, gotowość i czuwanie. Kiedy ktoś ważny wchodzi do pomieszczenia, często wstajemy. Kiedy chcemy pokazać, że jesteśmy gotowi słuchać i odpowiedzieć, także przyjmujemy postawę stojącą.

Podczas Ewangelii stoimy szczególnie świadomie, bo słuchamy słów i czynów samego Chrystusa. To nie jest zwykły fragment tekstu. To Słowo Pana, które Kościół przyjmuje z czcią. Dlatego wstajemy, śpiewamy aklamację, czynimy trzy małe znaki krzyża i słuchamy. Ciało mówi wtedy: jestem gotów przyjąć Ewangelię, nie chcę jej przespać, nie chcę potraktować jej jak zwykłego czytania.

Stanie przypomina też o zmartwychwstaniu. Człowiek stojący nie jest przygnieciony ziemią. Jest podniesiony. Chrześcijanin stoi przed Bogiem nie jak niewolnik, który boi się podnieść oczy, ale jak dziecko odkupione przez Chrystusa. Oczywiście z pokorą, ale także z nadzieją. Dlatego postawa stojąca w liturgii ma w sobie godność i radość wiary.

Siedzenie ma inny charakter. Siadamy wtedy, gdy słuchamy czytań przed Ewangelią, psalmu, homilii, przygotowania darów i w chwilach ciszy po Komunii, jeśli taki moment następuje. Postawa siedząca nie oznacza odpoczynku od modlitwy, choć ciało rzeczywiście może wtedy odetchnąć. Ona przede wszystkim wyraża słuchanie, skupienie i przyjmowanie pouczenia.

Uczeń siada, żeby słuchać nauczyciela. Kiedy siedzimy podczas czytań i homilii, Kościół zaprasza nas, żebyśmy nie tylko byli obecni, ale naprawdę przyjęli Słowo Boże. To postawa ucznia. Nie kogoś, kto już wszystko wie, ale kogoś, kto pozwala się formować. Siedzę, bo chcę słuchać. Siedzę, bo Bóg mówi do mnie przez Pismo Święte, przez Kościół, przez homilię, czasem przez jedno zdanie, które zostaje w sercu na długo po wyjściu z kościoła.

Dzieciom można tłumaczyć to bardzo prosto: siedzimy wtedy, kiedy słuchamy Pana Boga i uczymy się od Niego. Nie jest to czas na rozglądanie się, rozmowy, zabawę kartką albo sprawdzanie, kto gdzie siedzi. Oczywiście dzieci dopiero uczą się skupienia i nie zawsze im to wychodzi. Ale warto od początku pokazywać im sens, a nie tylko powtarzać: „siedź prosto i bądź cicho”. Lepiej, gdy dziecko wie, że teraz słuchamy, bo Pan Bóg chce nas czegoś nauczyć.

Klęczenie jest postawą najgłębszej czci, adoracji, pokory i uniżenia przed Bogiem. Klękamy szczególnie podczas przeistoczenia, kiedy na ołtarzu chleb i wino stają się Ciałem i Krwią Chrystusa. To moment największej tajemnicy Mszy Świętej. Nie patrzymy wtedy na symbol, pamiątkę ani zwykły znak religijny. Wierzymy, że Chrystus jest prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie obecny w Eucharystii.

Kolana mówią wtedy więcej niż wiele słów. Mówią: Panie, jesteś Bogiem. Ja nie jestem najważniejszy. Uznaję Twoją obecność. Adoruję Cię. Klęczenie nie jest upokorzeniem człowieka w złym sensie. Jest prawdą o relacji stworzenia wobec Stwórcy, ucznia wobec Pana, grzesznika wobec Zbawiciela, dziecka wobec Ojca, który jest święty i dobry.

W świecie, w którym człowiek często chce stać zawsze wyprostowany, samowystarczalny i niezależny od nikogo, klęknięcie przed Bogiem jest bardzo mocnym znakiem. Nie klękam dlatego, że jestem bez wartości. Klękam dlatego, że Bóg jest święty. Klękam, bo przed Nim nie muszę udawać silniejszej osoby, niż jestem. Klękam, bo Eucharystia jest większa niż moje rozumienie.

Oczywiście są osoby, które z powodów zdrowotnych nie mogą klękać. Warto mówić o tym delikatnie, zwłaszcza dzieciom, żeby nie oceniały innych po zewnętrznej postawie. Ktoś może siedzieć podczas konsekracji nie dlatego, że nie ma szacunku, ale dlatego, że choroba, ból, wiek albo niepełnosprawność mu na to nie pozwala. Pan Bóg widzi serce. Postawa ciała jest ważna, ale nie może stać się powodem do osądzania człowieka obok.

To samo dotyczy dzieci. One dopiero uczą się liturgii. Czasem uklękną krzywo, usiądą w nieodpowiednim momencie, zapomną, kiedy wstać, albo będą naśladować dorosłych z opóźnieniem. Lepiej cierpliwie tłumaczyć sens niż tylko poprawiać ruchy. Liturgia nie jest musztrą, ale modlitwą Kościoła. Porządek jest potrzebny, bo pomaga wspólnej modlitwie, jednak najważniejsze jest to, żeby dziecko stopniowo rozumiało, że w kościele ciało także mówi Bogu: wierzę, słucham, adoruję.

Warto zauważyć, że postawy liturgiczne nie są prywatnym pomysłem każdego z nas. Nie wybieramy ich dowolnie według nastroju. Liturgia jest modlitwą całego Kościoła, dlatego ma swój porządek. Kiedy wspólnie stoimy, siedzimy i klękamy, pokazujemy, że nie modlimy się tylko jako pojedyncze osoby, ale jako wspólnota. Ten wspólny rytm uczy jedności. W kościele nie każdy robi po swojemu, bo Eucharystia nie jest prywatnym przedstawieniem, tylko świętą liturgią Kościoła.

Jednocześnie warto pilnować, żeby zewnętrzna poprawność nie zastąpiła wewnętrznego uczestnictwa. Można wstać w odpowiednim momencie, usiąść wtedy, kiedy trzeba, uklęknąć równo z innymi i nadal być myślami zupełnie daleko. Można znać wszystkie gesty, a nie wejść sercem w modlitwę. Postawy ciała mają pomagać duszy, a nie udawać modlitwę za nią. Dlatego dobrze czasem zatrzymać się i uświadomić sobie, co robię.

Kiedy stoję, mogę powiedzieć w sercu: Panie, jestem gotów Cię słuchać.
Kiedy siedzę: Panie, ucz mnie swoim Słowem.
Kiedy klękam: Panie, adoruję Cię i uznaję, że jesteś moim Bogiem.

Takie krótkie wewnętrzne zdania mogą bardzo pomóc, zwłaszcza gdy Msza Święta stała się dla nas trochę automatyczna. Nie chodzi o to, żeby komplikować liturgię dodatkowymi myślami, ale żeby wrócić do sensu prostych gestów. Ciało naprawdę może prowadzić serce. Czasem człowiek przychodzi zmęczony, rozproszony, bez wielkich uczuć religijnych, a jednak klęka, wstaje, odpowiada, robi znak krzyża. I ten porządek modlitwy pomaga mu trwać przed Bogiem nawet wtedy, gdy wewnętrznie nie wszystko jest poukładane.

Piękne jest to, że Msza Święta angażuje całego człowieka. Uszy słuchają Słowa Bożego. Usta odpowiadają, śpiewają, modlą się. Oczy patrzą na ołtarz, krzyż, świece, gesty kapłana. Ręce składają się do modlitwy albo przyjmują znak pokoju. Kolana zginają się przed tajemnicą Eucharystii. Całe ciało zostaje wciągnięte w modlitwę Kościoła. To pokazuje, że wiara nie jest oderwana od życia, od naszego ciała, od codzienności, od konkretu.

Dobrze jest uczyć tego dzieci od najmłodszych lat. Nie tylko mówić im, kiedy mają wstać, usiąść i uklęknąć, ale tłumaczyć, dlaczego to robimy. Stoję, bo słucham z szacunkiem i jestem gotowy. Siedzę, bo uczę się od Boga. Klękam, bo adoruję Jezusa obecnego w Eucharystii. Takie proste wyjaśnienie zostaje w głowie i pomaga przeżywać Mszę Świętą świadomiej.

Dorośli też tego potrzebują. Może nawet bardziej, bo łatwo przyzwyczaić się do świętych gestów. Ciało robi swoje, a serce nie nadąża. Tymczasem każda postawa liturgiczna może być małym powrotem do obecności Boga. Wstań uważnie. Usiądź z gotowością słuchania. Uklęknij, jeśli możesz, z wiarą, że przed tobą jest Chrystus.

Nie musimy na Mszy Świętej niczego odgrywać. Nie chodzi o zewnętrzną pobożność na pokaz. Chodzi o to, żeby pozwolić ciału współpracować z duszą. Żeby nasze gesty nie były puste, ale stawały się modlitwą. Żeby dzieci widziały, że w kościele nie wykonujemy przypadkowych ruchów, tylko uczymy się całym sobą odpowiadać Bogu.

Bo podczas Mszy Świętej ciało również się modli.

Stoi z szacunkiem. Siedzi, żeby słuchać. Klęka, żeby adorować.

A serce, jeśli tylko pozwolimy mu iść za tymi gestami, może powoli uczyć się tego samego.

„Dość katolipy!” ks. Jana Kaczkowskiego – bo wiara nie może być bylejaka

Już sam tytuł tej książki jest bardzo w stylu ks. Jana Kaczkowskiego. „Dość katolipy!” brzmi zaczepnie, trochę bezczelnie i na pewno nie jak tytuł, którego spodziewalibyśmy się po księdzu. Kiedy jednak zaczyna się czytać, szybko okazuje się, że nie chodzi o tanią prowokację ani o wyśmiewanie Kościoła. Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że trzeba Kościół naprawdę kochać, żeby czasem odważyć się powiedzieć mu coś niewygodnego. Ks. Jan właśnie taki był – potrafił mówić bez kościelnego lukru, czasami ostro, czasami z ironią, ale za tym wszystkim stało bardzo poważne pytanie o jakość naszej wiary.

„Dość katolipy! O Jezusie celebrycie” ukazało się już po śmierci ks. Jana, w 2018 roku, nakładem wydawnictw Znak i RTCK. Nie jest to typowa książka pisana od początku do końca jako zwarta publikacja, ale materiał oparty na konferencji ks. Kaczkowskiego, stąd bardzo charakterystyczny język, bliski temu, jak mówił. Jest sporo humoru, dygresji i mocnych sformułowań, ale właśnie dzięki temu podczas czytania niemal słyszy się jego głos. Pod żartami kryją się natomiast sprawy całkiem serio: Kościół, Ewangelia, odpowiedzialność za to, jak przekazujemy wiarę, nasze religijne przyzwyczajenia i pytanie, czy za tym wszystkim rzeczywiście stoi żywa relacja z Chrystusem.

Tytułowa „katolipa” to dla mnie przede wszystkim katolicka bylejakość. Taka, którą czasami usprawiedliwiamy tym, że przecież robimy coś dla Boga albo dla Kościoła, więc jakoś to będzie. A przecież powinno być dokładnie odwrotnie. Jeżeli coś robimy dla Boga i dla ludzi, powinniśmy zrobić to najlepiej, jak potrafimy. Ta myśl jest mi szczególnie bliska jako katechetce, bo można mieć do przekazania dzieciom najpiękniejszą prawdę o Bogu, a podać ją w taki sposób, że pozostanie dla nich martwą informacją. Można przez lata prowadzić katechezę według tego samego schematu, mówić językiem, którego dzieci już nie rozumieją, a później narzekać, że nie są zainteresowane religią. Można też przygotować się, poszukać sposobu, który do nich dotrze, wysłuchać ich pytań i potraktować je poważnie. Ewangelia się nie zmienia, ale świat dzieci, do których z nią przychodzimy, już tak.

Ks. Kaczkowski sporo mówi o profesjonalizmie w Kościele i bardzo mi się to podoba. Przecież „kościelne” nie powinno znaczyć „byle jakie”. Dotyczy to katechezy, homilii, przygotowania liturgii, muzyki, parafialnej strony internetowej, spotkania z rodzicami czy zwyczajnej rozmowy z człowiekiem, który przyszedł do kancelarii. Czasami mam wrażenie, że przyzwyczailiśmy się do pewnych rzeczy tylko dlatego, że „zawsze tak było”. Tymczasem szacunek do człowieka również jest częścią naszego świadectwa. Jeżeli ktoś przychodzi do Kościoła, być może po wielu latach, być może z trudną historią i ogromnym lękiem, to sposób, w jaki zostanie potraktowany, naprawdę ma znaczenie.

