„Kto straci swe życie z mego powodu…” – Ewangelia na początek wakacji

Wakacje zaczynają się zwykle od bardzo prostego pragnienia: odpocząć. Od szkoły, pracy, obowiązków, porannego pośpiechu, kalendarza, dzwonków, sprawdzianów, zebrań, terminów i wszystkiego, co przez ostatnie miesiące trzymało nas w rytmie „szybciej, jeszcze to, jeszcze tamto, jeszcze tylko dotrwać do końca”.

I kiedy wreszcie przychodzi ten moment, w którym można trochę zwolnić, Ewangelia stawia przed nami zdanie, które w pierwszej chwili wcale nie brzmi wakacyjnie:

„Kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je”.

Nie jest to zdanie lekkie. Nie nadaje się na pocztówkę z plaży, kubek z lemoniadą i podpis: „czas na relaks”. A jednak może być jednym z najważniejszych zdań na początek wakacji, bo ono bardzo mocno pyta nas nie o to, dokąd pojedziemy, ile odpoczniemy i czy wszystko uda się zgodnie z planem, ale o to, co tak naprawdę jest w centrum naszego życia.

Jezus nie mówi tych słów po to, żeby odebrać człowiekowi radość. Nie zaprasza nas do smutku, rezygnacji z odpoczynku ani do takiego chrześcijaństwa, w którym wszystko ma być ciężkie, poważne i pozbawione zwyczajnego ludzkiego ciepła. On pokazuje raczej, że można bardzo kurczowo trzymać się swojego życia, swoich planów, wygody, racji, obrazu siebie i własnego „ja”, a mimo to wcale nie być szczęśliwym.

Bo można mieć wszystko pod kontrolą i jednocześnie być bardzo zagubionym.

Można pilnować swoich spraw tak mocno, że zabraknie miejsca dla Boga, dla drugiego człowieka, dla dobra, dla miłości, dla ciszy, dla pytania: „Panie Jezu, czego Ty ode mnie chcesz?”. Można odpoczywać całym ciałem, a w środku nadal nie pozwalać Bogu dotknąć tego, co napięte, zmęczone, poranione albo zbyt mocno przywiązane do własnych planów.

Co znaczy stracić życie z powodu Jezusa?

To zdanie nie oznacza, że mamy przestać dbać o siebie. Nie oznacza, że odpoczynek jest czymś złym, że potrzeby są nieważne, a człowiek wierzący powinien zawsze być ostatni w kolejce do własnego życia. Ewangelia nie jest pochwałą zaniedbywania siebie ani świętą wersją przemęczenia.

Stracić życie z powodu Jezusa to raczej przestać stawiać siebie w samym centrum wszystkiego.

To zgodzić się, że nie każda moja zachcianka musi być spełniona. Nie każda moja racja musi wygrać. Nie każdy plan musi wyglądać dokładnie tak, jak sobie wymyśliłam. Nie każda wygoda jest ważniejsza od miłości. Nie każdy odpoczynek musi kręcić się tylko wokół mnie.

Czasem „stracić życie” oznacza odpuścić pretensję, którą noszę od dawna. Czasem zrezygnować z ostatniego słowa w rozmowie. Czasem wybrać cierpliwość, choć łatwiej byłoby wybuchnąć. Czasem zauważyć kogoś obok, choć miałam już święty plan nie zajmować się niczyimi sprawami. Czasem pójść na Mszę świętą także wtedy, gdy jestem na wyjeździe i trzeba trochę poszukać kościoła, zamiast uznać, że Pan Bóg poczeka do września.

To są małe rzeczy, ale właśnie w nich bardzo często sprawdza się nasza wiara.

Nie w wielkich deklaracjach, ale w codziennych wyborach.

Wakacje mogą pokazać, co naprawdę jest dla mnie ważne

W ciągu roku szkolnego i zawodowego łatwo wytłumaczyć sobie wiele rzeczy brakiem czasu. Nie modlę się, bo rano pędzę. Nie czytam Ewangelii, bo wieczorem jestem zmęczona. Nie mam cierpliwości, bo mam za dużo na głowie. Nie zatrzymuję się, bo przecież obowiązki. Nie słucham, bo wszystko dzieje się naraz.

Wakacje trochę zdejmują z nas tę wymówkę, choć oczywiście nie każdemu w takim samym stopniu. Nie wszyscy mają długi urlop, nie wszyscy wyjeżdżają, nie wszyscy mogą sobie pozwolić na prawdziwe odcięcie od codzienności. Ale nawet jeśli lato nie jest idealne, często daje choćby małe szczeliny wolniejszego czasu. I właśnie wtedy można zobaczyć, co się ze mną dzieje, kiedy już nie muszę tak bardzo biec.

Czy potrafię być w ciszy? Czy umiem odpocząć bez ciągłego sięgania po telefon? Czy znajduję miejsce dla Boga, kiedy nikt mnie nie pogania? Czy niedzielna Msza święta jest dla mnie spotkaniem, czy tylko punktem do odhaczenia, który łatwo wypada z planu, gdy zmienia się otoczenie? Czy wakacje zbliżają mnie do ludzi, czy tylko pokazują, jak bardzo wszyscy jesteśmy zmęczeni sobą nawzajem?

