Rachunek sumienia na koniec lipca – co we mnie odpoczęło, a co nadal woła o uzdrowienie?

Koniec lipca przychodzi zwykle trochę niepostrzeżenie. Jeszcze niedawno zaczynały się wakacje, jeszcze mieliśmy wrażenie, że przed nami dużo czasu, długie dni, więcej oddechu, może kilka planów, może wyjazd, może zwyczajne bycie w domu, ale trochę wolniejsze. A tu nagle okazuje się, że jeden wakacyjny miesiąc już się kończy. Słońce nadal świeci, lato trwa, ale w kalendarzu robi się takie ciche miejsce, w którym warto na chwilę usiąść i zapytać siebie: co ten czas zrobił z moim sercem?

Nie chodzi o podsumowanie w stylu listy sukcesów. Ile razy odpoczęłam, ile książek przeczytałam, ile miejsc zobaczyłam, ile planów udało się zrealizować, ile razy było pięknie, a ile razy zupełnie nie tak, jak sobie wyobrażałam. Rachunek sumienia nie jest tabelką do rozliczenia wakacji. Jest raczej spokojnym stanięciem przed Bogiem z prawdą o sobie. Bez udawania, że wszystko było idealne, i bez katowania się tym, co nie wyszło.

Może właśnie koniec lipca jest dobrym momentem, żeby zapytać: co we mnie naprawdę odpoczęło? Czy odpoczęło tylko ciało, czy trochę także serce? Czy moja głowa choć na chwilę przestała pędzić? Czy udało mi się być bardziej obecną przy ludziach, a nie tylko obok nich? Czy w tym miesiącu znalazłam miejsce na Boga, czy raczej wakacje stały się kolejnym czasem, w którym wiele było spraw, zdjęć, planów, rozmów i zmęczenia, ale modlitwa znowu została gdzieś na marginesie?

To nie są pytania po to, żeby zepsuć sobie wieczór poczuciem winy. Pan Bóg nie zaprasza nas do rachunku sumienia jak surowy księgowy, który będzie sprawdzał, czy wszystko się zgadza. On zaprasza jak Ojciec, który chce pokazać, gdzie serce naprawdę odżyło, a gdzie nadal boli. Co się uspokoiło, a co tylko zostało przykryte wakacyjnym zamieszaniem. Co oddaliśmy Bogu, a co nadal trzymamy kurczowo w dłoniach.

Odpoczynek potrafi wiele odsłonić. W codziennym biegu łatwo tłumaczyć swoje napięcie obowiązkami. Jestem rozdrażniona, bo mam dużo pracy. Nie modlę się, bo nie mam czasu. Nie słucham uważnie, bo wszystko dzieje się naraz. Nie mam cierpliwości, bo jestem zmęczona. I często jest w tym sporo prawdy. Ale kiedy przychodzi choć trochę wolniejszy czas, może się okazać, że niektóre rzeczy nie znikają razem z obowiązkami. Nadal drażni nas czyjeś słowo. Nadal wraca lęk. Nadal trudno odpuścić kontrolę. Nadal nosimy w sobie pretensję, porównywanie, żal, smutek albo takie wewnętrzne napięcie, które nie chce odpocząć nawet wtedy, gdy ciało już leży w fotelu.

To nie musi nas przerażać. Może nas raczej zaprowadzić do Boga bardziej uczciwie. Bo rachunek sumienia nie polega tylko na znalezieniu grzechów i nazwaniu win. To także pytanie o kondycję serca. O miejsca, które potrzebują światła. O rany, które nadal reagują bólem. O nawyki, które zabierają pokój. O relacje, w których nie umiemy już mówić łagodnie. O modlitwę, która gdzieś osłabła. O dobro, które odkładamy, bo zawsze jest coś pilniejszego.

Można zapytać siebie bardzo prosto: co w lipcu było dla mnie łaską? Może jakiś spokojny poranek, rozmowa, powrót do modlitwy, niedzielna Msza święta w innym kościele, spacer, cisza, czas z dzieckiem, książka, chwila wdzięczności, pojednanie, odpoczynek bez wyrzutów sumienia. Czasem łaski są małe i łatwo je przeoczyć, bo człowiek czeka na coś większego. A przecież Pan Bóg często przychodzi właśnie w małych rzeczach, w zwyczajnym dniu, w prostym zdaniu, w tym jednym momencie, kiedy udało się nie odpowiedzieć złością albo powiedzieć: „Panie Jezu, dziękuję”.

Warto też zapytać: co mnie w tym miesiącu najbardziej męczyło? Nie tylko fizycznie, ale duchowo. Może ciągłe porównywanie się z innymi. Może poczucie, że moje wakacje są mniej ciekawe, mój dom mniej piękny, moje życie mniej uporządkowane niż cudze kadry w internecie. Może zmęczenie ludźmi, od których nie dało się odpocząć. Może lęk o dzieci, zdrowie, przyszłość, pieniądze, pracę. Może złość, która pojawiała się szybciej, niż chciałabym przyznać. Może smutek, że nawet odpoczynek nie przyniósł takiego ukojenia, na jakie czekałam.

Takie pytania wymagają czułości. Bardzo łatwo zrobić z rachunku sumienia bat na siebie. Wypunktować wszystko, co było złe, dołożyć sobie kilka oskarżeń i odejść od modlitwy jeszcze bardziej zmęczonym. Tymczasem chrześcijański rachunek sumienia powinien prowadzić do prawdy, ale prawdy wypowiedzianej w obecności miłosiernego Boga. Nie po to widzimy swoje słabości, żeby się w nich utopić. Widzimy je po to, żeby pozwolić Jezusowi wejść tam, gdzie sami nie umiemy już niczego naprawić.

Może pod koniec lipca warto stanąć przed Panem Jezusem bardzo zwyczajnie i powiedzieć: „Panie, to odpoczęło, dziękuję. A to nadal boli, proszę, dotknij”. Taka modlitwa może być piękniejsza niż najstaranniej ułożone słowa. Bo jest prawdziwa. Pokazuje Bogu nie tylko tę część nas, która jest wdzięczna, spokojna i ładnie poukładana, ale także tę, która nadal potrzebuje uzdrowienia.

Co we mnie odpoczęło? Może ciało, które wreszcie dostało trochę snu. Może głowa, która przez kilka dni nie musiała pamiętać o wszystkim. Może serce, które ucieszyło się prostą obecnością bliskich. Może wiara, która wróciła w jednym zdaniu Ewangelii. Może nadzieja, która była bardzo cicha, ale jednak nie zgasła.

A co nadal woła o uzdrowienie? Może rana po słowach, których nie umiem zapomnieć. Może relacja, w której jest więcej chłodu niż miłości. Może niepokój, który zabiera sen. Może potrzeba kontroli, przez którą trudno mi zaufać Bogu. Może zmęczenie, którego nie uleczy sam urlop, bo dotyka dużo głębiej niż kalendarza. Może obraz siebie, z którym ciągle walczę. Może grzech, do którego wracam, choć obiecuję sobie, że już nie.

Nie wszystko uzdrowi się w jeden wieczór. Nie każda rana zamknie się dlatego, że pięknie ją nazwiemy. Nie każda trudność zniknie po jednej modlitwie. Ale już samo przyniesienie jej Jezusowi jest początkiem. On nie gardzi sercem, które przychodzi poranione, zmęczone i nie do końca uporządkowane. Ewangelia jest pełna ludzi, którzy przychodzili do Niego nie wtedy, gdy byli idealni, ale wtedy, gdy potrzebowali ratunku.

Rachunek sumienia na koniec lipca może być więc bardzo prosty. Usiąść na chwilę. Zrobić znak krzyża. Poprosić Ducha Świętego o światło. Przejrzeć ten miesiąc bez pośpiechu. Zobaczyć dobro i za nie podziękować. Zobaczyć grzech i poprosić o przebaczenie. Zobaczyć rany i oddać je Jezusowi. Zobaczyć zmęczenie i pozwolić sobie nie udawać, że wszystko jest dobrze. Zobaczyć, gdzie Bóg był blisko, nawet jeśli w danej chwili tego nie czułam.

Można pomóc sobie kilkoma pytaniami: za co chcę podziękować Bogu po tym miesiącu? Kiedy czułam więcej pokoju? Co najbardziej zabierało mi radość? W jakich sytuacjach byłam mniej cierpliwa, mniej uważna, mniej życzliwa? Czy była we mnie wdzięczność, czy raczej ciągłe narzekanie? Czy znalazłam czas na modlitwę, Mszę świętą, Słowo Boże? Kogo powinnam przeprosić? Komu powinnam przebaczyć? Co chcę zabrać w sierpień, a czego nie chcę już dalej nieść?

To ostatnie pytanie wydaje mi się bardzo ważne. Bo czasem niesiemy rzeczy, których Bóg od dawna nie każe nam dźwigać. Niesiemy cudze opinie, stare urazy, poczucie winy, którego nie oddaliśmy w spowiedzi, lęk przed przyszłością, porównywanie, potrzebę bycia zawsze silną, zawsze potrzebną, zawsze odpowiedzialną za wszystko. A przecież Jezus mówi: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście”. Nie mówi: ogarnijcie się najpierw. Nie mówi: przyjdźcie, kiedy będziecie spokojni i dobrze zorganizowani. Mówi: przyjdźcie.

Może więc koniec lipca jest takim zaproszeniem. Nie do smutnego rozliczania siebie, ale do powrotu. Do Boga, który widział każdy dzień tego miesiąca. Każdą radość, każde zmęczenie, każdy upadek, każdą próbę dobra, każde niewypowiedziane „już nie mam siły”. On widział też te chwile, w których coś w nas odpoczęło. I te, w których ból nadal czekał, aż zostanie dotknięty łaską.

Niech ten rachunek sumienia będzie spokojny. Bez paniki, bez samobiczowania, bez udawania. Wystarczy stanąć przed Bogiem tak, jak się jest. Z lipcem, który był piękny albo trudny, udany albo poszarpany, pełen wyjazdów albo całkiem domowy. Z sercem, które może trochę odpoczęło, a może właśnie odkryło, jak bardzo jest zmęczone.

Panie Jezu, pokaż mi, co w tym miesiącu było Twoim darem. Pokaż mi, co we mnie wymaga przebaczenia, oczyszczenia i uzdrowienia. Naucz mnie dziękować za dobro, nie bać się prawdy o sobie i nieść w sierpień tylko to, co prowadzi mnie bliżej Ciebie.

Bo prawdziwy odpoczynek nie kończy się na tym, że ciało przestaje pracować. Prawdziwy odpoczynek zaczyna się wtedy, gdy serce pozwala Bogu wejść w swoje zmęczenie i usłyszy: nie musisz już dźwigać tego sama.

Komentarze

Copyright © Pani od religii