„Żniwo wprawdzie wielkie…” – o tym, że każdy ma swoją małą misję
„Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało”. To jedno z tych zdań Ewangelii, które łatwo odnieść do kogoś innego. Do księży, misjonarzy, sióstr zakonnych, katechetów, osób zaangażowanych w parafii, ludzi odważnych, świętych, pewnych siebie i takich, którzy zawsze wiedzą, co powiedzieć. My często stajemy z boku i myślimy: to nie o mnie. Ja przecież mam swoje życie, swoje obowiązki, swoją pracę, rodzinę, zmęczenie, zaległe sprawy i czasem ledwo ogarniam zwykły dzień.A jednak Jezus nie mówi o żniwie po to, żebyśmy tylko westchnęli nad światem i wrócili do swoich zajęć. On pokazuje, że wokół nas naprawdę jest wiele dobra do zrobienia, wiele serc do zauważenia, wiele osób, które potrzebują nie wielkich przemówień, ale obecności, życzliwości, modlitwy, cierpliwości i dobrego słowa. Żniwo nie zawsze wygląda jak wielka misja na drugim końcu świata. Czasem zaczyna się w domu, w klasie, w pracy, na klatce schodowej, w kolejce do lekarza, w rozmowie z dzieckiem, w wiadomości wysłanej do kogoś, kto dawno nic od nas nie słyszał.
Bardzo często czekamy na coś większego. Na idealny moment, więcej czasu, lepszy nastrój, mocniejszą wiarę, spokojniejszy etap życia. Mówimy sobie, że kiedyś będziemy bardziej pomocni, bardziej cierpliwi, bardziej duchowi, bardziej gotowi. Tylko że życie dzieje się teraz. Pan Bóg rzadko zaczyna od wielkich scen i fanfar. Częściej zaprasza nas do małej wierności tam, gdzie już jesteśmy.
Każdy ma swoją małą misję. Nie zawsze spektakularną, nie zawsze widoczną, nie zawsze docenioną. Dla jednej osoby będzie to cierpliwa obecność przy dziecku, które zadaje setne pytanie i potrzebuje nie tylko odpowiedzi, ale także poczucia, że jest ważne. Dla kogoś innego rozmowa ze starszą osobą, która od dawna czuje się samotna. Dla kogoś modlitwa za rodzinę, dobre słowo do ucznia, uczciwa praca, pogodzenie się z kimś, pomoc bez robienia wokół siebie wielkiego zamieszania. Czasem misją jest to, żeby nie dokładać innym ciężaru swoim narzekaniem, złośliwością albo obojętnością.
Wydaje nam się, że misja musi być czymś ogromnym, a tymczasem Ewangelia bardzo często prowadzi człowieka przez drobiazgi. Jezus zauważał konkretnych ludzi. Rozmawiał z tymi, których inni omijali. Zatrzymywał się przy chorych, zmęczonych, zagubionych, zepchniętych na bok. Nie kochał ludzkości ogólnie i z daleka, tylko podchodził do człowieka blisko. Może właśnie tego uczy nas zdanie o żniwie: żebyśmy przestali myśleć o dobru wyłącznie jako o wielkich akcjach, a zaczęli widzieć pole, które Pan Bóg powierzył nam dzisiaj.
Czasem takim polem jest własny dom. To chyba najtrudniejsze miejsce do bycia dobrym, bo tam najłatwiej zdjąć wszystkie ładne miny. W domu widać nasze zmęczenie, niecierpliwość, potrzebę kontroli, obrażanie się i wszystkie małe egoizmy, które tak sprytnie potrafimy ukryć przed światem. A jednak właśnie tam można pełnić swoją małą misję. Przez łagodniejszy ton, przez wysłuchanie, przez wspólną modlitwę, przez przeprosiny, przez to, że zamiast kolejnej pretensji pojawi się próba zrozumienia.
Czasem polem jest praca. Nie chodzi o to, żeby w każdej rozmowie mówić pobożne zdania i na siłę udowadniać swoją wiarę. Świadectwo często zaczyna się od zwykłej uczciwości, odpowiedzialności, szacunku do ludzi, od tego, że nie wchodzimy w każde obgadywanie i nie karmimy się cudzym błędem. Może ktoś nigdy nie zapyta nas wprost o Boga, ale zapamięta, że przy nas poczuł się potraktowany z godnością.
