„Dość katolipy!” ks. Jana Kaczkowskiego – bo wiara nie może być bylejaka

Już sam tytuł tej książki jest bardzo w stylu ks. Jana Kaczkowskiego. „Dość katolipy!” brzmi zaczepnie, trochę bezczelnie i na pewno nie jak tytuł, którego spodziewalibyśmy się po księdzu. Kiedy jednak zaczyna się czytać, szybko okazuje się, że nie chodzi o tanią prowokację ani o wyśmiewanie Kościoła. Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że trzeba Kościół naprawdę kochać, żeby czasem odważyć się powiedzieć mu coś niewygodnego. Ks. Jan właśnie taki był – potrafił mówić bez kościelnego lukru, czasami ostro, czasami z ironią, ale za tym wszystkim stało bardzo poważne pytanie o jakość naszej wiary.

„Dość katolipy! O Jezusie celebrycie” ukazało się już po śmierci ks. Jana, w 2018 roku, nakładem wydawnictw Znak i RTCK. Nie jest to typowa książka pisana od początku do końca jako zwarta publikacja, ale materiał oparty na konferencji ks. Kaczkowskiego, stąd bardzo charakterystyczny język, bliski temu, jak mówił. Jest sporo humoru, dygresji i mocnych sformułowań, ale właśnie dzięki temu podczas czytania niemal słyszy się jego głos. Pod żartami kryją się natomiast sprawy całkiem serio: Kościół, Ewangelia, odpowiedzialność za to, jak przekazujemy wiarę, nasze religijne przyzwyczajenia i pytanie, czy za tym wszystkim rzeczywiście stoi żywa relacja z Chrystusem.

Tytułowa „katolipa” to dla mnie przede wszystkim katolicka bylejakość. Taka, którą czasami usprawiedliwiamy tym, że przecież robimy coś dla Boga albo dla Kościoła, więc jakoś to będzie. A przecież powinno być dokładnie odwrotnie. Jeżeli coś robimy dla Boga i dla ludzi, powinniśmy zrobić to najlepiej, jak potrafimy. Ta myśl jest mi szczególnie bliska jako katechetce, bo można mieć do przekazania dzieciom najpiękniejszą prawdę o Bogu, a podać ją w taki sposób, że pozostanie dla nich martwą informacją. Można przez lata prowadzić katechezę według tego samego schematu, mówić językiem, którego dzieci już nie rozumieją, a później narzekać, że nie są zainteresowane religią. Można też przygotować się, poszukać sposobu, który do nich dotrze, wysłuchać ich pytań i potraktować je poważnie. Ewangelia się nie zmienia, ale świat dzieci, do których z nią przychodzimy, już tak.

Ks. Kaczkowski sporo mówi o profesjonalizmie w Kościele i bardzo mi się to podoba. Przecież „kościelne” nie powinno znaczyć „byle jakie”. Dotyczy to katechezy, homilii, przygotowania liturgii, muzyki, parafialnej strony internetowej, spotkania z rodzicami czy zwyczajnej rozmowy z człowiekiem, który przyszedł do kancelarii. Czasami mam wrażenie, że przyzwyczailiśmy się do pewnych rzeczy tylko dlatego, że „zawsze tak było”. Tymczasem szacunek do człowieka również jest częścią naszego świadectwa. Jeżeli ktoś przychodzi do Kościoła, być może po wielu latach, być może z trudną historią i ogromnym lękiem, to sposób, w jaki zostanie potraktowany, naprawdę ma znaczenie.

Bardzo ciekawy jest też podtytuł książki: „O Jezusie celebrycie”. Jezus przecież przyciągał tłumy. Ludzie szli za Nim, chcieli Go słuchać, zobaczyć cud, dotknąć Go, przynieść swoich chorych. Nie zależało Mu jednak na popularności dla niej samej. Nie łagodził Ewangelii tylko po to, żeby zatrzymać słuchaczy, a kiedy chciano obwołać Go królem, usunął się. Czytając o tym dzisiaj, trudno nie pomyśleć również o współczesnej ewangelizacji. Mamy Facebook, Instagram, YouTube, podcasty, blogi, piękne grafiki i mnóstwo możliwości, których wcześniejsze pokolenia nie miały. Sama z nich korzystam i nie widzę w tym niczego złego. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy gdzieś po drodze ważniejszy od Chrystusa staje się człowiek, który o Nim mówi. Łatwo przecież zacząć od pragnienia dzielenia się wiarą, a po jakimś czasie bardziej przejmować się zasięgami, reakcjami i tym, czy ludzie lubią nas, niż tym, czy rzeczywiście prowadzimy ich do Boga.

Nie znaczy to oczywiście, że po przeczytaniu tej książki ze wszystkim, co mówi ks. Jan, trzeba się zgodzić. Ja zresztą nie lubię czytać książek w taki sposób. Ksiądz Kaczkowski miał własny temperament, bardzo charakterystyczny język i nie unikał mocnych ocen. Niektóre zdania mogą drażnić, z innymi można dyskutować, a jeszcze inne zmuszają do zatrzymania się właśnie dlatego, że nie są wygodne. Nie jest to Katechizm Kościoła Katolickiego ani dokument Magisterium, tylko zapis przemyśleń konkretnego księdza, dlatego warto czytać go właśnie w ten sposób – myśląc, sprawdzając i konfrontując to, co mówi, z Ewangelią.