Bardzo ciekawy jest też podtytuł książki: „O Jezusie celebrycie”. Jezus przecież przyciągał tłumy. Ludzie szli za Nim, chcieli Go słuchać, zobaczyć cud, dotknąć Go, przynieść swoich chorych. Nie zależało Mu jednak na popularności dla niej samej. Nie łagodził Ewangelii tylko po to, żeby zatrzymać słuchaczy, a kiedy chciano obwołać Go królem, usunął się. Czytając o tym dzisiaj, trudno nie pomyśleć również o współczesnej ewangelizacji. Mamy Facebook, Instagram, YouTube, podcasty, blogi, piękne grafiki i mnóstwo możliwości, których wcześniejsze pokolenia nie miały. Sama z nich korzystam i nie widzę w tym niczego złego. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy gdzieś po drodze ważniejszy od Chrystusa staje się człowiek, który o Nim mówi. Łatwo przecież zacząć od pragnienia dzielenia się wiarą, a po jakimś czasie bardziej przejmować się zasięgami, reakcjami i tym, czy ludzie lubią nas, niż tym, czy rzeczywiście prowadzimy ich do Boga.

Nie znaczy to oczywiście, że po przeczytaniu tej książki ze wszystkim, co mówi ks. Jan, trzeba się zgodzić. Ja zresztą nie lubię czytać książek w taki sposób. Ksiądz Kaczkowski miał własny temperament, bardzo charakterystyczny język i nie unikał mocnych ocen. Niektóre zdania mogą drażnić, z innymi można dyskutować, a jeszcze inne zmuszają do zatrzymania się właśnie dlatego, że nie są wygodne. Nie jest to Katechizm Kościoła Katolickiego ani dokument Magisterium, tylko zapis przemyśleń konkretnego księdza, dlatego warto czytać go właśnie w ten sposób – myśląc, sprawdzając i konfrontując to, co mówi, z Ewangelią.

Najbardziej zostało jednak ze mną coś, co wykracza daleko poza wszystkie kościelne niedociągnięcia, o których można byłoby długo opowiadać. Bardzo łatwo zauważyć „katolipę” u innych. Łatwo powiedzieć, że kazanie było nieprzygotowane, parafia działa jak trzydzieści lat temu, katecheta jest nudny, ksiądz nie potrafi rozmawiać z ludźmi, a ktoś w Kościele bardziej dba o własną pozycję niż o Ewangelię. Znacznie trudniej zapytać, ile takiej bylejakości wkradło się do mojej własnej wiary.

Bo przecież religijność też może stać się rutyną. Można zrobić znak krzyża i nawet nie zauważyć, że się go zrobiło. Można odpowiedzieć podczas Mszy świętej, nie zastanawiając się nad wypowiadanymi słowami. Można odmówić pacierz, myśląc przez cały czas o czymś zupełnie innym. Można uklęknąć przed Najświętszym Sakramentem, a później wrócić do domu i bez najmniejszego problemu zranić drugiego człowieka. Można bardzo głośno bronić chrześcijańskich wartości, a jednocześnie nie potrafić przeprosić, przebaczyć czy przyznać się do własnego błędu. I wcale nie oznacza to, że modlitwy, nabożeństwa, tradycje czy zewnętrzne gesty są niepotrzebne. Są potrzebne i piękne, jeśli prowadzą nas głębiej. Gorzej, kiedy zostaje sama forma, a gdzieś po drodze gubimy Tego, do którego miała nas prowadzić.

Podoba mi się również sposób, w jaki ks. Jan potrafił przywracać znaczenie słowom, które wypowiadamy niemal automatycznie. Choćby zwykłemu „Szczęść Boże”. Przecież to nie jest katolicka wersja „dzień dobry”. W tych dwóch słowach życzę drugiemu człowiekowi, żeby Bóg mu błogosławił, pomagał i był obecny w tym, co robi. Kiedy się nad tym zastanowić, nagle okazuje się, że zwyczajna formułka może stać się małą modlitwą. Podobnie jest z „Amen”, „Bóg zapłać”, znakiem krzyża czy przyklęknięciem przed tabernakulum. Nie potrzebujemy koniecznie nowych form. Czasami wystarczyłoby odzyskać znaczenie tych, które już mamy.

Czytając „Dość katolipy!”, pomyślałam też o tym, jak rozumiemy miłość do Kościoła. Dla mnie kochać Kościół nie oznacza udawać, że wszystko jest w nim dobre. Kościół jest święty świętością Chrystusa, ale tworzą go grzeszni ludzie i historia aż nadto pokazuje, do czego jesteśmy zdolni. Można więc kochać Kościół i jednocześnie mówić o tym, co wymaga naprawy. Można być wiernym Kościołowi, a zarazem nie zgadzać się na krzywdę, niekompetencję czy zwyczajną bylejakość. Tak jak w rodzinie – miłość nie polega przecież na udawaniu, że problemu nie ma. Czasami właśnie dlatego, że kochamy, nie chcemy milczeć.

Po tej książce nie marzy mi się więc Kościół bardziej nowoczesny, efektowny czy taki, który spodoba się wszystkim. Marzy mi się Kościół prawdziwy. Taki, w którym ksiądz nie boi się powiedzieć „nie wiem”, katecheta przygotowuje lekcję, bo szanuje swoich uczniów, człowiek zaangażowany w parafii pamięta, że służba nie daje mu władzy nad innymi, a osoba mówiąca o Bogu nie zasłania Go własną osobą. Kościół, w którym potrafimy przyznać się do błędu i naprawić to, co zepsuliśmy, zamiast za wszelką cenę bronić dobrego wizerunku.

I chyba dlatego prowokacyjny tytuł ks. Kaczkowskiego ostatecznie wcale mnie nie razi. Bo „dość katolipy” nie oznacza: dość Kościoła, tradycji, zasad czy wymagań. Odczytuję go zupełnie odwrotnie – dość wiary na pół gwizdka, religijnych gestów wykonywanych bezmyślnie, kościelnego „jakoś to będzie” i chrześcijaństwa, które świetnie wygląda z zewnątrz, ale niewiele zmienia w środku.

Najłatwiej po tej lekturze zrobić rachunek sumienia Kościołowi. Znacznie ciekawiej zrobić go sobie. Zapytać, czy moja modlitwa jest spotkaniem, czy obowiązkiem do odhaczenia, czy Eucharystia naprawdę ma wpływ na moje życie, czy sposób, w jaki traktuję ludzi, zgadza się z tym, co wyznaję w niedzielę, i czy mówiąc o Chrystusie, rzeczywiście pozwalam zobaczyć Jego, a nie przede wszystkim siebie.

Bo może największa „katolipa” zaczyna się właśnie wtedy, gdy tak bardzo przyzwyczajamy się do bycia katolikami, że przestajemy każdego dnia na nowo wybierać Chrystusa.

A na to rzeczywiście szkoda Ewangelii.

Hagar – kobieta, którą Bóg zobaczył na pustyni

Historia Hagar nie jest łatwa. Nie jest jedną z tych biblijnych opowieści, które czyta się spokojnie, z poczuciem, że wszyscy zachowali się pięknie, pobożnie i dojrzale. Jest w niej napięcie, bezradność, wykorzystanie, zazdrość, ucieczka, samotność, płacz dziecka i pustynia, na której człowiek zostaje z bólem, którego nikt już nie chce widzieć.

A jednak właśnie w tej historii pojawia się jedno z najpiękniejszych imion Boga wypowiedzianych przez człowieka: „Tyś Bóg, który mnie widzi”.

W Księdze Rodzaju Hagar jest Egipcjanką, niewolnicą Saraj. Nie stoi w centrum obietnicy danej Abrahamowi, nie ma pozycji pani domu, nie decyduje o swoim losie tak, jakby była wolna. Zostaje wciągnięta w ludzkie próby „pomagania” Bogu. Abram i Saraj mają obietnicę potomstwa, ale lata mijają, dziecko się nie pojawia, nadzieja zaczyna boleć coraz bardziej. Saraj daje Abramowi Hagar, aby przez nią mieć potomstwo. Dla nas, czytających tę historię po wiekach i z perspektywy chrześcijańskiej godności osoby, jest to bardzo trudne. Hagar zostaje potraktowana jak narzędzie do rozwiązania problemu innych ludzi.

I właśnie to trzeba powiedzieć uczciwie. Biblia nie pokazuje tej sytuacji po to, żeby ją upiększyć. Nie wszystko, co opisuje Pismo Święte, jest automatycznie pochwalone przez Boga. Czasem Biblia bardzo realistycznie pokazuje ludzką słabość, grzech, lęk, niecierpliwość i skutki decyzji podejmowanych bez zaufania. Historia Hagar jest jednym z takich miejsc. Widzimy, co dzieje się, kiedy człowiek próbuje przyspieszyć Bożą obietnicę własnymi sposobami, nie licząc się z godnością drugiego człowieka.

Kiedy Hagar poczęła dziecko, relacja między kobietami stała się jeszcze trudniejsza. Saraj czuje się upokorzona, Hagar patrzy na nią inaczej, w domu narasta napięcie. W końcu Saraj zaczyna ją źle traktować, a Hagar ucieka na pustynię. To pierwsza pustynia w jej historii. Kobieta w ciąży, samotna, bez zabezpieczenia, bez swojego miejsca, pomiędzy domem, w którym została zraniona, a drogą, na której nie wiadomo, co ją czeka.

I tam znajduje ją Anioł Pański.

To jest bardzo ważne słowo: znajduje. Bóg nie czeka, aż Hagar sama wróci do porządku, nie mówi z daleka, nie udaje, że to tylko poboczna postać w wielkiej historii Abrahama. Bóg widzi ją na pustyni. Widzi kobietę, której inni nie zobaczyli jako osoby. Widzi jej ucieczkę, jej lęk, jej dziecko, jej przyszłość. Pyta ją: „Hagar, niewolnico Saraj, skąd przyszłaś i dokąd idziesz?”. To pytanie nie jest zimnym przesłuchaniem. Jest zatrzymaniem przy jej historii. Bóg pozwala jej nazwać prawdę: „Uciekłam od mojej pani Saraj”.

Hagar nie jest dla Boga anonimowa. Ma imię. Ma historię. Ma ból. Ma drogę.

Anioł Pański mówi jej, że urodzi syna i nada mu imię Izmael, co można rozumieć jako „Bóg słyszy”, ponieważ Pan usłyszał jej udrękę. To kolejny bardzo mocny znak. Bóg nie tylko widzi Hagar. Bóg także słyszy. Słyszy tę, której głos nie miał wielkiej wagi w oczach ludzi. Słyszy niewolnicę, cudzoziemkę, kobietę uciekającą przez pustynię. Słyszy jej udrękę, zanim ona sama mogłaby komukolwiek udowodnić, że zasługuje na uwagę.

Właśnie wtedy Hagar nazywa Boga: „Tyś Bóg, który mnie widzi”. To niezwykłe, bo w tej biblijnej scenie kobieta stojąca na marginesie historii wypowiada prawdę bardzo głęboką. Bóg jest Tym, który widzi człowieka. Nie tylko tłum. Nie tylko wielkie wydarzenia. Nie tylko tych, którzy są ważni w oczach świata. Widzi jedną kobietę na pustyni, w jej najbardziej kruchej chwili.

Ta prawda wraca także w drugim spotkaniu Hagar z pustynią, w dwudziestym pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju. Po narodzinach Izaaka napięcie w domu Abrahama znowu narasta. Sara nie chce, by Izmael dziedziczył razem z jej synem. Abrahamowi jest to bardzo przykre, bo Izmael jest jego dzieckiem, ale ostatecznie Hagar zostaje odesłana z chłopcem. Dostaje chleb i wodę. I znów idzie na pustynię.

Tym razem sytuacja jest jeszcze bardziej dramatyczna. Woda się kończy. Hagar nie potrafi patrzeć na śmierć swojego dziecka, więc zostawia Izmaela pod krzewem i siada z daleka. Płacze. To jedna z najbardziej przejmujących scen macierzyńskiego cierpienia w Biblii. Bezradność matki, która nie ma już czym nakarmić ani napoić dziecka, nie ma siły go uratować i nie może znieść widoku jego umierania.

I znowu Bóg wchodzi w tę pustynię.

Tekst mówi, że Bóg usłyszał głos chłopca. Anioł Boży woła do Hagar z nieba, pyta, co jej jest, i mówi, żeby się nie bała. Potem Bóg otwiera jej oczy i Hagar widzi studnię z wodą. To bardzo piękny szczegół. Studnia była blisko, ale w rozpaczy Hagar jej nie widziała. Bóg nie tylko daje ratunek. On otwiera oczy na źródło życia, które w chwili bólu było poza zasięgiem jej spojrzenia.

Tak często bywa z nami. Kiedy człowiek jest odrzucony, zmęczony, poraniony albo bardzo samotny, jego spojrzenie się zawęża. Widzi tylko stratę, koniec, brak wody, płacz dziecka, pustynię. Widzi to, co boli, i trudno mu zobaczyć cokolwiek więcej. Nie dlatego, że nie ma wiary. Czasem dlatego, że cierpienie naprawdę odbiera światło. Bóg w takiej chwili nie mówi: „Przestań płakać, przesadzasz”. On otwiera oczy i prowadzi do wody.

Historia Hagar jest historią kobiety, którą ludzie przesuwali według własnych planów, a Bóg potraktował poważnie. Ona nie jest główną bohaterką obietnicy danej Abrahamowi, ale nie znaczy to, że jest nieważna dla Boga. To bardzo ważne także dla naszego czytania Biblii. Pan Bóg widzi tych, których my czasem umieszczamy na drugim planie. Widzi osoby ciche, zależne od innych, zranione cudzymi decyzjami, bez głosu, bez wpływu, bez miejsca przy stole, przy którym zapadają najważniejsze decyzje.

Hagar może być bliska każdemu, kto poczuł się użyty, pominięty, niewidzialny albo odesłany na pustynię. Każdemu, kto niósł konsekwencje cudzych wyborów. Każdemu, kto znalazł się w miejscu, w którym już nie miał siły walczyć o siebie. Każdej matce, która bała się o swoje dziecko. Każdemu człowiekowi, który płakał z daleka, bo nie umiał patrzeć na cierpienie kogoś kochanego.

W tej historii jest też bardzo mocne przypomnienie, że Bóg nie patrzy tak jak ludzie. Ludzie potrafią widzieć funkcję zamiast osoby. Rolę zamiast serca. Problem zamiast człowieka. Hagar dla innych mogła być niewolnicą, Egipcjanką, matką dziecka, które komplikowało sytuację w domu. Dla Boga była Hagar. Kobietą z imieniem, cierpieniem i przyszłością. To zmienia wszystko.

Katolickie spojrzenie na tę historię musi prowadzić nas do godności osoby. Nikt nie jest narzędziem do spełniania cudzych planów. Nikt nie jest mniej ważny dlatego, że nie ma pozycji, pieniędzy, wpływu, wykształcenia, rodziny, która go obroni, albo miejsca, gdzie ktoś za nim stanie. Każdy człowiek nosi godność daną przez Boga. Historia Hagar pokazuje, jak bardzo człowiek może zostać zraniony, kiedy inni o tej godności zapominają. Pokazuje też, że Bóg o niej nie zapomina nigdy.

Nie można jednak czytać historii Hagar tylko jako opowieści o ludzkiej niesprawiedliwości. Jest w niej coś jeszcze. Bóg nie usuwa od razu całej trudności. Hagar wraca po pierwszym spotkaniu na pustyni. Później znów doświadcza odrzucenia. Jej droga nie staje się łatwa jak za dotknięciem ręki. A jednak w obu pustyniach Bóg jest obecny. Widzi, słyszy, mówi, daje obietnicę, otwiera oczy, prowadzi do wody.

