„Projekt Estera” o. Adama Szustaka OP – o pięknie, którego nie mierzy się lustrem

Po „Projekcie Judyta” przyszła kolej na Esterę i chyba już sam podtytuł tej książki mówi, wokół czego będą krążyć rozważania o. Adama Szustaka: „Czym jest piękno kobiety?”. Temat wydaje się dość oczywisty, dopóki człowiek nie spróbuje naprawdę odpowiedzieć na to pytanie. Bo czym właściwie jest piękna kobieta? Taka, która podoba się innym? Taka, która dobrze czuje się we własnym ciele? A może w ogóle nie powinniśmy przywiązywać wagi do wyglądu, skoro – jak często słyszymy – liczy się wnętrze? O. Szustak proponuje, żeby na chwilę odłożyć nasze odpowiedzi i zajrzeć do Biblii. Jego przewodniczką zostaje Estera, młoda Żydówka, która zostaje królową Persji, a później ryzykuje własnym życiem, żeby ocalić swój naród.

„Projekt Estera” wyrósł z wcześniejszej audiokonferencji, a książkowa wersja została wydana przez RTCK. Biblioteka Narodowa opisuje ją jako poradnik duchowy oraz rozważania i interpretację Księgi Estery, dotyczące między innymi kobiecości, piękna i rozwoju duchowego. W katalogu BN pierwsze wydanie datowane jest na 2019 rok i liczy 187 stron oraz 7 stron nienumerowanych, natomiast dostępne obecnie wydanie handlowe ma 196 stron. To ważne również dlatego, że nie mamy przed sobą komentarza biblijnego w ścisłym znaczeniu, ale autorskie rozważania dominikanina, który bierze biblijną historię i próbuje odczytać ją w odniesieniu do współczesnej kobiety.

I przyznam, że sam punkt wyjścia bardzo mi się podoba, bo żyjemy w świecie, który o kobiecym pięknie mówi właściwie bez przerwy, a jednocześnie chyba nigdy wcześniej kobiety nie były poddawane tylu ocenom. Za gruba, za chuda, za stara, za mało zadbana, za bardzo poprawiona, źle ubrana, niemodna, zbyt widoczna albo przeciwnie – zupełnie niezauważalna. Wystarczy kilka minut w mediach społecznościowych, żeby zobaczyć dziesiątki twarzy poprawionych filtrami i ciał ustawionych pod odpowiednim kątem. Nawet kiedy doskonale wiemy, jak powstają takie zdjęcia, gdzieś z tyłu głowy potrafi pojawić się pytanie: a dlaczego ja tak nie wyglądam?

O. Szustak mówi o tym dość bezpośrednio i momentami, jak to u niego, prowokacyjnie. Oficjalny opis książki mocno przeciwstawia biblijne rozumienie piękna utożsamianiu go z modą, makijażem czy atrakcyjnością seksualną. Nie odczytuję tego jednak jako wezwania, żeby wyrzucić kosmetyczkę, przestać chodzić do fryzjera i udowadniać światu, że wygląd nie ma żadnego znaczenia. Lubić ładne ubrania, pomalować się, zadbać o włosy czy po prostu dobrze czuć się ze swoim wyglądem nie jest przecież niczym złym. Problem zaczyna się gdzie indziej – wtedy, gdy od tego, czy podobam się innym, zaczynam uzależniać odpowiedź na pytanie, czy w ogóle jestem coś warta.

I właśnie tutaj historia Estery robi się znacznie ciekawsza niż opowieść o pięknej dziewczynie, która została królową.

Księga Estery rzeczywiście mówi o jej urodzie. Nie ma więc potrzeby udawać, że wygląd bohaterki był zupełnie bez znaczenia. Estera trafia na dwór króla Aswerusa, zdobywa jego przychylność i zostaje wybrana na królową. Gdyby jej historia skończyła się w tym miejscu, mielibyśmy właściwie baśń o pięknej dziewczynie, której uroda odmieniła życie. Biblia prowadzi nas jednak dalej. Nad narodem żydowskim zawisa groźba zagłady i nagle okazuje się, że królewska korona nie jest nagrodą, ale może stać się zadaniem.

Estera staje wtedy przed wyborem, którego nie da się już rozwiązać urodą. Może pozostać bezpieczna w pałacu albo zaryzykować wszystko. Wejście do króla bez wezwania może kosztować ją życie. I właśnie wtedy, kiedy ważą się losy jej narodu, Estera nie zaczyna od własnego sprytu. Prosi o post. Sama również pości, a dopiero później idzie do króla. W biblijnej opowieści piękna kobieta powoli odsłania więc coś znacznie ważniejszego niż piękną twarz – odwagę, odpowiedzialność, mądrość i gotowość do postawienia dobra innych ponad własnym bezpieczeństwem.

To chyba ten moment „Projektu Estera”, który przemawia do mnie najmocniej. Piękno w chrześcijańskim rozumieniu nie polega na tym, żeby przestać być kobietą i udawać, że ciało, uroda czy pragnienie podobania się nie istnieją. Chodzi raczej o właściwą kolejność. Człowiek nie otrzymuje swojej wartości od lustra ani od spojrzenia drugiego człowieka, bo otrzymał ją znacznie wcześniej – wraz z życiem od Boga. Jeśli o tym zapomnimy, zawsze znajdzie się ktoś ładniejszy, młodszy, szczuplejszy, bardziej zadbany i bardziej podziwiany. W takim wyścigu właściwie nie można wygrać.

O. Szustak rozwija w książce kilka charakterystycznych dla siebie obrazów. Pisze o „gracji”, królewskości kobiety, jej zdolności do wypowiedzenia zdecydowanego „nie”, o wpływie, jaki może mieć na innych, i o pięknie, które nie zatrzymuje uwagi wyłącznie na niej samej, ale potrafi zmieniać rzeczywistość wokół niej. W oficjalnym opisie RTCK właśnie ten „ocalający” wymiar piękna jest jednym z głównych motywów książki. Brzmi to momentami bardzo podniośle, ale pod tym językiem znajduje się myśl całkiem konkretna: można być pięknym człowiekiem w taki sposób, że innym przy nas jest lepiej, bezpieczniej i bliżej dobra.

Podobnie jak przy „Projekcie Judyta”, nie przyjmowałabym jednak każdego zdania o. Szustaka jako definicji katolickiej kobiecości. Autor ma swój styl, lubi mocne tezy i szerokie uogólnienia dotyczące kobiet i mężczyzn. W „Projekcie Estera” również ich nie brakuje. Niektóre dają do myślenia, inne mogą drażnić, z jeszcze innymi można zwyczajnie się nie zgodzić. I chyba warto sobie na to pozwolić. To nie jest dokument Kościoła o kobiecie, tylko książka konkretnego kaznodziei oparta na jego interpretacji biblijnej historii. Najlepiej więc czytać ją z otwartą głową, ale jeszcze lepiej – z Księgą Estery obok.

Bardzo podoba mi się natomiast myśl o królewskości, jeśli rozumieć ją po chrześcijańsku. Królowa nie dlatego jest królową, że wszyscy mają ją podziwiać i spełniać jej zachcianki. Estera odkrywa swoją królewskość wtedy, kiedy bierze odpowiedzialność za ludzi, których mogłaby pozostawić własnemu losowi. Jej pozycja zaczyna mieć sens dopiero wtedy, kiedy wykorzystuje ją nie dla siebie. To zupełnie odwraca nasze zwyczajne myślenie o pięknie. Świat często mówi: bądź piękna, żeby patrzyli na ciebie. Historia Estery podpowiada: odkryj w sobie takie piękno, dzięki któremu zaczniesz widzieć innych.

Jest jeszcze jeden fragment tej historii, do którego warto wrócić. Mardocheusz mówi Esterze, że być może właśnie ze względu na tę chwilę dostąpiła godności królowej. Bardzo lubię tę myśl. Czasem dostajemy coś, co traktujemy wyłącznie jako dar dla siebie – zdolność, pozycję, doświadczenie, wiedzę, możliwość wpływania na innych – a dopiero po czasie okazuje się, że zostało nam to powierzone również dla kogoś. Estera mogła cieszyć się koroną i wygodnym życiem. Tymczasem przychodzi moment, w którym musi odpowiedzieć sobie na pytanie, po co właściwie znalazła się w tym miejscu.

Może podobnie jest z kobiecym pięknem. Jeśli zatrzymuje się wyłącznie na pytaniu „czy jestem podziwiana?”, bardzo szybko staje się więzieniem, bo podziwu nigdy nie da się zgromadzić na zapas. Jeśli jednak piękno rozumiemy szerzej – jako sposób, w jaki odnosimy się do ludzi, jak mówimy, jak reagujemy na cudzą słabość, czy potrafimy stawać po stronie dobra, wnosić pokój, kochać, chronić i dodawać odwagi – nagle okazuje się, że z wiekiem wcale nie musimy go tracić. Być może jest dokładnie odwrotnie.

Nie chcę przy tym wpadać w drugą skrajność i pisać, że wygląd zupełnie się nie liczy, bo sama Biblia tak nie mówi. Estera była piękną kobietą. Można lubić własną kobiecość, dbać o siebie, cieszyć się ładnym ubraniem i uśmiechnąć się, kiedy ktoś powie nam komplement. Bylebyśmy nie pomyliły komplementu z odpowiedzią na pytanie, kim jesteśmy.

Bo zanim ktokolwiek spojrzał na nas z zachwytem albo przeciwnie – zanim ktoś sprawił, że poczułyśmy się niewystarczające – spojrzał na nas Bóg.

I chyba właśnie tutaj „Projekt Estera” spotyka się dla mnie najmocniej z chrześcijaństwem. Nie w próbie stworzenia kolejnej listy cech „idealnej kobiety”, bo takich list mamy już wystarczająco dużo. Raczej w przypomnieniu, że źródła własnego piękna trzeba szukać głębiej niż w cudzym spojrzeniu. W Stwórcy, który nie pomylił się, kiedy nas stworzył, i który każdej z nas dał znacznie więcej niż to, co można zobaczyć w lustrze.

Estera była piękna, ale nie jej uroda ocaliła naród. Ostatecznie zrobiły to jej odwaga, decyzja, odpowiedzialność i gotowość, żeby wykorzystać to, co otrzymała, dla innych.

I takie piękno rzeczywiście chciałabym w sobie pielęgnować. Takie, które nie pyta bez końca: „czy dobrze wyglądam w oczach świata?”, ale coraz częściej pyta: „co dobrego mogę zrobić z tym, kim jestem?”.

Bo lustro potrafi pokazać twarz.

Bóg widzi znacznie więcej. 

Komentarze

Copyright © Pani od religii