„Jestem pod Jego skrzydłami” – biografia, która pokazuje człowieka, a nie pomnik

Są ludzie, o których mówi się długo po ich odejściu. Nie dlatego, że byli bezbłędni, ale dlatego, że zostawili po sobie dobro, którego nie da się zapomnieć. Do takich osób bez wątpienia należy ks. Jan Kaczkowski – kapłan, bioetyk, twórca puckiego hospicjum i człowiek, który potrafił mówić o życiu, cierpieniu i śmierci z niezwykłą odwagą, a jednocześnie z humorem i ogromną czułością wobec drugiego człowieka. Biografia „Jestem pod Jego skrzydłami” autorstwa Agnieszki Kuchnia-Wołosiewicz i Michała Kramka nie próbuje tworzyć z niego pomnika. Wręcz przeciwnie – pokazuje go takim, jakim był: z jego historią, temperamentem, zmaganiami, słabościami i drogą dojrzewania.

To jedna z największych wartości tej książki. Zamiast kolejnej opowieści o „świętym człowieku”, dostajemy historię syna, brata, seminarzysty, kapłana, wykładowcy, dyrektora hospicjum i chorego, który sam musiał zmierzyć się z diagnozą glejaka. Autorzy prowadzą czytelnika przez kolejne etapy jego życia, pokazując, że za znanym z mediów „onkocelebrytą” stał człowiek z krwi i kości, którego wiara dojrzewała pośród codziennych doświadczeń.

Bardzo poruszającym elementem książki jest rozmowa z Józefem Kaczkowskim, ojcem księdza Jana. To szczególne świadectwo, bo ojciec kapłana był ateistą, a mimo to między nimi istniała głęboka więź oparta na wzajemnym szacunku i miłości. Dzięki tym wspomnieniom poznajemy Jana nie od strony znanego kaznodziei czy założyciela hospicjum, ale jako chłopca, którego ojciec nazywał z uśmiechem „fajtłapą”, a który z czasem dokonał rzeczy wydających się niemożliwymi. To właśnie te rodzinne opowieści sprawiają, że biografia nabiera wyjątkowej autentyczności.

Nie sposób czytać tej książki bez refleksji nad własnym życiem. Ks. Jan nie przekonywał ludzi pięknymi hasłami. Uczył ich swoją postawą. Pokazywał, że godność człowieka nie kończy się wtedy, gdy pojawia się choroba, cierpienie czy niepełnosprawność. W hospicjum w Pucku nie walczył jedynie o leczenie bólu. Walczył przede wszystkim o to, aby każdy człowiek do ostatnich chwil czuł się kochany, potrzebny i otoczony szacunkiem. Nawet wtedy, gdy medycyna nie mogła już obiecać wyzdrowienia, pozostawała miłość.

To właśnie dlatego jego historia tak mocno porusza. Kiedy sam usłyszał diagnozę nowotworu, nie wycofał się z życia. Nadal spotykał się z ludźmi, głosił rekolekcje, pisał książki i prowadził hospicjum. Nie udawał bohatera. Nie ukrywał lęku ani cierpienia. Pokazał jednak, że można przeżywać chorobę bez utraty nadziei, bo nadzieja nie rodzi się z przekonania, że wszystko będzie dobrze, ale z zaufania Temu, w którego rękach naprawdę jesteśmy.

Tytuł „Jestem pod Jego skrzydłami” zyskuje dzięki temu niezwykłą głębię. Nie jest pobożnym sloganem ani ozdobnym cytatem. To wyznanie człowieka, który wiedział, że nie wszystko zależy od niego. Że można robić wszystko, co możliwe, a jednocześnie z pokorą przyjąć to, czego zmienić się już nie da. W tych słowach kryje się zaufanie, które nie odbiera odwagi do działania, lecz nadaje jej właściwy kierunek.

Ta biografia nie jest tylko książką o ks. Janie Kaczkowskim. Jest także książką o nas. O tym, jak przeżywamy relacje, jak traktujemy ludzi słabych, jak rozumiemy cierpienie i czym naprawdę jest chrześcijańska nadzieja. Czyta się ją z wzruszeniem, ale jeszcze bardziej z wdzięcznością, że można spotkać człowieka, który swoim życiem przypomniał, iż świętość nie polega na niezwykłości. Polega na codziennym wybieraniu miłości.

To jedna z tych książek, po których zamknięciu człowiek nie ma ochoty od razu sięgać po następną. Najpierw chce przez chwilę pomilczeć. Bo są historie, które zostają w sercu znacznie dłużej niż na półce z przeczytanymi książkami.

Komentarze

Copyright © Pani od religii