To bardzo prawdziwe duchowo. Bo czasem chcielibyśmy, żeby Boża obecność oznaczała natychmiastowe wyprowadzenie ze wszystkich trudnych miejsc. A Bóg bywa obecny inaczej. Nie zawsze od razu zmienia całą sytuację, ale nie pozwala człowiekowi zostać samemu. Daje słowo na drogę. Daje wodę na pustyni. Daje siłę na kolejny krok. Daje świadomość, że jestem widziana wtedy, gdy inni już mnie nie widzą.

W imieniu Izmael zostaje zapisana prawda, że Bóg słyszy. W imieniu, które Hagar wypowiada wobec Boga, zostaje zapisana prawda, że Bóg widzi. Widzi i słyszy. To są dwa słowa bardzo potrzebne człowiekowi zranionemu. Bo odrzucenie często polega właśnie na tym, że nikt nie chce widzieć i nikt nie chce słyszeć. Człowiek opowiada swój ból, ale ktoś go ucisza. Człowiek pokazuje ranę, ale ktoś odwraca wzrok. Człowiek prosi o miejsce, ale słyszy, że przeszkadza. Bóg postępuje inaczej. Nie odwraca twarzy od pustyni.

Dla nas ta historia może stać się też rachunkiem sumienia. Nie tylko pocieszeniem, że Bóg mnie widzi, ale pytaniem, czy ja widzę tych, których łatwo ominąć. Czy nie traktuję ludzi przez pryzmat ich przydatności. Czy nie lekceważę cierpienia kogoś, kto jest „trudny”, niewygodny albo nie pasuje do mojej historii. Czy nie odsyłam na pustynię tych, którzy przypominają mi o problemach, jakich nie chcę widzieć. Czy potrafię zatrzymać się przy człowieku, którego Bóg widzi, nawet jeśli świat widzi w nim tylko kłopot.

Hagar nie jest postacią łatwą do włożenia w prosty obrazek. Jej historia zostawia w sercu pewien ciężar. I dobrze. Nie każda biblijna opowieść ma nas od razu uspokoić. Niektóre mają nas obudzić. Pokazać skutki ludzkich decyzji. Przypomnieć o tych, którzy cierpią na marginesie cudzych planów. Nauczyć, że Bóg jest blisko nie tylko w pięknych, uporządkowanych scenach wiary, ale także przy studni na pustyni, obok płaczącej matki i dziecka, którego głos dociera do nieba.

Może właśnie dlatego historia Hagar jest tak ważna dzisiaj. Wielu ludzi żyje z poczuciem niewidzialności. W domu, w pracy, w rodzinie, w Kościele, w społeczeństwie. Są obecni, ale jakby ich nie było. Spełniają role, wykonują obowiązki, znoszą cudze decyzje, uśmiechają się, żeby nie robić problemu, a w środku noszą pustynię. Hagar mówi im cicho, ale bardzo mocno: Bóg widzi. Bóg słyszy. Twoja historia nie jest dla Niego marginesem.

To nie jest tanie pocieszenie. To nie jest zdanie, które ma szybko przykryć ból. To prawda, która może stać się początkiem ocalenia. Jeśli Bóg mnie widzi, to nie jestem tylko tym, co zrobili ze mną ludzie. Jeśli Bóg mnie słyszy, to mój płacz nie ginie w pustce. Jeśli Bóg otwiera oczy, to na pustyni może istnieć źródło, którego sama jeszcze nie widzę.

Hagar nazwała Boga Tym, który ją widzi. Może warto zabrać to imię Boga do własnej modlitwy. Zwłaszcza wtedy, gdy człowiek czuje się pominięty, zmęczony, odrzucony albo niezauważony. Można powiedzieć bardzo prosto: „Panie, Ty mnie widzisz. Widzisz mój ból, moją samotność, moje dziecko, mój lęk, moją pustynię. Otwórz mi oczy na wodę. Nie pozwól mi uwierzyć, że jestem nieważna”.

Bóg Hagar jest Bogiem, który widzi człowieka na pustyni.

Nie z daleka. Nie obojętnie. Nie jako problem do rozwiązania.

Widzieć po Bożemu znaczy kochać, słyszeć, wzywać po imieniu i prowadzić ku życiu. Nawet wtedy, gdy droga biegnie przez miejsce, w którym człowiek myślał, że został już zupełnie sam.

Copyright © Pani od religii