Najbardziej zostało jednak ze mną coś, co wykracza daleko poza wszystkie kościelne niedociągnięcia, o których można byłoby długo opowiadać. Bardzo łatwo zauważyć „katolipę” u innych. Łatwo powiedzieć, że kazanie było nieprzygotowane, parafia działa jak trzydzieści lat temu, katecheta jest nudny, ksiądz nie potrafi rozmawiać z ludźmi, a ktoś w Kościele bardziej dba o własną pozycję niż o Ewangelię. Znacznie trudniej zapytać, ile takiej bylejakości wkradło się do mojej własnej wiary.

Bo przecież religijność też może stać się rutyną. Można zrobić znak krzyża i nawet nie zauważyć, że się go zrobiło. Można odpowiedzieć podczas Mszy świętej, nie zastanawiając się nad wypowiadanymi słowami. Można odmówić pacierz, myśląc przez cały czas o czymś zupełnie innym. Można uklęknąć przed Najświętszym Sakramentem, a później wrócić do domu i bez najmniejszego problemu zranić drugiego człowieka. Można bardzo głośno bronić chrześcijańskich wartości, a jednocześnie nie potrafić przeprosić, przebaczyć czy przyznać się do własnego błędu. I wcale nie oznacza to, że modlitwy, nabożeństwa, tradycje czy zewnętrzne gesty są niepotrzebne. Są potrzebne i piękne, jeśli prowadzą nas głębiej. Gorzej, kiedy zostaje sama forma, a gdzieś po drodze gubimy Tego, do którego miała nas prowadzić.

Podoba mi się również sposób, w jaki ks. Jan potrafił przywracać znaczenie słowom, które wypowiadamy niemal automatycznie. Choćby zwykłemu „Szczęść Boże”. Przecież to nie jest katolicka wersja „dzień dobry”. W tych dwóch słowach życzę drugiemu człowiekowi, żeby Bóg mu błogosławił, pomagał i był obecny w tym, co robi. Kiedy się nad tym zastanowić, nagle okazuje się, że zwyczajna formułka może stać się małą modlitwą. Podobnie jest z „Amen”, „Bóg zapłać”, znakiem krzyża czy przyklęknięciem przed tabernakulum. Nie potrzebujemy koniecznie nowych form. Czasami wystarczyłoby odzyskać znaczenie tych, które już mamy.

Czytając „Dość katolipy!”, pomyślałam też o tym, jak rozumiemy miłość do Kościoła. Dla mnie kochać Kościół nie oznacza udawać, że wszystko jest w nim dobre. Kościół jest święty świętością Chrystusa, ale tworzą go grzeszni ludzie i historia aż nadto pokazuje, do czego jesteśmy zdolni. Można więc kochać Kościół i jednocześnie mówić o tym, co wymaga naprawy. Można być wiernym Kościołowi, a zarazem nie zgadzać się na krzywdę, niekompetencję czy zwyczajną bylejakość. Tak jak w rodzinie – miłość nie polega przecież na udawaniu, że problemu nie ma. Czasami właśnie dlatego, że kochamy, nie chcemy milczeć.

Po tej książce nie marzy mi się więc Kościół bardziej nowoczesny, efektowny czy taki, który spodoba się wszystkim. Marzy mi się Kościół prawdziwy. Taki, w którym ksiądz nie boi się powiedzieć „nie wiem”, katecheta przygotowuje lekcję, bo szanuje swoich uczniów, człowiek zaangażowany w parafii pamięta, że służba nie daje mu władzy nad innymi, a osoba mówiąca o Bogu nie zasłania Go własną osobą. Kościół, w którym potrafimy przyznać się do błędu i naprawić to, co zepsuliśmy, zamiast za wszelką cenę bronić dobrego wizerunku.

I chyba dlatego prowokacyjny tytuł ks. Kaczkowskiego ostatecznie wcale mnie nie razi. Bo „dość katolipy” nie oznacza: dość Kościoła, tradycji, zasad czy wymagań. Odczytuję go zupełnie odwrotnie – dość wiary na pół gwizdka, religijnych gestów wykonywanych bezmyślnie, kościelnego „jakoś to będzie” i chrześcijaństwa, które świetnie wygląda z zewnątrz, ale niewiele zmienia w środku.

Najłatwiej po tej lekturze zrobić rachunek sumienia Kościołowi. Znacznie ciekawiej zrobić go sobie. Zapytać, czy moja modlitwa jest spotkaniem, czy obowiązkiem do odhaczenia, czy Eucharystia naprawdę ma wpływ na moje życie, czy sposób, w jaki traktuję ludzi, zgadza się z tym, co wyznaję w niedzielę, i czy mówiąc o Chrystusie, rzeczywiście pozwalam zobaczyć Jego, a nie przede wszystkim siebie.

Bo może największa „katolipa” zaczyna się właśnie wtedy, gdy tak bardzo przyzwyczajamy się do bycia katolikami, że przestajemy każdego dnia na nowo wybierać Chrystusa.

A na to rzeczywiście szkoda Ewangelii.

Komentarze

Copyright © Pani od religii