Marta i Maria – kiedy działanie zagłusza obecność

W domu Marty i Marii dzieje się coś bardzo zwyczajnego, a jednocześnie bardzo głębokiego. Jezus przychodzi w gościnę. Nie przemawia do tłumów, nie stoi na wzgórzu, nie naucza w świątyni, nie odpowiada na podchwytliwe pytania uczonych w Piśmie. Jest w domu. Blisko. W przestrzeni codzienności, gdzie ktoś musi otworzyć drzwi, przygotować miejsce, zadbać o posiłek, posprzątać, przynieść wodę, usiąść, posłuchać, przyjąć Go naprawdę.

I właśnie w tej domowej scenie spotykają się dwie siostry, które od wieków budzą w nas jakieś bardzo osobiste poruszenie. Marta krząta się i troszczy o wiele spraw. Maria siada u stóp Jezusa i słucha Jego słowa. Łatwo zrobić z tego prosty podział: Marta zajęta, Maria duchowa; Marta zabiegana, Maria święta; Marta od garnków, Maria od modlitwy. Tylko że Ewangelia rzadko jest aż tak płaska. Jezus nie przychodzi po to, żeby upokorzyć Martę ani przeciwstawić pracy modlitwie. On przychodzi dotknąć serca, które w dobrym działaniu zaczęło tracić pokój.

Marta robi coś dobrego. Przyjmuje Jezusa do domu. Służy Mu. Chce, żeby wszystko było jak należy. W tej trosce jest miłość, odpowiedzialność i gościnność, a więc rzeczy bardzo piękne. Chrześcijaństwo nie lekceważy działania. Przecież wiara bez uczynków byłaby martwa, a miłość, która nigdy nie przechodzi w konkret, łatwo staje się tylko ładnym słowem. Problem Marty nie polega na tym, że pracuje. Problem zaczyna się wtedy, gdy praca zabiera jej serce tak bardzo, że przestaje widzieć Tego, dla którego to wszystko robi.

To jest bardzo bliskie naszemu życiu. Można robić dobre rzeczy i jednocześnie oddalać się od pokoju. Można troszczyć się o dom, rodzinę, pracę, dzieci, parafię, szkołę, wspólnotę, lekcje, materiały, posiłki, zakupy i tysiąc drobiazgów, a w środku mieć coraz więcej napięcia. Można służyć innym, ale z ukrytą pretensją, że nikt nie widzi, nikt nie pomaga, nikt nie docenia. Można być bardzo potrzebnym człowiekiem i jednocześnie czuć się bardzo samotnie w swoim wysiłku.

Marta w pewnym momencie nie mówi już do Marii, tylko do Jezusa: „Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu?”. To zdanie jest tak prawdziwe, że trudno przejść obok niego obojętnie. Słychać w nim zmęczenie, żal, może poczucie niesprawiedliwości. Marta nie prosi tylko o pomoc. Ona pyta, czy Jezusowi jest obojętne to, że została sama. A przecież chyba każdy, kto kiedyś dźwigał za dużo, zna ten moment, w którym pod spodem pojawia się właśnie takie pytanie: czy ktoś w ogóle widzi, ile mnie to kosztuje?

Jezus odpowiada bardzo delikatnie, choć stanowczo: „Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego”. Nie odrzuca jej. Nie mówi, że jej służba jest nieważna. Woła ją po imieniu, dwa razy, jakby chciał ją zatrzymać nie przy kuchennym zamieszaniu, ale przy jej własnym sercu. Marta troszczy się o wiele, ale w tej trosce pojawił się niepokój, który zaczyna ją oddzielać od obecności Jezusa.

To właśnie jest sedno. Działanie samo w sobie nie musi zagłuszać obecności Boga. Może być modlitwą, jeśli wypływa z miłości i prowadzi do miłości. Może być służbą, jeśli zostawia w sercu miejsce na Jezusa. Może być święte, jeśli nie karmi pychy, pretensji i wiecznego napięcia. Ale działanie zaczyna zagłuszać obecność wtedy, gdy człowiek tak bardzo zajmuje się tym, co trzeba zrobić, że przestaje być z Tym, który jest najważniejszy.