To mogą być niewygodne pytania, ale one nie są po to, żeby zepsuć odpoczynek. Raczej po to, żeby ten odpoczynek nie był tylko zmianą miejsca, ale też okazją do uporządkowania serca.

Bo czasem człowiek jedzie bardzo daleko, a tak naprawdę cały czas zabiera ze sobą ten sam niepokój, ten sam pośpiech, tę samą potrzebę kontroli, te same żale i to samo zmęczenie duszy.

Znaleźć życie, którego nie da się kupić

Jezus mówi, że ten, kto straci życie z Jego powodu, znajdzie je. To jest obietnica, ale nie taka szybka i łatwa, jak reklama idealnych wakacji. Świat mówi nam często: znajdziesz życie, jeśli będziesz mieć więcej, zobaczysz więcej, przeżyjesz więcej, zadbasz o siebie bardziej, ustawisz wszystko po swojemu, nie pozwolisz nikomu wejść sobie na głowę i wreszcie pomyślisz tylko o sobie.

Ewangelia idzie pod prąd. Mówi, że prawdziwe życie odnajduje się nie wtedy, gdy człowiek wszystko zagarnia dla siebie, ale wtedy, gdy uczy się kochać. Nie naiwnie, nie bez granic, nie przeciwko sobie, ale naprawdę. Z Bogiem w centrum, a nie z własnym ego na tronie.

To życie można znaleźć w bardzo prostych wakacyjnych sytuacjach. W cierpliwości do dziecka, które po raz setny pyta, kiedy dojedziemy. W spokojnej rozmowie zamiast pretensji. W modlitwie przed podróżą. W niedzielnej Eucharystii w nieznanym kościele. W zachwycie nad światem, który nie musi być idealny, żeby przypominał o Stwórcy. W decyzji, że nie zabiorę na urlop wszystkich swoich złości, a przynajmniej spróbuję nie karmić ich każdego dnia od nowa.

Czasem właśnie wtedy, gdy coś tracę — trochę własnej wygody, trochę uporu, trochę potrzeby postawienia na swoim — zaczynam odzyskiwać coś ważniejszego: pokój, wdzięczność, bliskość, wolność serca.

Pan Bóg nie zostaje na czas wakacji w zamkniętym kościele

Wakacje są dobrym momentem, żeby przypomnieć sobie, że Pan Bóg nie jest obecny tylko w stałym planie dnia. Nie zostaje w szkole, w salce katechetycznej, w naszej parafii ani w kalendarzu roku szkolnego. Nie trzeba wrócić do września, żeby znowu Go szukać.

Można Go spotkać przy drodze, w lesie, nad wodą, w rozmowie z dzieckiem, w ciszy poranka, w zmęczeniu po podróży, w małym wiejskim kościele, w kapliczce mijanej na spacerze, w Piśmie Świętym włożonym do torby, w różańcu zaplątanym gdzieś między dokumentami a chusteczkami.

Można Go spotkać także wtedy, kiedy plany się rozsypią, pogoda zawiedzie, dzieci będą marudne, dorośli zmęczeni, a wymarzony odpoczynek okaże się mniej filmowy niż na zdjęciach w internecie.

Bo Bóg nie przychodzi tylko do idealnych wakacji.

Przychodzi do prawdziwego życia.

A prawdziwe życie bywa piękne, chaotyczne, głośne, męczące, wzruszające i niedoskonałe jednocześnie.

Z czym wchodzę w te wakacje?

Może warto na początku wakacji zatrzymać się przy tym jednym zdaniu Jezusa i zapytać siebie bardzo uczciwie: czego ja się tak kurczowo trzymam, że zaczyna mi to zabierać pokój? Co jest dla mnie tak ważne, że czasem zasłania mi Boga i drugiego człowieka? Gdzie najbardziej boję się „stracić”, choć może właśnie tam Jezus chce mnie nauczyć większej wolności?

Nie trzeba od razu robić wielkich postanowień. Może wystarczy jedna mała decyzja. Że w wakacje nie rezygnuję z niedzielnej Mszy świętej. Że znajdę kilka minut na Ewangelię. Że spróbuję mniej narzekać. Że będę bardziej obecna dla bliskich. Że nie będę odpoczywać kosztem wszystkich dookoła. Że pozwolę Bogu wejść nie tylko w moje obowiązki, ale też w mój odpoczynek.

Bo wakacje naprawdę mogą być czasem łaski.

Nie dlatego, że wszystko będzie idealne. Nie dlatego, że uda się odpocząć dokładnie tak, jak sobie wymarzyliśmy. Ale dlatego, że w każdym czasie, także letnim, Jezus może pokazać nam życie głębsze niż nasze plany, zachcianki i lęki.

„Kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je”.

Może właśnie na początku wakacji warto usłyszeć w tych słowach nie groźbę, ale zaproszenie.

Do większej wolności.
Do mądrzejszego odpoczynku.
Do miłości, która nie kręci się wyłącznie wokół siebie.
Do Boga, który nie zabiera życia, ale uczy je odnajdywać naprawdę.

Komentarze

Copyright © Pani od religii