„Samarytanin, kapelusznice i kot, czyli jak skutecznie pomagać” – ks. Jan Kaczkowski o pomaganiu, które ma sens

Pomaganie innym wydaje się czymś oczywistym, zwłaszcza kiedy patrzymy na nie z perspektywy chrześcijaństwa. Od dzieciństwa słyszymy przecież o miłości bliźniego, uczynkach miłosierdzia i obowiązku dostrzegania ludzi potrzebujących. Znamy przypowieść o miłosiernym Samarytaninie i bez większego trudu potrafimy powiedzieć, jakie płynie z niej przesłanie. Znacznie trudniej zastosować je w codziennym życiu, szczególnie wtedy, kiedy pomoc wymaga naszego czasu, cierpliwości, rezygnacji z własnej wygody albo zmierzenia się z czyimś cierpieniem. Słuchając audiobooka „Samarytanin, kapelusznice i kot, czyli jak skutecznie pomagać”, wróciłam do pytania, które wydaje się bardzo proste, a jednak wcale takie nie jest. Czy każda pomoc rzeczywiście służy człowiekowi, któremu chcemy pomóc?

Ks. Jan Kaczkowski należy do tych duchownych, których słowa trudno pomylić z wypowiedziami kogokolwiek innego. Mówił bez zbędnego patosu, potrafił żartować z samego siebie, a jednocześnie podejmował tematy, od których wielu ludzi wolałoby odwrócić wzrok. Choroba, umieranie, cierpienie, bezradność i ludzka godność nie były dla niego jedynie zagadnieniami do rozważań. Jako współtwórca Puckiego Hospicjum pw. św. Ojca Pio przez lata spotykał ludzi w najtrudniejszych momentach ich życia. Sam również doświadczył poważnej choroby, dlatego jego spojrzenie na pomaganie wyrastało z bardzo konkretnej rzeczywistości.

Już sam tytuł audiobooka zwraca uwagę. Obok dobrze znanego Samarytanina pojawiają się kapelusznice i kot, co brzmi dość zaskakująco jak na opowieść o chrześcijańskiej miłości bliźniego. Taki nieoczywisty sposób mówienia był jednak charakterystyczny dla ks. Kaczkowskiego. Nie potrzebował uroczystego języka, żeby poruszać sprawy naprawdę ważne. Potrafił pokazywać ludzkie zachowania z humorem, a jednocześnie trafnie dostrzegać nasze słabości, przyzwyczajenia i sprzeczności.

Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie jest jednym z najpiękniejszych fragmentów Ewangelii, ale warto przyjrzeć się jej uważniej. Człowiek pobity przez zbójców leży przy drodze, a mijają go osoby, po których można byłoby spodziewać się pomocy. Dopiero Samarytanin, należący do społeczności pozostającej w konflikcie z Żydami, zatrzymuje się, opatruje rany poszkodowanego, zapewnia mu schronienie i pokrywa koszty dalszej opieki. Jezus pokazuje w ten sposób, że miłość bliźniego nie kończy się na deklaracjach, przynależności religijnej czy znajomości przykazań. Wyraża się w konkretnym działaniu wobec człowieka, który potrzebuje naszej obecności.

Zastanawiam się jednak, jak często skupiamy się wyłącznie na tym, że Samarytanin pomógł, pomijając sposób, w jaki to zrobił. Nie ograniczył się do współczucia ani kilku pocieszających słów. Zauważył rzeczywistą sytuację poszkodowanego i odpowiedział na jego potrzeby. Zrobił to, co w danym momencie było konieczne, a następnie zadbał o dalszą opiekę. Nie próbował udowodnić swojej dobroci ani uczynić z cierpienia drugiego człowieka okazji do pokazania własnej szlachetności.

To rozróżnienie wydaje mi się szczególnie ważne, ponieważ pomaganie może mieć również swoją mniej oczywistą stronę. Zdarza się, że tak bardzo chcemy komuś pomóc, iż przestajemy słuchać, czego ta osoba naprawdę potrzebuje. Udzielamy rad, których nikt od nas nie oczekuje, wyręczamy w sprawach, z którymi ktoś mógłby poradzić sobie samodzielnie, albo narzucamy rozwiązania, które nam wydają się najlepsze. Niekiedy bardziej zależy nam na poczuciu, że zrobiliśmy coś dobrego, niż na rzeczywistym dobru człowieka znajdującego się przed nami.

W swojej pracy nauczycielskiej i pedagogicznej bardzo często spotykam się z podobnymi sytuacjami. Dziecko ma trudność z wykonaniem zadania, więc dorosły natychmiast podpowiada odpowiedź. Uczeń nie potrafi rozwiązać konfliktu, dlatego ktoś od razu rozstrzyga sprawę za niego. Rodzic, chcąc oszczędzić dziecku przykrości, usuwa z jego drogi każdą przeszkodę. Wszystko to może wynikać z troski i najlepszych intencji, ale nie zawsze prowadzi do rozwoju. Czasami prawdziwa pomoc polega na cierpliwym towarzyszeniu, stworzeniu bezpiecznych warunków i pozwoleniu drugiemu człowiekowi na podjęcie własnego wysiłku.

Podobnie bywa w relacjach z dorosłymi. Kiedy ktoś przeżywa trudny okres, mamy ogromną pokusę, żeby natychmiast znaleźć rozwiązanie. Tymczasem osoba cierpiąca może wcale nie potrzebować kolejnej rady. Być może chce po prostu opowiedzieć o tym, co ją spotkało, bez obawy, że zostanie oceniona albo pouczona. Szczególnie trudne jest to w sytuacjach związanych z chorobą i umieraniem. Wtedy bardzo łatwo uciekać w pocieszające zdania, zapewnienia, że wszystko będzie dobrze, albo w religijne wyjaśnienia, które mają zagłuszyć naszą własną bezradność.

Ks. Kaczkowski wielokrotnie przypominał swoim życiem i działalnością, że człowiek ciężko chory nie przestaje być osobą posiadającą własne potrzeby, pragnienia, poczucie humoru i prawo do podejmowania decyzji. Choroba nie odbiera mu godności ani nie sprawia, że inni mogą dowolnie rozporządzać jego życiem. Pomaganie wymaga więc szacunku, uważności i umiejętności dostrzegania w chorym kogoś znacznie więcej niż pacjenta, którym trzeba się zaopiekować.

Myślę, że właśnie tutaj chrześcijańskie rozumienie miłosierdzia spotyka się z bardzo praktyczną mądrością. Miłosierdzie nie polega na patrzeniu na drugiego człowieka z góry. Nie jest również sposobem na udowodnienie własnej moralnej wyższości. W centrum znajduje się osoba, której chcemy pomóc, a nie nasze dobre samopoczucie wynikające z udzielonego wsparcia. To wymaga pokory, ponieważ czasami trzeba przyznać, że nie wiemy, co zrobić, albo że nasze dotychczasowe próby pomocy nie przynoszą oczekiwanych rezultatów.

Ważna jest także kwestia granic. W środowiskach chrześcijańskich zdarza się przekonanie, że dobry człowiek powinien zawsze być dostępny, nigdy nie odmawiać i nieustannie poświęcać się dla innych. Tymczasem skuteczne pomaganie wymaga również odpowiedzialności za własne możliwości. Człowiek przemęczony, pozbawiony odpoczynku i próbujący samodzielnie rozwiązać wszystkie problemy otoczenia prędzej czy później zaczyna odczuwać bezsilność. Umiejętność poproszenia o wsparcie, przekazania sprawy odpowiedniej osobie czy powiedzenia, że czegoś nie jesteśmy w stanie zrobić, nie musi oznaczać braku miłości bliźniego.

Wróciłam przy tej okazji do jeszcze jednej myśli. Pomaganie nie zawsze musi wiązać się z wielkimi gestami. Czasem będzie to odwiedzenie samotnej osoby, zrobienie zakupów choremu sąsiadowi, spokojne wysłuchanie kogoś, kto od dawna nie miał z kim porozmawiać, albo zauważenie człowieka, którego inni konsekwentnie pomijają. W codziennym pośpiechu łatwo przeoczyć takie sytuacje, ponieważ nie wydają się szczególnie spektakularne. A przecież właśnie w nich najczęściej sprawdza się nasza gotowość do życia Ewangelią.

Słuchanie ks. Kaczkowskiego ma dla mnie jeszcze jeden wymiar. Jego sposób mówienia o wierze przypomina, że chrześcijaństwo nie powinno być oderwane od zwyczajnego życia. Można pięknie mówić o miłosierdziu, a jednocześnie pozostawać obojętnym wobec człowieka siedzącego obok. Można znać przypowieść o Samarytaninie niemal na pamięć, a mimo to przechodzić obojętnie obok czyjejś samotności. Można też pomagać bardzo aktywnie, lecz zapominać o szacunku dla osoby, której tę pomoc oferujemy.

Właśnie dlatego tak ważne wydaje mi się słowo „skutecznie” zawarte w tytule. Dobra intencja jest początkiem, ale nie zawsze wystarcza. Pomoc powinna być przemyślana, dostosowana do sytuacji i udzielana w taki sposób, żeby rzeczywiście służyła drugiemu człowiekowi. Niekiedy wymaga to konkretnego działania, innym razem cierpliwego towarzyszenia, a czasami uznania, że ktoś inny posiada większą wiedzę i lepsze możliwości udzielenia wsparcia.

Audiobook „Samarytanin, kapelusznice i kot, czyli jak skutecznie pomagać” jest dla mnie dobrą okazją do zastanowienia się nad własnym sposobem reagowania na cudze potrzeby. Szczególnie poleciłabym go osobom, które na co dzień pracują z ludźmi, opiekują się bliskimi, angażują się w działalność charytatywną albo po prostu chcą mądrzej realizować przykazanie miłości bliźniego. To temat ważny zarówno dla osób wierzących, jak i dla każdego, kto dostrzega, że między chęcią pomagania a rzeczywistą pomocą może istnieć spora różnica.

Po takim spotkaniu z myślą ks. Jana Kaczkowskiego zostaje mi przekonanie, że nie wystarczy pytać siebie, czy zrobiłam dziś coś dobrego. Warto również zastanowić się, czy moje działanie rzeczywiście było dobre dla drugiego człowieka. Czy potrafiłam go wysłuchać, uszanować jego decyzję, dostrzec jego potrzeby i nie narzucać własnego sposobu rozwiązania problemu? Czy pomagałam dlatego, że ktoś potrzebował pomocy, czy może również dlatego, że sama chciałam poczuć się potrzebna?

Miłosierny Samarytanin nie zatrzymał się przy rannym człowieku po to, żeby udowodnić, jak dobrym jest człowiekiem. Zatrzymał się, ponieważ zobaczył kogoś, kto cierpiał i potrzebował pomocy. I chyba właśnie od takiego spojrzenia powinno zaczynać się każde prawdziwe miłosierdzie.

Komentarze

Copyright © Pani od religii