Cisza, która leczy – jak zrobić w sobie miejsce na Boga?
Cisza bywa dziś czymś niemal podejrzanym. Kiedy w domu nic nie gra, telefon nie wydaje żadnego dźwięku, nikt do nas nie mówi i przez chwilę naprawdę nic się nie dzieje, ręka niemal automatycznie wędruje po telefon. Włączamy muzykę, sprawdzamy wiadomości, zaglądamy do mediów społecznościowych. Jakby każdą pustą przestrzeń trzeba było natychmiast czymś wypełnić. Tymczasem właśnie w tej przestrzeni, przed którą tak często uciekamy, może czekać na nas Bóg. Nie chodzi oczywiście o ciszę rozumianą wyłącznie jako brak dźwięków. Można siedzieć samotnie w zupełnie cichym pokoju, a jednocześnie mieć w głowie taki tłum myśli, że trudno usłyszeć samą siebie. Można też znajdować się pośród ludzi i zachować w sercu głęboką ciszę. Chrześcijańska cisza jest czymś więcej. Jest gotowością do słuchania.
Bardzo pięknie mówi o tym Pismo Święte w historii proroka Eliasza. Kiedy Eliasz staje na górze Horeb, pojawia się gwałtowna wichura, potem trzęsienie ziemi i ogień. A jednak w żadnym z tych potężnych zjawisk nie rozpoznaje obecności Pana. Dopiero później przychodzi „szmer łagodnego powiewu” (por. 1 Krl 19,11–13). I właśnie wtedy Eliasz zasłania twarz płaszczem, bo wie, że Bóg jest blisko.
Ta scena zawsze mnie zatrzymuje. My chyba bardzo często czekamy na Boga w wielkich wydarzeniach. Chcielibyśmy wyraźnego znaku, odpowiedzi, rozwiązania, czegoś, co nie pozostawi żadnych wątpliwości. A On przychodzi znacznie ciszej. W Słowie przeczytanym rano. W chwili adoracji. W Eucharystii. W drugim człowieku. W myśli, która powraca podczas modlitwy. W pokoju serca, którego nie potrafimy sami sobie wytłumaczyć.
Tylko żeby usłyszeć szept, trzeba najpierw uciszyć hałas.
I chyba właśnie tutaj zaczyna się trudność. Bo kiedy robi się cicho, zaczynamy spotykać nie tylko Boga. Spotykamy również samych siebie. Nagle wychodzą na powierzchnię sprawy, które skutecznie zagłuszaliśmy zajęciami: niepokój, zmęczenie, żal, tęsknota, niewypowiedziane pytania, czasem poczucie winy. Łatwiej włączyć kolejny film, niż przez dziesięć minut pobyć z tym wszystkim przed Bogiem.
A przecież modlitwa nie wymaga, żebyśmy najpierw uporządkowali siebie i dopiero potem przyszli do Niego.
Można przyjść z bałaganem.
Można usiąść przed tabernakulum i powiedzieć: „Panie, nie potrafię się dziś modlić”. Można niczego pięknego nie czuć. Można nie znaleźć odpowiednich słów. Cisza przed Bogiem nie jest egzaminem z duchowości. Jest obecnością. Czasem najprawdziwszą modlitwą będzie właśnie pozostanie przy Nim bez próby produkowania kolejnych zdań.
Jezus sam szukał ciszy. Ewangelie wielokrotnie pokazują Go odchodzącego na miejsce pustynne, aby się modlić. Święty Marek zapisuje, że „nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił” (Mk 1,35). Wokół Jezusa byli przecież ludzie, którzy Go potrzebowali. Chorzy czekali na uzdrowienie, tłumy chciały Go słuchać, uczniowie czegoś od Niego oczekiwali. A jednak Jezus odchodzi.
To bardzo ważna lekcja także dla nas. Cisza nie jest egoizmem ani ucieczką od obowiązków. Może być właśnie tym, co pozwala później wrócić do ludzi z większym pokojem, cierpliwością i miłością.
W tradycji Kościoła cisza zawsze miała szczególne miejsce. Znają ją klasztory, rekolekcje, adoracja Najświętszego Sakramentu, ale przecież nie trzeba wyjeżdżać do klasztoru, żeby jej doświadczyć. Można zacząć znacznie prościej. Nie sięgać po telefon natychmiast po przebudzeniu. Przez kilka minut po przeczytaniu Ewangelii niczego już nie mówić. Wejść na chwilę do kościoła i po prostu usiąść przed tabernakulum. Wyłączyć radio podczas drogi. Po Komunii Świętej nie szukać od razu kolejnych słów, ale pozwolić sobie na chwilę zwyczajnego bycia z Jezusem.
Nie chodzi o bicie rekordów. Pięć minut prawdziwej ciszy może znaczyć więcej niż pół godziny spędzone na nerwowym sprawdzaniu, czy już „coś poczułam”.
Bardzo bliska jest mi również cisza adoracji. Patrzę na Hostię i wiem, że przede mną jest Chrystus, choć moje oczy widzą tylko biały Chleb. Nie muszę Mu tłumaczyć wszystkiego, co wydarzyło się w ciągu dnia. On przecież wie. Nie muszę też nieustannie mówić. Mogę pozwolić, aby to On patrzył na mnie. W takiej ciszy człowiek powoli przestaje być zadaniem do wykonania. Nie musi być skuteczny, potrzebny, silny ani dobrze zorganizowany. Po prostu jest przed Bogiem, który go zna i kocha.
I właśnie dlatego cisza potrafi leczyć.
Nie w znaczeniu medycznej terapii ani magicznego sposobu na rozwiązanie problemów. Leczy inaczej. Pozwala zobaczyć rzeczy we właściwych proporcjach. Uczy, że nie wszystko muszę natychmiast rozwiązać. Pomaga nazwać to, przed czym uciekam. Przypomina, że moje życie nie zależy wyłącznie ode mnie. A przede wszystkim pozwala ponownie skierować uwagę na Boga.
W ciszy może też przyjść prawda, która nie zawsze jest wygodna. Bóg przecież nie tylko pociesza. Czasem pokazuje coś, co trzeba zmienić, relację, którą trzeba naprawić, grzech, który trzeba przynieść do konfesjonału, przebaczenie, z którym zbyt długo zwlekamy. Cisza chrześcijańska nie służy więc jedynie dobremu samopoczuciu. Ma prowadzić do spotkania z Bogiem, a spotkanie z Nim zawsze może stać się początkiem nawrócenia.
Myślę czasem o Maryi, o której św. Łukasz napisał: „zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk 2,19). Nie otrzymywała odpowiedzi na każde pytanie natychmiast. Zachowywała, rozważała, nosiła w sercu. Jest w tym ogromna szkoła ciszy. Nie wszystko trzeba od razu komentować. Nie każdą emocję natychmiast wypowiadać. Nie każdą odpowiedź znaleźć tego samego dnia. Niektóre rzeczy potrzebują zostać przyniesione Bogu i pozostać z Nim przez jakiś czas.
Może właśnie od tego warto zacząć. Nie od wielkich postanowień, ale od małego kawałka ciszy każdego dnia. Dziesięciu minut bez telefonu, bez muzyki, bez kolejnego zadania. Z Ewangelią albo przed Najświętszym Sakramentem. Z jednym prostym zdaniem: „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha” (1 Sm 3,9).
A potem już nie mówić.
Zostawić Bogu miejsce.
Bo może problem nie polega na tym, że Bóg milczy. Może czasem nasze życie jest po prostu tak głośne, że Jego głos ginie pośród wszystkich pozostałych.
Cisza nie sprawi, że nagle znikną obowiązki, problemy i trudne pytania. Ale może sprawić coś innego: że pośród nich odnajdziemy Tego, który nigdy nas nie opuścił.
I wtedy okazuje się, że cisza wcale nie jest pusta.
Jest pełna Obecności.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz