„Czarny humor, czyli o Kościele na wesoło” – ks. Piotr Pawlukiewicz i ks. Bogusław Kowalski
Po ostatnich książkach, które zostawiały mnie z całkiem poważnymi pytaniami o wiarę, kobiecość czy nasze miejsce w Kościele, tym razem sięgnęłam po coś zupełnie innego. Chociaż właściwie nie jestem pewna, czy „Czarny humor, czyli o Kościele na wesoło” rzeczywiście jest książką tak bardzo inną. Jest lekka, chwilami naprawdę zabawna, nie wymaga siedzenia z ołówkiem i zaznaczania ważnych fragmentów, a jednak pod tym całym śmiechem znalazłam coś, co w Kościele jest bardzo potrzebne – zwyczajny, zdrowy dystans do samych siebie.
Autorów raczej nie trzeba przedstawiać. Ks. Piotr Pawlukiewicz potrafił mówić o Bogu i człowieku tak, że słuchało się go jak dobrej opowieści, a jednocześnie po zakończeniu konferencji człowiek orientował się, że dostał całkiem konkretną porcję Ewangelii. Ks. Bogusław Kowalski również jest znany z poczucia humoru i ogromnej łatwości opowiadania. Panowie znali się i przyjaźnili przez wiele lat, więc kiedy spotkali się przed publicznością, żeby opowiadać o zabawnej stronie kościelnego życia, trudno było oczekiwać śmiertelnej powagi. I bardzo dobrze.
Warto od razu powiedzieć, skąd właściwie wzięła się ta książka, bo nie jest to klasyczna publikacja napisana wspólnie przez dwóch księży. Najpierw były nagrania „Czarny humor” i „Czarny humor 2”, a dopiero później powstała książka, w której zebrano anegdoty znane z tych spotkań i uzupełniono je o historie wcześniej niepublikowane. Pierwsze książkowe wydanie RTCK ukazało się w 2017 roku. To 160 stron opowieści z życia księży i parafii, wizyt duszpasterskich, ślubów, pogrzebów i wielu innych sytuacji, w których nawet przy najlepszych chęciach coś może pójść zupełnie nie tak.
I właśnie to podobało mi się najbardziej. Nie ma tu Kościoła z folderu reklamowego, w którym wszyscy zawsze wiedzą, co powiedzieć, ministrant nigdy niczego nie przewróci, ksiądz się nie przejęzyczy, organista nie zacznie nie tej pieśni, a podczas kolędy nie wydarzy się nic, czego później przez następnych dwadzieścia lat będzie się wspominać przy stole. Jest za to Kościół złożony z normalnych ludzi, którym zdarzają się gafy, pomyłki, nieporozumienia i sytuacje tak absurdalne, że pozostaje tylko się śmiać. Taki właśnie był zamysł autorów i wydawcy – pokazać trochę inne oblicze kościelnej codzienności.
A przecież każdy, kto trochę dłużej jest związany z parafią, katechezą czy jakąkolwiek działalnością kościelną, wie, że materiału na podobną książkę naprawdę nie trzeba długo szukać. Ja sama po tylu latach uczenia religii mogłabym pewnie dopisać do niej osobny rozdział z samych dziecięcych pytań i odpowiedzi. Dzieci mają zresztą niezwykły talent do zdejmowania z dorosłych nadmiernej powagi. Człowiek przygotuje piękną katechezę, ma w głowie głębokie teologiczne przesłanie, a potem jedno pytanie z ostatniej ławki sprowadza wszystko na ziemię. I czasem właśnie bardzo dobrze, że sprowadza.
Bo mam wrażenie, że my, katolicy, czasami za bardzo boimy się śmiać z samych siebie. Jakby powaga wiary wymagała od nas również poważnej miny. Oczywiście są rzeczy święte, z których żartować nie należy, i są granice, których dobry humor nie powinien przekraczać. Eucharystia, sakramenty, Bóg czy cierpienie drugiego człowieka nie są materiałem do drwin. Ale czymś zupełnie innym jest śmiech z naszych własnych przywar, kościelnych przyzwyczajeń, gaf czy sytuacji, w których jako ludzie okazujemy się po prostu ludźmi.
I chyba właśnie tę granicę obaj księża dobrze wyczuwają. Nie śmieją się z wiary. Śmieją się z siebie i z tego wszystkiego, co wydarza się wokół niej dlatego, że Kościół tworzą prawdziwi ludzie. W oficjalnym opisie nagrania RTCK przypomniano słowa o. Leona Knabita: „Z gębą jak cmentarz świata nie zbawisz!”. Brzmi zabawnie, ale jest w tym sporo prawdy.
Chrześcijaństwo przecież nie jest religią smutku. W centrum naszej wiary znajduje się Zmartwychwstanie. Ewangelia jest Dobrą Nowiną, a jednym z owoców Ducha Świętego jest radość. Nie oznacza to oczywiście, że człowiek wierzący powinien chodzić przez życie z przyklejonym uśmiechem i udawać, że nic go nie boli. Jezus płakał, cierpiał i przeżywał lęk. Chrześcijańska radość nie polega na wypieraniu trudnych rzeczy. Wyrasta raczej z przekonania, że nawet one nie mają ostatniego słowa.
Dlatego zdrowy humor może być czymś naprawdę dobrym również w Kościele. Człowiek, który potrafi śmiać się z własnej pomyłki, nie musi za wszelką cenę bronić swojego wizerunku. Ksiądz nie przestaje być księdzem dlatego, że pomylił słowa albo znalazł się podczas kolędy w absurdalnej sytuacji. Katecheta nie traci autorytetu, kiedy przyzna przed dziećmi, że czegoś nie wie albo sam się z siebie zaśmieje. Czasami jest dokładnie odwrotnie – dystans sprawia, że stajemy się bardziej ludzcy i łatwiej jest do nas podejść.
Po „Dość katolipy!” ks. Kaczkowskiego pisałam o tym, że Kościół nie powinien być byle jaki. „Czarny humor” dopowiada mi do tego coś jeszcze: Kościół nie musi być ponury. Możemy bardzo serio traktować Boga, Ewangelię i sakramenty, a jednocześnie nie traktować śmiertelnie serio samych siebie. Te dwie rzeczy wcale się nie wykluczają.
Może nawet odrobina dystansu bardzo nam się przydaje, bo łatwo zacząć myśleć, że wszystko zależy od nas. Że jeśli coś podczas uroczystości nie pójdzie zgodnie z planem, wydarzyła się katastrofa. Tymczasem świat się nie kończy. Bóg naprawdę poradzi sobie z naszymi pomyłkami, przejęzyczeniami i nieidealnie przygotowanymi sytuacjami. Czasami trzeba poprawić błąd, czasami przeprosić, a czasami wystarczy po prostu się roześmiać i iść dalej.
Nie szukałabym więc w „Czarnym humorze” wielkiego traktatu o duchowości ani kolejnej książki ks. Pawlukiewicza pełnej rozważań, które będziemy przepisywać do notesu. To przede wszystkim zbiór anegdot i właśnie takim powinien pozostać. Sam wydawca przedstawia go jako książkę mającą pokazać pełne humoru, zwyczajne życie księży i parafii. Czyta się ją szybko, można otworzyć właściwie w dowolnym miejscu, przeczytać kilka historii, pośmiać się i wrócić później.
A jednak coś z niej ze mną zostaje.
Lubię Kościół, w którym jest miejsce nie tylko na ciszę adoracji, powagę liturgii, modlitwę i trudne pytania, ale również na zwyczajną ludzką radość. Lubię księży, którzy nie budują wokół siebie pomnika i potrafią opowiedzieć o własnej wpadce. Lubię ludzi wierzących, którzy nie czują potrzeby obrażania się na każdy żart tylko dlatego, że dotyczy kościelnej codzienności. Świętość nie oznacza przecież ponurości.
Może nawet przeciwnie. Im mniej musimy udowadniać innym swoją doskonałość, tym łatwiej przyznać, że bywamy zabawni, nieporadni i zwyczajnie ludzcy.
A Kościół właśnie z takich ludzi jest zbudowany.
Z nas.
I dobrze czasem wspólnie się z tego pośmiać – a później wrócić do tego, co najważniejsze.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz