Miłosierny Samarytanin na wakacjach – czy umiem zauważyć

Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie znamy bardzo dobrze. Tak dobrze, że czasem przestaje nas poruszać. Kapłan przeszedł obok, lewita przeszedł obok, Samarytanin zatrzymał się, opatrzył rany, zawiózł do gospody i zadbał o człowieka, którego inni zostawili przy drodze. Piękna historia, jasne przesłanie, wiadomo, kto zachował się dobrze, a kto zawiódł. Tylko że Ewangelia nie jest po to, żebyśmy spokojnie ocenili bohaterów przypowieści i zamknęli temat. Ona zawsze w końcu pyta o nas. O nasze oczy, nasze serce, naszą drogę, nasze omijanie, nasze zatrzymywanie się i nasze usprawiedliwienia, które potrafią brzmieć bardzo rozsądnie.

Wakacje są ciekawym czasem dla tej przypowieści. Z jednej strony chcemy odpocząć, odsunąć od siebie problemy, nie zajmować się wszystkim i wszystkimi. Po całym roku pracy, szkoły, obowiązków i codziennego ogarniania mamy prawo marzyć o świętym spokoju. Chcemy po prostu dojechać na miejsce, wypić kawę, usiąść, popatrzeć na wodę, las albo góry i przez chwilę nie musieć ratować świata.

Z drugiej strony właśnie wtedy, w podróży, na plaży, na dworcu, w sklepie, w kościele w obcej miejscowości, na kolonii, w hotelu, przy drodze albo w kolejce po lody, bardzo łatwo sprawdzić, czy naprawdę umiemy zauważyć drugiego człowieka. Nie teoretycznie, nie w pięknych słowach, ale zwyczajnie. Czy widzimy kogoś, kto się pogubił, komu jest trudno, kto potrzebuje pomocy, cierpliwości albo choćby życzliwego spojrzenia.

Miłosierny Samarytanin nie zrobił wielkiego przemówienia o miłości bliźniego. On się zatrzymał. I może to jest pierwsza rzecz, której tak bardzo potrzebujemy się uczyć. Zatrzymać się. Nie tylko fizycznie, ale też wewnętrznie. Przestać na chwilę pędzić za własnym planem, własną wygodą, własnym zmęczeniem i własnym „ja już naprawdę nie mam siły”. Bo czasem człowiek przechodzi obok nie dlatego, że jest zły. Czasem przechodzi obok, bo jest zmęczony, rozproszony, zajęty, przekonany, że ktoś inny pomoże, albo po prostu nie chce komplikować sobie dnia.

A jednak Ewangelia pyta bardzo konkretnie: czy widzisz?

Czy widzisz starszą osobę, która nie radzi sobie z bagażem? Czy widzisz mamę z dziećmi, która wygląda, jakby zaraz miała się rozpłakać ze zmęczenia? Czy widzisz dziecko, które stoi z boku, bo nikt go nie zaprosił do zabawy? Czy widzisz kierowcę, który potrzebuje życzliwości, a nie kolejnego klaksonu? Czy widzisz sprzedawczynię, kelnera, ratownika, panią w informacji, człowieka sprzątającego, wszystkich tych ludzi, którzy w wakacje często pracują właśnie po to, żeby inni mogli odpocząć?

Wakacyjny Samarytanin nie musi robić rzeczy wielkich. Czasem wystarczy pomóc wnieść wózek po schodach, przepuścić kogoś w kolejce, podać wodę, spokojnie odpowiedzieć zamiast burknąć, zapytać, czy ktoś potrzebuje pomocy, uśmiechnąć się do osoby, której wszyscy mają już dość, nie komentować złośliwie cudzego zmęczenia. Czasem miłosierdzie wygląda bardzo zwyczajnie i dlatego łatwo je zlekceważyć.

Najtrudniejsze bywa to, że potrzebujący człowiek często przeszkadza naszym planom. Człowiek z przypowieści leżał przy drodze, a więc nie pojawił się w dogodnym momencie. Nie zapisał się wcześniej w kalendarzu. Nie zapytał, czy Samarytanin ma czas. Po prostu był. Poraniony, bezradny, niewygodny. Taki jest bliźni. Czasem pojawia się wtedy, kiedy jesteśmy w drodze, kiedy chcemy mieć spokój, kiedy mamy dość, kiedy nie planowaliśmy żadnej dodatkowej troski.

I tu zaczyna się prawdziwe pytanie o miłość. Bo łatwo kochać ludzi ogólnie, z daleka, pięknie i bez kosztów. Trudniej kochać człowieka konkretnego, który czegoś potrzebuje właśnie teraz. Trudniej zauważyć kogoś, kto nie pasuje do naszego wakacyjnego nastroju. Trudniej być cierpliwym, gdy miało być miło, lekko i bezproblemowo.

To oczywiście nie znaczy, że mamy w wakacje brać na siebie wszystko, rezygnować z odpoczynku i ratować każdego kosztem własnych granic. Miłosierdzie nie jest chaosem ani zgodą na to, żeby człowiek się całkiem wypalił. Samarytanin pomógł mądrze. Zatrzymał się, opatrzył rany, zawiózł człowieka w bezpieczne miejsce, zapłacił za opiekę i ruszył dalej. Nie urządził wielkiej sceny, nie próbował udowodnić, że jest bohaterem, ale zrobił to, co w tej chwili było potrzebne i możliwe.

To też jest ważne. Pomóc tyle, ile mogę. Zrobić dobro, które jest realne. Nie zawsze będę w stanie rozwiązać cudzy problem, ale mogę nie przejść obok obojętnie. Mogę zadzwonić po pomoc, mogę zapytać, mogę zareagować, mogę okazać szacunek, mogę pomodlić się za kogoś, mogę nie dokładać cierpienia tam, gdzie ktoś już ma go dość.

Czasem wakacje obnażają nasze serce bardziej niż zwykły czas. Kiedy jesteśmy zmęczeni, głodni, rozczarowani pogodą, zirytowani korkiem albo czyimś zachowaniem, bardzo szybko wychodzi z nas to, co zwykle próbujemy przykryć. I może właśnie wtedy przypowieść o miłosiernym Samarytaninie jest nam szczególnie potrzebna. Nie po to, żeby zepsuć odpoczynek poczuciem winy, ale żeby przypomnieć, że nawet w drodze, nawet w urlopie, nawet w letnim rozluźnieniu nadal jesteśmy uczniami Jezusa.

A uczeń Jezusa uczy się patrzeć.

Nie tylko na widoki, zdjęcia, atrakcje i własne plany. Uczy się patrzeć na człowieka. Na tego bliskiego i tego obcego. Na tego sympatycznego i tego trudniejszego. Na tego, którego łatwo polubić, i tego, przy którym trzeba się trochę bardziej przełamać.

Może w te wakacje warto zabrać ze sobą jedno proste postanowienie: chcę mieć oczy bardziej otwarte. Nie tylko aparat w telefonie, ale serce. Chcę zauważyć człowieka obok mnie. Nie przejść obojętnie, gdy ktoś naprawdę potrzebuje pomocy. Nie zamknąć się tak mocno w swoim odpoczynku, żeby nie było już we mnie miejsca na dobro.

Miłosierny Samarytanin pokazuje, że bliźnim staje się ten, kto podchodzi blisko. Nie ten, kto ma piękne poglądy. Nie ten, kto potrafi mądrze mówić o miłości. Nie ten, kto wie, jak powinno być. Bliźnim staje się człowiek, który widzi, wzrusza się, zatrzymuje i robi to, co może.

Może więc na początku wakacyjnych dróg, wyjazdów, spacerów i zwykłych letnich dni warto zapytać siebie spokojnie: kogo ja najczęściej omijam? Kogo nie chcę widzieć, bo jest mi niewygodnie? Przy kim usprawiedliwiam swoją obojętność zmęczeniem, pośpiechem albo tym, że to przecież nie moja sprawa?

Nie trzeba od razu szukać wielkich sytuacji. Wystarczy dzisiejszy dzień. Ktoś bliski, komu można odpowiedzieć łagodniej. Ktoś obcy, komu można pomóc. Ktoś zmęczony, kogo można nie oceniać. Ktoś samotny, komu można poświęcić chwilę. Ktoś trudny, za kogo można się pomodlić.

Bo droga do Jerycha nie jest tylko w przypowieści. Ona czasem biegnie przez wakacyjny parking, plażę, dworzec, sklep, rodzinny wyjazd, zatłoczony kościół, szkolną wycieczkę, rozmowę przy stole i zwyczajny dzień, w którym ktoś leży przy drodze naszego życia trochę bardziej poraniony, niż widać na pierwszy rzut oka.

I może właśnie tam Jezus pyta: czy umiesz zauważyć?

Komentarze

Copyright © Pani od religii