Wakacje duszy – dlaczego odpoczynek też może być spotkaniem z Bogiem?
Wakacje zwykle kojarzą nam się z odpoczynkiem ciała. Chcemy się wyspać, odłożyć choć na chwilę obowiązki, wypić kawę bez patrzenia na zegarek, pobyć z bliskimi, pojechać gdzieś albo po prostu zostać w domu i nie musieć ciągle czegoś załatwiać. Po całym roku biegania, pracy, szkoły, planów, terminów i spraw, które same się nie ogarniają, człowiek naprawdę potrzebuje oddechu.
Ale jest jeszcze taki rodzaj zmęczenia, którego nie widać od razu. Zmęczenie serca, myśli, duszy. Można położyć się na leżaku, mieć przed sobą piękny widok, słyszeć śpiew ptaków albo szum wody, a w środku nadal nosić pośpiech, napięcie, pretensje, lęk, rozczarowanie i tę dziwną gonitwę, która nie kończy się tylko dlatego, że zaczęły się wakacje.
Dlatego odpoczynek może być czymś więcej niż przerwą od pracy i szkoły. Może stać się miejscem spotkania z Bogiem. Nie zawsze wielkim, uroczystym i bardzo duchowym w naszym wyobrażeniu, ale cichym, prostym, czasem nawet niezauważalnym na pierwszy rzut oka. Pan Bóg naprawdę potrafi przychodzić do człowieka nie tylko wtedy, gdy ten klęczy w kościele, ale także wtedy, gdy wreszcie siada spokojniej, oddycha głębiej i przestaje udawać, że musi wszystko trzymać w garści.
Nie chodzi o to, żeby z wakacji zrobić rekolekcje na siłę. Nikt nie potrzebuje kolejnej listy zadań pod tytułem: „jak odpoczywać perfekcyjnie po chrześcijańsku”. Mamy już dość perfekcyjnych planów, idealnych poranków, idealnych domów, idealnych zdjęć i idealnych ludzi, którzy nawet odpoczywają tak, że człowiek od samego patrzenia czuje się zmęczony. Wakacje duszy zaczynają się raczej wtedy, gdy człowiek pozwala sobie stanąć przed Bogiem zwyczajnie, bez udawania, że wszystko jest piękne, poukładane i pachnie lawendą.
Czasem pierwszym krokiem do takiego odpoczynku jest uczciwe powiedzenie: „Panie Boże, jestem zmęczona”. Nie „trochę zmęczona”, nie „zaraz mi przejdzie”, nie „inni mają gorzej, więc nie wypada narzekać”, tylko naprawdę zmęczona. Codziennością, ludźmi, hałasem, własnymi myślami, byciem ciągle dostępną, odpowiadaniem, planowaniem, pamiętaniem za wszystkich i o wszystkim. Pan Bóg nie gorszy się takim zdaniem. On nie potrzebuje od nas pobożnej wersji samej siebie. On przyjmuje człowieka prawdziwego.
W Ewangelii Jezus wiele razy odchodził na miejsce pustynne, szukał ciszy, modlił się, oddalał od tłumu. To ważne, bo czasem wydaje nam się, że odpoczynek jest jakimś dodatkiem, luksusem albo nagrodą dla tych, którzy już wszystko zrobili. Tylko że wszystko prawie nigdy nie jest zrobione. Zawsze zostaje pranie, wiadomość, telefon, zaległość, plan, czyjaś potrzeba i coś, co można by jeszcze poprawić. Gdyby Jezus czekał z odejściem na modlitwę do momentu, aż wszyscy będą uzdrowieni, nakarmieni, wysłuchani i zadowoleni, pewnie nigdy by nie odpoczął.
A jednak odchodził. Nie dlatego, że przestawał kochać ludzi, ale dlatego, że Jego serce było zanurzone w Ojcu. To jest dla nas bardzo mocna lekcja. Odpoczynek nie musi być ucieczką od odpowiedzialności. Może być powrotem do źródła. Do Boga, który przypomina nam, że nie jesteśmy maszynami, że nie musimy zbawiać świata własnymi rękami i że nasza wartość nie zależy od liczby odhaczonych zadań.
Wakacje duszy mogą wydarzyć się w bardzo prostych rzeczach. W porannej kawie wypitej bez pośpiechu i bez telefonu w ręku. W spacerze, podczas którego człowiek pierwszy raz od dawna naprawdę widzi drzewa, niebo, światło na liściach i drogę pod stopami. W krótkiej modlitwie przed podróżą. W niedzielnej Mszy świętej w małym kościele, gdzie nikt nas nie zna, a jednak wszystko jest znajome, bo Pan Jezus jest ten sam. W chwili ciszy wieczorem, kiedy zamiast analizować cały dzień, można po prostu powiedzieć: „Dziękuję, że byłeś ze mną”.
Nie trzeba mieć idealnych warunków, żeby odpocząć przy Bogu. To jest chyba dobra wiadomość, bo większość naszych wakacji nie wygląda jak spokojne kadry z internetu. Dzieci się kłócą, ktoś czegoś zapomniał, obiad się opóźnia, pogoda się psuje, walizka nie domyka, kierowca jest zmęczony, a człowiek, który miał być taki spokojny i promienny, nagle odkrywa, że po dwóch godzinach drogi ma w sobie mniej świętości niż na początku planował. I właśnie w tym prawdziwym życiu Bóg też może być obecny. Może szczególnie tam.
Bo spotkanie z Bogiem nie polega na tym, że wszystko nagle staje się ciche, estetyczne i idealnie poukładane. Czasem polega na tym, że w środku bałaganu odzyskujemy choć odrobinę łagodności. Że nie odpowiadamy ostrzej, chociaż bardzo by się chciało. Że potrafimy przeprosić. Że umiemy odpuścić coś, co miało być „koniecznie tak, jak zaplanowałam”. Że zamiast narzekać na cały świat, zauważymy jedną dobrą rzecz i powiemy za nią Bogu dziękuję.
Odpoczynek z Bogiem nie musi być długi. Czasem wystarczy kilka minut, ale prawdziwych. Takich, w których nie uciekamy od siebie, tylko pozwalamy Panu Bogu dotknąć tego, co w nas najbardziej zmęczone. Można usiąść wieczorem i zapytać: „Panie, co dzisiaj było dobre?”, „Gdzie mnie prowadziłeś?”, „Co za bardzo mnie zabrało?”, „Komu powinnam okazać więcej cierpliwości?”, „Za co chcę Ci podziękować?”. To nie musi być wielki rachunek sumienia. Raczej spokojne zebranie serca po dniu, który był taki, jaki był.
Bardzo lubię myśl, że Bóg nie konkuruje z naszym odpoczynkiem. On nie staje obok i nie mówi z wyrzutem: „No dobrze, dobrze, wypoczywasz, ale pamiętaj, że powinnaś być bardziej pobożna”. Bóg jest Ojcem, który wie, z czego jesteśmy ulepieni. Wie, że ciało się męczy, psychika się męczy, dusza się męczy. Wie, że czasem potrzebujemy snu, ciszy, prostego jedzenia, przyrody, śmiechu, rozmowy i dnia, w którym nikt nie wymaga od nas wielkich osiągnięć.
Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy odpoczynek zamienia się w zapomnienie. Gdy wyjeżdżamy nie tylko z domu, ale jakby wyjeżdżamy też z relacji z Bogiem. Gdy niedziela staje się zwykłym dniem, modlitwa znika bez śladu, a serce zamiast odpocząć, jeszcze bardziej rozprasza się i przywiązuje do rzeczy, które na chwilę dają przyjemność, ale nie dają pokoju. Wakacje bez Boga mogą być pełne atrakcji, a mimo to zostawić w człowieku pustkę. Wakacje z Bogiem nie muszą być spektakularne, ale mogą zostawić w sercu więcej światła.
Może więc warto na początku wakacyjnego czasu nie tylko zaplanować wyjazdy, zakupy, noclegi i listę rzeczy do zabrania, ale też pomyśleć, jak zatroszczyć się o duszę. Nie wielkimi postanowieniami, które po trzech dniach będą nas tylko denerwować, ale czymś prostym. Niedzielna Eucharystia, krótka modlitwa rano albo wieczorem, jedno zdanie z Ewangelii, słoik wdzięczności z dziećmi, spacer bez telefonu, chwila ciszy przed snem. Małe rzeczy, które nie zabierają wakacji, tylko pomagają je przeżyć głębiej.
Bo odpoczynek też może być modlitwą, jeśli prowadzi nas do wdzięczności. Może być spotkaniem z Bogiem, jeśli nie zamyka nas wyłącznie w sobie, ale otwiera oczy na dobro, piękno i ludzi obok. Może być czasem uzdrowienia, jeśli pozwolimy Panu Bogu wejść w nasze zmęczenie, a nie tylko przykryjemy je kolejną atrakcją.
Wakacje duszy nie muszą oznaczać ciszy klasztoru, wielkich rekolekcji i idealnie spokojnych poranków. Czasem zaczynają się od bardzo zwykłego zdania: „Panie Boże, chcę odpocząć z Tobą, a nie od Ciebie”. I może właśnie taka modlitwa wystarczy na początek.
Niech ten wakacyjny czas będzie dobry dla ciała, ale też dla serca. Niech przyniesie sen, spokój, śmiech, spotkania i piękne widoki, ale także trochę więcej wdzięczności, łagodności i bliskości z Bogiem. Bo człowiek naprawdę odpoczywa nie tylko wtedy, gdy przestaje pracować. Odpoczywa głębiej wtedy, gdy wraca do Tego, który zna jego zmęczenie i potrafi dać pokój, jakiego nie da żaden urlop.

Komentarze
Prześlij komentarz