Czasem polem jest szkoła, klasa, parafia, grupa dzieci, które słuchają tylko przez chwilę, a potem odpływają myślami do wakacji, kredek albo tego, co będzie na obiad. Kto pracuje z dziećmi, ten dobrze wie, że wielkie słowa nie zawsze zostają w pamięci. Czasem zostaje gest, spojrzenie, spokojne powtórzenie, cierpliwość, krótka modlitwa, obrazek, opowieść albo jedno zdanie, które dziecko przypomni sobie po latach. To też jest żniwo. Może ciche, może drobne, ale bardzo ważne.
Warto też pamiętać, że Pan Bóg nie wysyła nas dlatego, że jesteśmy idealni. Gdyby czekał na ludzi bez słabości, nikt by nie ruszył z miejsca. Apostołowie też nie byli gotowi w takim znaczeniu, w jakim my często chcielibyśmy być gotowi. Mieli swoje lęki, ambicje, niezrozumienie, upadki i bardzo ludzkie reakcje. A jednak Jezus ich posłał. Nie dlatego, że byli doskonali, ale dlatego, że byli Jego.
To bardzo uwalniające. Nie muszę mieć wszystkiego poukładanego, żeby zrobić dobro. Nie muszę czekać, aż będę miała więcej siły, więcej wiedzy i więcej świętego spokoju. Mogę zacząć od tego, co jest dziś możliwe. Od jednego telefonu, jednej modlitwy, jednego gestu pojednania, jednej konkretnej pomocy, jednego „dziękuję”, jednego „przepraszam”, jednego „jestem”. Mała misja nie polega na tym, że naprawimy cały świat. Polega na tym, że nie przejdziemy obojętnie obok tego kawałka świata, który Pan Bóg postawił najbliżej nas.
W zdaniu o żniwie jest też prośba o modlitwę. Jezus mówi, żeby prosić Pana żniwa, aby wyprawił robotników na swoje żniwo. To ważne, bo zanim zaczniemy działać, mamy się modlić. Nie dlatego, że modlitwa zastępuje działanie, ale dlatego, że bez niej łatwo pomylić Bożą misję z własnym pomysłem na zbawianie świata. Można robić dużo, a jednocześnie coraz bardziej tracić pokój. Można pomagać, ale z ukrytą pretensją, że nikt nie docenia. Można dawać siebie innym, a w środku nosić coraz większe zmęczenie, bo zapomniało się, że to Bóg jest Panem żniwa, nie my.
Modlitwa ustawia serce na właściwym miejscu. Przypomina, że nie wszystko zależy ode mnie. Nie jestem właścicielem pola, tylko robotnikiem. Nie muszę znać całego planu, ale mogę być wierna w tym, co zostało mi powierzone. Nie muszę widzieć natychmiastowych owoców, bo wiele dobra rośnie powoli i po cichu. Niekiedy przez lata nie wiemy, że nasze słowo, gest albo obecność miały dla kogoś znaczenie.
Może warto dziś zapytać siebie spokojnie: gdzie jest moje małe żniwo? Kogo Pan Bóg stawia najbliżej mnie? Komu mogę przynieść odrobinę pokoju, wiary, cierpliwości albo nadziei? Gdzie mogę przestać czekać na wielką okazję do dobra i po prostu zrobić to, co jest możliwe teraz?
Nie każdy z nas pojedzie na misje, nie każdy stanie przed tłumem, nie każdy napisze książkę, wygłosi konferencję albo zrobi coś, o czym inni będą mówić z podziwem. Ale każdy może być człowiekiem, przez którego komuś zrobi się trochę jaśniej. Każdy może wnieść w swoje miejsce więcej dobra niż złości, więcej cierpliwości niż osądu, więcej modlitwy niż narzekania. Każdy może mieć swoją małą misję i potraktować ją poważnie, nawet jeśli nikt poza Bogiem jej nie zauważy.
Żniwo naprawdę jest wielkie. Nie tylko gdzieś daleko, ale tuż obok. W naszych domach, rodzinach, szkołach, parafiach, miejscach pracy, rozmowach i codziennych spotkaniach. A Pan Bóg nie pyta nas najpierw, czy jesteśmy gotowi na rzeczy wielkie. Często pyta, czy będziemy wierni w małych.
Może właśnie od tego zaczyna się prawdziwa misja.

Komentarze
Prześlij komentarz