Maria siedzi u stóp Jezusa i słucha. Nie dlatego, że jest leniwa. Nie dlatego, że codzienność jej nie dotyczy. Siedzenie u stóp nauczyciela oznacza postawę ucznia. Maria rozpoznaje chwilę łaski. Jezus jest w domu, Słowo jest blisko, trzeba słuchać. Nie wszystko da się odłożyć na później, ale czasem właśnie spotkanie z Panem jest tym, czego nie wolno odłożyć, bo bez niego wszystkie inne sprawy zaczynają się rozsypywać od środka.

To bardzo trudne dla ludzi odpowiedzialnych. Dla tych, którzy mają w głowie listę obowiązków, czują ciężar cudzych potrzeb i potrafią odpoczywać dopiero wtedy, gdy wszystko jest dopięte. Tylko że „wszystko” prawie nigdy nie jest dopięte. Zawsze zostaje pranie, wiadomość, obiad, dokument, rozmowa, zaległość, poprawka, telefon, ktoś do zaopiekowania i coś do zaplanowania. Gdyby człowiek czekał z modlitwą, aż cały świat będzie ogarnięty, mógłby nie usiąść u stóp Jezusa nigdy.

A Jezus nie mówi: najpierw wszystko uporządkuj, potem przyjdź. Mówi raczej: usiądź przy Mnie, bo bez tego zagubisz siebie nawet w dobrych rzeczach.

W tej Ewangelii nie chodzi o pogardę dla pracy. Marta jest potrzebna. Każdy dom potrzebuje Marty. Każda wspólnota, każda parafia, każda szkoła, każda rodzina potrzebuje ludzi, którzy zrobią konkret, przygotują, przypilnują, zadbają, zorganizują, podniosą, ugotują, napiszą, zawiozą, przyniosą i dopilnują szczegółów. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy w tym wszystkim zabraknie Marii. Gdy ręce są ciągle zajęte, a serce coraz rzadziej słucha. Gdy człowiek robi wiele dla Boga, ale coraz mniej jest z Bogiem.

To może przydarzyć się także w sprawach religijnych. Można przygotowywać katechezy, prowadzić grupy, pisać rozważania, dekorować kościół, organizować akcje, tworzyć materiały, pomagać przy parafii i robić mnóstwo dobrych rzeczy, a jednocześnie powoli tracić czułość wobec Jezusa. Można mówić o Nim innym, a samemu coraz rzadziej siadać przy Nim w ciszy. Można działać tak bardzo, że modlitwa staje się tylko kolejnym punktem do odhaczenia albo czymś, na co już nie wystarcza sił.

Wtedy serce Marty zaczyna wołać. Czasem przez rozdrażnienie. Czasem przez pretensje do innych. Czasem przez zmęczenie, które nie mija po jednej przespanej nocy. Czasem przez poczucie, że wszystko spoczywa na mnie. Czasem przez zazdrość wobec tych, którzy potrafią usiąść spokojniej, podczas gdy ja ciągle coś muszę. I może właśnie wtedy Jezus mówi najczulej: zatrzymaj się. Nie dlatego, że to, co robisz, jest bez sensu, ale dlatego, że Ja nie chcę tylko twojej pracy. Chcę ciebie.

To zdanie jest bardzo ważne. Bóg nie kocha nas za użyteczność. Nie kocha nas dopiero wtedy, gdy jesteśmy potrzebni, wydajni, pomocni, zorganizowani i zawsze gotowi. Nie patrzy na nas jak na listę zadań wykonanych poprawnie albo niepoprawnie. Kocha nas jako dzieci. Owszem, zaprasza do służby, do pracy, do miłości czynnej i konkretnej, ale nie chce, żebyśmy w tej służbie zgubili relację z Nim.

Maria wybrała najlepszą cząstkę, bo wybrała obecność. Nie ucieczkę od życia, ale źródło życia. Człowiek, który słucha Jezusa, nie staje się mniej zdolny do służby. Przeciwnie, służy mądrzej. Z mniejszą potrzebą kontrolowania wszystkiego. Z większą łagodnością. Bez ciągłego porównywania się z innymi. Bez ukrytej pretensji, że tylko ja robię, tylko ja widzę, tylko ja dźwigam. Obecność przy Jezusie nie zabiera działania, ale je oczyszcza.

Może dlatego w tej scenie nie trzeba wybierać między Martą a Marią tak, jakby jedna miała zostać odrzucona. W każdej z nas jest trochę Marty i trochę Marii. Jest część, która chce służyć, działać, zadbać i ogarnąć życie. Jest też część, która tęskni za ciszą, za słowem, za spojrzeniem Jezusa, za chwilą, w której nie trzeba nic udowadniać. Dojrzała wiara nie polega na tym, że przestajemy być Martą. Polega raczej na tym, że Marta uczy się wracać do Jezusa, zanim zmęczenie zamieni się w żal.

Czasem wystarczy naprawdę niewiele. Pięć minut ciszy przed rozpoczęciem dnia. Jedno zdanie z Ewangelii przeczytane bez pośpiechu. Krótka modlitwa w kuchni, przy biurku, w samochodzie, na spacerze. Wejście do kościoła choćby na chwilę. Powiedzenie: „Panie Jezu, robię dużo, ale nie chcę Cię zgubić”. To nie są wielkie rzeczy, ale one potrafią ocalić serce przed takim działaniem, które z zewnątrz wygląda dobrze, a w środku zostawia pustkę.

Warto też pozwolić Jezusowi wejść w nasze pretensje. Marta nie ukryła swojego żalu. Powiedziała go wprost. I może to jest lepsze niż udawanie, że wszystko jest pięknie. Modlitwa nie musi być zawsze spokojna i elegancka. Czasem może być bardzo prawdziwym wyznaniem: „Panie, jestem zmęczona. Mam dość. Czuję się sama. Robię tyle, a w środku tracę pokój”. Jezus nie odwraca się od takiej modlitwy. On właśnie tam może pokazać, że za naszym rozdrażnieniem często kryje się tęsknota za obecnością, której dawno sobie nie dałyśmy.

Marta i Maria uczą nas, że dom, praca, obowiązki i codzienność mogą stać się miejscem spotkania z Bogiem, ale tylko wtedy, gdy nie pozwolimy, żeby działanie całkiem zagłuszyło obecność. Jezus chce być blisko nie dopiero po wszystkim. Nie dopiero wtedy, gdy posprzątamy, przygotujemy, odpowiemy, zakończymy i wreszcie będziemy godne usiąść. On jest blisko teraz. W środku dnia. W tym, co pilne. W tym, co nas przerasta. W tym, co robimy z miłości, i w tym, co zaczęło nas męczyć bardziej, niż chcemy przyznać.

Może najpiękniejszą modlitwą Marty byłoby nie to, że przestała pracować, ale to, że pozwoliła Jezusowi odnaleźć ją w pracy. Że usłyszała swoje imię. Że zobaczyła, iż jej serce jest ważniejsze niż perfekcyjnie przygotowany dom. Że zrozumiała, iż obecność Pana nie jest nagrodą po wykonaniu wszystkich obowiązków, ale źródłem, z którego dopiero można dobrze służyć.

Nie chodzi więc o to, żeby mniej kochać przez działanie. Chodzi o to, żeby działanie nie przestało być miłością. Żeby nie zamieniło się w ciężar, pretensję i hałas, który zagłusza głos Jezusa. Żeby w środku codzienności znaleźć choć małe miejsce na słuchanie. Bo kiedy człowiek siada u stóp Pana, nawet na chwilę, zaczyna inaczej wracać do swoich obowiązków.

Spokojniej. Pokorniej. Z sercem, które pamięta, że najważniejsze nie jest to, ile zrobię, ale czy w tym wszystkim nie zgubię Tego, który przyszedł do mojego domu.

Komentarze

Copyright © Pani od religii