„Projekt Jonasz” o. Adama Szustaka OP – o męskiej sile, która nie polega na udowadnianiu, że niczego się nie boję
Bóg mówi mu, żeby poszedł do Niniwy, a Jonasz robi dokładnie coś przeciwnego. Wsiada na statek płynący w stronę Tarszisz, jakby można było wybrać wystarczająco odległy port i w ten sposób uciec przed Bogiem. Potem przychodzi burza, przerażeni marynarze, wrzucenie proroka do morza i wreszcie trzy dni spędzone we wnętrzu wielkiej ryby. To jedna z tych historii biblijnych, które znamy od dzieciństwa tak dobrze, że łatwo przestać dostrzegać, jak wiele mówi ona o człowieku. O jego strachu, ucieczkach, uporze, niedojrzałości, ale również o Bogu, który nie rezygnuje z człowieka nawet wtedy, kiedy ten robi wszystko, żeby pójść w przeciwnym kierunku.
I właśnie od tego o. Szustak zaczyna rozmowę o męskiej sile.
„Projekt Jonasz” nie jest komentarzem biblijnym ani próbą szczegółowego wyjaśnienia całej Księgi Jonasza. To książka o duchowości i dojrzewaniu mężczyzny, dla której historia proroka staje się punktem wyjścia. Autor pisze o odpowiedzialności, podejmowaniu decyzji, relacjach, stawaniu wobec trudności i o tym, co dzieje się z mężczyzną, kiedy zamiast zmierzyć się z własnym życiem, wybiera ucieczkę. Jak zwykle u o. Szustaka jest bezpośrednio, momentami prowokacyjnie i bez szczególnego owijania w bawełnę. Nie każdą jego tezę dotyczącą kobiet i mężczyzn trzeba przyjmować jako jedyną możliwą odpowiedź. Warto pamiętać, że to autorskie rozważania dominikanina, a nie kościelna definicja męskości.
Najciekawsze jest dla mnie jednak to, że biblijny Jonasz właściwie od początku burzy nasze wyobrażenie o sile. Bóg powierza mu zadanie, a on się wycofuje. Nie chce iść tam, gdzie został posłany. Kiedy na morzu rozpętuje się burza, Jonasz śpi pod pokładem. Później wykonuje swoją misję, ale nawet wtedy daleko mu do bohatera, który wszystko już zrozumiał. Kiedy mieszkańcy Niniwy się nawracają, zamiast się ucieszyć, prorok wpada w gniew, ponieważ Bóg nie niszczy miasta. Jonasz jest więc człowiekiem, którego Bóg prowadzi nie tylko do wykonania zadania, ale przede wszystkim do przemiany jego własnego serca.
To bardzo mi się podoba, bo żyjemy w świecie, który ma swoje gotowe obrazy męskości. Mężczyzna powinien być silny, zaradny, zdecydowany, najlepiej zawsze wiedzieć, co robić, nie okazywać zbyt wielu emocji i oczywiście radzić sobie sam. Jeśli się boi, powinien to ukryć. Jeśli czegoś nie wie, lepiej, żeby się nie przyznawał. Jeśli cierpi, ma zacisnąć zęby i iść dalej. Tylko czy naprawdę właśnie na tym polega siła?
Historia Jonasza podpowiada coś zupełnie innego. Człowiek może wyglądać na silnego, a całe życie spędzić na uciekaniu. Można nie uciekać statkiem do Tarszisz, ale uciekać w pracę, telefon, hobby, milczenie, złość, alkohol, kolejne zajęcia albo nieustanne odkładanie ważnych decyzji. Można być fizycznie obecnym w domu, a jednocześnie od lat nie uczestniczyć naprawdę w życiu najbliższych. Można nie umieć powiedzieć „boję się”, „nie wiem”, „potrzebuję pomocy”, więc zamiast tego zamknąć się albo zaatakować. Z zewnątrz wygląda to czasami jak siła, a w środku może być zwyczajnym lękiem.
I tutaj „Projekt Jonasz” staje się dla mnie czymś więcej niż książką przeznaczoną wyłącznie dla mężczyzn. Bo przecież każdy z nas ma swoje Tarszisz. Każdy zna takie sprawy, o których wie, że powinien się z nimi zmierzyć, a jednak znajduje dziesięć powodów, żeby zrobić to jutro. Odkładamy trudną rozmowę, decyzję, spowiedź, pojednanie, zmianę pracy, wizytę u lekarza, przyznanie się do błędu. Czasami nawet bardzo pobożnie tłumaczymy sobie własną bezczynność, choć w głębi serca dobrze wiemy, że po prostu się boimy.
Bóg wobec Jonasza jest niezwykle cierpliwy. To kolejna rzecz, która bardzo mnie w tej historii porusza. Jonasz ucieka, ale Bóg go nie przekreśla. Nie mówi: skoro nie chciałeś za pierwszym razem, znajdę sobie kogoś lepszego. Ratuje go z morza, ponownie posyła do Niniwy, a kiedy prorok obraża się z powodu Bożego miłosierdzia, Bóg nadal z nim rozmawia. Księga Jonasza kończy się nawet pytaniem Boga, jakby Stwórca do ostatniej chwili próbował poszerzyć serce swojego proroka.
To bardzo dalekie od obrazu Boga, który tylko czeka na nasze potknięcie. Bóg powołuje niedoskonałego człowieka i cierpliwie go wychowuje. Nie akceptuje jego ucieczki, ale też nie rezygnuje z niego z powodu tej ucieczki. Dla mnie to jedna z najpiękniejszych rzeczy, które można wynieść z tej historii. Nasze powołanie nie jest nagrodą za doskonałość. Bóg nie czeka, aż będziemy całkowicie dojrzali, odważni i uporządkowani, żeby zacząć się nami posługiwać. Bardzo często dojrzewamy właśnie w drodze.
W kontekście mężczyzn ta myśl ma jeszcze jeden ważny wymiar. Siła nie musi oznaczać dominacji. Nie polega na tym, żeby wszystkich ustawić, mieć zawsze ostatnie słowo i nigdy nie pokazać słabości. Z chrześcijańskiej perspektywy znacznie bliższa jest mi siła człowieka, który bierze odpowiedzialność za swoje decyzje, potrafi chronić, ale nie kontroluje, umie być stanowczy bez poniżania innych i ma odwagę przyznać, że popełnił błąd. Mężczyzna nie staje się mniej męski dlatego, że kocha, jest czuły, prosi o przebaczenie albo potrzebuje drugiego człowieka.
Najpełniejszego obrazu mężczyzny chrześcijanin i tak nie znajdzie w Jonaszu, lecz w Chrystusie. A Jezus bardzo mocno przewraca nasze ludzkie wyobrażenia o sile. Potrafi przeciwstawić się tłumowi, ale pochyla się nad słabym. Wypędza przekupniów ze świątyni, ale pozwala dzieciom przychodzić do siebie. Nie boi się mówić prawdy, a jednocześnie płacze przy grobie Łazarza. W Ogrójcu nie udaje, że nie doświadcza lęku. Na krzyżu Jego siła objawia się nie w pokonaniu przeciwników przemocą, lecz w miłości, która nie wycofuje się nawet wobec cierpienia.
Dlatego podczas czytania „Projektu Jonasz” nie zatrzymywałabym się wyłącznie na pytaniu, jaki powinien być prawdziwy mężczyzna. Takie gotowe recepty łatwo zamieniają się w kolejną listę wymagań, którym ktoś ma sprostać. Bardziej interesuje mnie pytanie, które ta książka zostawia w człowieku: przed czym uciekam i dokąd Bóg próbuje mnie zawrócić?
Jonasz musiał znaleźć się w środku burzy, a później w ciemności wnętrza wielkiej ryby, żeby ponownie usłyszeć wezwanie. Nie życzę nikomu takiej drogi. Myślę jednak, że każdy zna chwile, kiedy coś nagle zatrzymuje nasze uciekanie i nie pozwala już dłużej udawać, że wszystko jest w porządku. Wtedy można nadal szukać kolejnego Tarszisz albo wreszcie powiedzieć Bogu: dobrze, pokaż mi, dokąd mam iść.
Może właśnie w tym zaczyna się prawdziwa siła. Nie wtedy, kiedy człowiek już niczego się nie boi, ale wtedy, kiedy przestaje pozwalać, żeby strach wybierał za niego drogę.
I chyba dlatego Jonasz, choć tak bardzo niedoskonały, jest dobrym bohaterem książki o męskości. Nie pokazuje gotowego ideału. Pokazuje człowieka w drodze, który ucieka, upada, złości się, wraca i powoli pozwala Bogu siebie wychowywać.
Bo przed Bogiem nie trzeba udawać silnego. Trzeba pozwolić Mu uczynić nas silniejszymi.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz