Marta, Maria i Łazarz – dom, w którym Jezus był naprawdę blisko

Są w Ewangelii takie miejsca, do których wraca się jak do domu. Betania jest właśnie takim miejscem. Niewielka miejscowość niedaleko Jerozolimy, dom Marty, Marii i Łazarza, zwyczajna przestrzeń, w której Jezus nie jest tylko Nauczycielem przemawiającym do tłumów, ale Kimś bliskim. Przyjacielem. Gościem. Tym, który siada przy stole, słucha, rozmawia, pozwala się przyjąć i sam wnosi w ten dom obecność, której nie da się zastąpić niczym innym.

Bardzo lubię myśleć o Betanii jako o domu, w którym Jezus mógł odpocząć. Przecież Jego życie publiczne było pełne drogi, spotkań, pytań, tłumów, cierpienia ludzi, oczekiwań, niezrozumienia i coraz większego napięcia przed tym, co miało wydarzyć się w Jerozolimie. A jednak jest taki dom, do którego przychodzi. Dom, w którym zna imiona. Marta, Maria, Łazarz. Każde z nich inne, każde kocha inaczej, każde pokazuje nam coś ważnego o relacji z Jezusem.

Marta kojarzy się nam najczęściej z krzątaniem. Z kobietą, która troszczy się o gości, pracuje, przygotowuje, dba o dom, chce, żeby wszystko było jak trzeba. I łatwo ją czasem potraktować z lekkim pobłażaniem, jakby była tą mniej duchową, zbyt zajętą garnkami, za bardzo zatroskaną o sprawy codzienne. A przecież Marta nie jest przeciwieństwem wiary. Ona kocha Jezusa bardzo konkretnie. Przyjmuje Go do domu, służy Mu, chce okazać miłość przez działanie. W jej postawie jest coś bardzo bliskiego wielu ludziom, szczególnie tym, którzy całe życie uczą się kochać przez troskę, obowiązki, przygotowany posiłek, ogarnięty dom, dopilnowane sprawy i bycie odpowiedzialnym za innych.

Problem Marty nie polega na tym, że pracuje. Praca, służba i troska są dobre. Problem zaczyna się wtedy, gdy serce w tej pracy traci pokój. Marta w pewnym momencie nie jest już tylko zajęta. Ona jest pochłonięta, zdenerwowana, może trochę osamotniona w swoim wysiłku. Patrzy na Marię i widzi nie siostrę słuchającą Jezusa, ale kogoś, kto jej nie pomaga. W jej zdaniu do Jezusa słychać żal: „Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu?”. To bardzo ludzkie. Ile razy człowiek robi coś dobrego, ale w środku narasta mu pretensja, że nikt nie widzi, nikt nie pomaga, nikt nie docenia.

Jezus nie upokarza Marty. Nie mówi jej, że jej praca nie ma sensu. Woła ją po imieniu, nawet dwa razy: „Marto, Marto”. W tym podwójnym imieniu jest czułość i zatrzymanie. Jakby mówił: zobacz, co się dzieje z twoim sercem. Nie chodzi tylko o posiłek. Chodzi o to, że jesteś niespokojna i martwisz się o wiele, a blisko ciebie jest Ten, którego najbardziej potrzebujesz.

Maria siedzi u stóp Jezusa i słucha Jego słowa. Ten obraz jest piękny, ale też bardzo wymagający. Maria wybiera obecność. Nie dlatego, że gardzi codziennością, ale dlatego, że rozpoznaje moment. Jezus jest w domu. Słowo jest blisko. Nie można tego przegapić. Są chwile, kiedy trzeba zostawić nawet ważne rzeczy, żeby usiąść przy Panu i posłuchać. Nie zawsze później będzie lepszy moment. Nie zawsze serce będzie gotowe. Nie zawsze codzienność sama zrobi nam miejsce na modlitwę.

W Marii widać tę część naszej duszy, która tęskni za ciszą i słowem Jezusa. W Marcie tę część, która chce kochać przez działanie, ale łatwo gubi pokój. I może wcale nie chodzi o to, żeby jedną siostrę przeciwstawić drugiej, jakby trzeba było wybrać: albo modlitwa, albo praca. Życie chrześcijańskie potrzebuje i słuchania, i służby. Potrzebuje serca Marii i rąk Marty. Tylko kolejność jest ważna. Najpierw trzeba pozwolić Jezusowi być Panem domu, a dopiero potem krzątać się wokół wszystkiego innego.

Bo można służyć Bogu, a jednocześnie coraz mniej z Nim być. Można robić wiele dobrych rzeczy, pomagać, organizować, przygotowywać, pracować dla innych, a w środku robić się coraz bardziej rozdrażnionym i samotnym. Można nawet w sprawach religijnych tak bardzo zająć się działaniem, że przestanie się słuchać Tego, dla którego to wszystko miało być. Betania przypomina, że Jezus nie chce tylko naszej pracy. On chce nas. Naszego serca, naszej obecności, naszej rozmowy z Nim, naszego zaufania.

W tym samym domu mieszkał Łazarz. O nim mówi się mniej, a przecież jego historia jest jedną z najbardziej poruszających w Ewangelii. Łazarz choruje, umiera, zostaje pochowany, a Jezus przychodzi po czterech dniach. Siostry cierpią. Marta wychodzi Mu naprzeciw, Maria płacze u Jego stóp, ludzie płaczą razem z nimi. To już nie jest tylko dom rozmowy i gościnności. To jest dom żałoby. Dom, w którym wydarzyło się coś, czego nikt nie chciał. Dom, w którym pojawia się pytanie, które wielu z nas zna aż za dobrze: „Panie, gdybyś tu był…”.

Marta mówi to bardzo odważnie: „Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł”. Maria powtarza podobne słowa. Nie ma w tym pustej formułki. Jest ból, zawód, wiara i niezrozumienie splecione razem. To ważne, bo Ewangelia nie pokazuje wiary jako czegoś cukierkowego, gdzie człowiek zawsze spokojnie przyjmuje wszystko z uśmiechem. W domu przyjaciół Jezusa też są łzy. Jest śmierć. Jest pytanie, dlaczego Pan nie przyszedł wcześniej.

A Jezus nie omija tych łez. Nie udaje, że nic się nie stało. Nie mówi: „Nie przesadzajcie, przecież zaraz wszystko naprawię”. On sam płacze. To jedno z najkrótszych, a jednocześnie najczulszych zdań Ewangelii: Jezus zapłakał. Syn Boży staje przed grobem przyjaciela i płacze z ludźmi, którzy płaczą. Zanim objawi swoją moc, objawia swoje serce. Pokazuje, że Bóg nie jest obojętny wobec ludzkiego bólu.

To bardzo ważne dla naszej wiary. Czasem chcielibyśmy, żeby Bóg od razu rozwiązał problem, cofnął stratę, uleczył ranę, przywrócił dawny porządek. A On najpierw przychodzi i jest. Płacze z nami. Staje przy grobie naszych nadziei, naszych strat, naszych rodzinnych ran, naszych miejsc, które po ludzku wydają się już zamknięte. Nie zawsze rozumiemy Jego czas. Marta i Maria też go nie rozumiały. Ale Betania uczy, że opóźnienie Boga nie jest Jego nieobecnością.

Przy grobie Łazarza Jezus wypowiada słowa, które należą do serca chrześcijańskiej nadziei: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem”. Nie mówi tylko, że kiedyś będzie zmartwychwstanie. Mówi, że On sam jest życiem. Marta odpowiada wyznaniem wiary: „Ja mocno wierzę, że Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży”. To piękny moment, bo właśnie Marta, ta sama, którą często pamiętamy głównie z kuchennego krzątania, wypowiada jedno z najmocniejszych wyznań wiary w Ewangelii. Nie wolno jej spłaszczać do obrazu kobiety zajętej obiadem. Marta jest uczennicą, która dojrzewa. Kocha, służy, cierpi, pyta i wierzy.

Łazarz wychodzi z grobu na głos Jezusa. To wydarzenie zapowiada moc Chrystusa nad śmiercią, ale dla tego domu musiało być też czymś bardzo osobistym. Brat wraca do sióstr. Dom, który był pełen żałoby, zostaje dotknięty życiem. Nie znamy wszystkich szczegółów ich późniejszych rozmów, ale możemy sobie wyobrazić, że po takim doświadczeniu nic nie było już takie samo. Kto widział, że Jezus woła z grobu do życia, inaczej patrzy na wszystko.

A potem Ewangelia pokazuje jeszcze jedną scenę w Betanii. Maria bierze drogocenny olejek i namaszcza stopy Jezusa, a dom napełnia się wonią. To gest miłości, wdzięczności i przeczucia tajemnicy, która zbliża się wielkimi krokami. Judasz patrzy na to chłodno, kalkuluje, przelicza, osądza. Jezus staje po stronie Marii. Ona znów robi coś, co nie mieści się w zwykłej logice użyteczności. Kocha hojnie. Nie wszystko w relacji z Bogiem da się przeliczyć na rozsądne kategorie. Są gesty, które mają sens tylko wtedy, gdy serce wie, kogo kocha.

Betania jest więc domem bardzo ewangelicznym. Jest tam praca Marty, słuchanie Marii, choroba Łazarza, łzy sióstr, przyjaźń Jezusa, wyznanie wiary, grób, który zostaje otwarty, i miłość, która rozlewa wonny olejek. To nie jest dom idealny, w którym wszyscy zawsze spokojnie siedzą przy stole i mówią wyłącznie piękne zdania. To dom prawdziwy. Z napięciem, zmęczeniem, śmiercią, żałobą, pytaniami, wdzięcznością i bliskością Jezusa.

Może właśnie dlatego ta historia jest nam tak bliska. Bo nasze domy też nie są idealne. Jest w nich krzątanie Marty, czasem potrzebne, czasem przesadzone. Jest tęsknota Marii za tym, żeby usiąść i posłuchać, choć ciągle coś woła z kuchni, telefonu, pracy albo codziennych obowiązków. Jest Łazarz, czyli ta część naszego życia, która potrzebuje zostać wywołana z grobu: relacja, nadzieja, wiara, pokój, radość, zaufanie, coś, co wydawało się już martwe.

Jezus chce być blisko właśnie takiego domu. Nie tylko domu posprzątanego, przygotowanego i pobożnie ułożonego. Chce wejść do domu, w którym czasem ktoś ma pretensje, ktoś płacze, ktoś nie rozumie, ktoś się spieszy, ktoś milczy, ktoś próbuje wierzyć mimo bólu. On nie przychodzi wyłącznie do idealnych rodzin i idealnych serc. Przychodzi tam, gdzie zostaje przyjęty.

Może warto zapytać siebie, czy mój dom jest Betanią. Nie w sensie nastrojowej dekoracji, ale w sensie obecności. Czy Jezus ma w nim miejsce? Czy jest Kimś, do kogo się wraca, z kim się rozmawia, przed kim można płakać, kogo można słuchać, komu można powiedzieć: „Panie, gdybyś tu był…”, ale też: „Wierzę, że Ty jesteś Synem Bożym”? Czy moja codzienność pozwala Mu być naprawdę blisko, czy tylko od święta, w pośpiechu i na marginesie?

Marta, Maria i Łazarz uczą, że bliskość Jezusa nie usuwa z życia wszystkich trudności, ale całkowicie zmienia sposób ich przeżywania. Gdy Jezus jest blisko, praca może stać się służbą, cisza modlitwą, łzy miejscem spotkania, a grób nie musi być ostatnim słowem. W Jego obecności dom przestaje być tylko adresem. Staje się miejscem, gdzie człowiek może być prawdziwy przed Bogiem.

I może właśnie tego najbardziej potrzebujemy. Nie wielkich deklaracji, nie idealnych warunków, nie domu bez problemów, ale przestrzeni, w której Jezus naprawdę jest przyjęty. Przy stole i przy łzach. W pracy i w odpoczynku. W modlitwie i w bezradności. W tym, co żywe, i w tym, co czeka na Jego głos.

Betania przypomina, że Bóg lubi być blisko człowieka. Tak blisko, że zna jego imię, siada w jego domu, słucha jego żalu, przyjmuje jego miłość i woła do życia to, co wydawało się stracone.

A dom, w którym Jezus jest naprawdę blisko, nie musi być idealny. Wystarczy, że otwiera Mu drzwi.

Maria Magdalena – kobieta, która szukała Jezusa do końca

Maria Magdalena jest jedną z tych postaci Ewangelii, wokół których narosło wiele wyobrażeń, dopowiedzeń i uproszczeń. Przez wieki bywała mylona z innymi kobietami występującymi w Ewangelii, czasem przedstawiana przede wszystkim przez pryzmat grzechu, pokuty albo łez. Tymczasem jeśli wrócimy spokojnie do Pisma Świętego, zobaczymy kobietę wierną, odważną i bardzo bliską Jezusowi. Kobietę, która została przez Niego uwolniona, szła za Nim, trwała przy krzyżu, przyszła do grobu i jako pierwsza usłyszała wieść o Zmartwychwstaniu.

Ewangelia mówi o niej konkretnie: Maria, zwana Magdaleną, z której wyszło siedem złych duchów. To zdanie nie daje nam wielu szczegółów, ale pokazuje coś bardzo ważnego. Jej spotkanie z Jezusem nie było dodatkiem do uporządkowanego życia. Ono było ratunkiem. Maria Magdalena wiedziała, co znaczy być dotkniętą ciemnością, zniewoleniem, cierpieniem, wewnętrznym rozbiciem. Wiedziała też, co znaczy zostać odnalezioną przez Tego, który nie odwraca się od człowieka poranionego.

Może dlatego jej miłość do Jezusa była tak wytrwała. Nie była oparta na ciekawości, chwilowym wzruszeniu ani zachwycie tłumu. Ona wiedziała, komu zawdzięcza życie. Człowiek, który naprawdę doświadczył miłosierdzia, nie patrzy już na Boga z daleka. Nie traktuje Go jak pięknej idei ani religijnego obowiązku. Zaczyna rozumieć, że bez Niego nie da się wrócić do siebie.

Maria Magdalena pojawia się wśród kobiet, które towarzyszyły Jezusowi i usługiwały Mu ze swego mienia. To też jest ważne. Ona nie tylko została uzdrowiona i wróciła do dawnego życia. Poszła za Jezusem. Jej wdzięczność stała się drogą uczennicy. Nie musiała zajmować pierwszego miejsca, nie wygłaszała wielkich mów, nie domagała się uwagi. Po prostu była blisko. Służyła. Szła. Trwała.

A potem przyszła godzina krzyża.

Wielu uczniów uciekło. Strach okazał się silniejszy niż wcześniejsze zapewnienia. W chwili największego cierpienia Jezusa pod krzyżem zostało niewielu. Wśród nich była Maria Magdalena. To jest obraz, który bardzo porusza. Ona nie mogła już nic zrobić w ludzkim sensie. Nie mogła cofnąć wyroku, zatrzymać żołnierzy, zdjąć cierpienia z Jezusa, zmienić biegu wydarzeń. Mogła tylko być. A czasem właśnie obecność jest najtrudniejszą formą miłości.

Trwać przy kimś, kto cierpi, nie uciekając od bólu, nie zasłaniając oczu, nie odwracając się, bo jest zbyt ciężko — to wielka rzecz. Maria Magdalena uczy takiej wierności, która nie kończy się wtedy, gdy robi się trudno. Łatwo iść za Jezusem, gdy tłumy słuchają, gdy dzieją się cuda, gdy serce płonie nadzieją. Dużo trudniej zostać, gdy wszystko wygląda jak porażka. Gdy Bóg milczy. Gdy nie ma odpowiedzi. Gdy po ludzku wydaje się, że dobro przegrało.

Maria Magdalena została.

A potem przyszła do grobu.

Ewangelia według świętego Jana pokazuje ją o świcie, kiedy jest jeszcze ciemno. Ten szczegół jest niezwykle piękny i prawdziwy. Maria idzie do grobu, zanim zacznie się dzień. W ciemności, z bólem, z miłością, która nie umie zostać daleko. Nie idzie tam, bo spodziewa się cudu. Idzie, bo kocha. Szuka Jezusa nawet wtedy, gdy według ludzkiej logiki wszystko już się skończyło.

To jest może jeden z najmocniejszych obrazów wiary. Szukać Jezusa, kiedy jest ciemno. Kiedy serce nie widzi sensu. Kiedy modlitwa jest bardziej płaczem niż spokojnym zawierzeniem. Kiedy człowiek nie ma już gotowych zdań i nie wie, co dalej. Maria Magdalena nie przyszła do grobu z gotową teologią zmartwychwstania. Przyszła z miłością i bólem. A Bóg właśnie w tym miejscu ją spotkał.

Kiedy zobaczyła pusty grób, nie od razu zrozumiała. Płakała. Szukała ciała Pana. Pytała, gdzie Go położono. To też jest bardzo ludzkie. Czasem Bóg działa już inaczej, niż się spodziewamy, a my nadal szukamy Go w miejscu straty. Trzymamy się tego, co znamy, nawet jeśli jest to grób, bo nie umiemy jeszcze zobaczyć, że On prowadzi nas ku życiu. Maria Magdalena stoi blisko największej tajemnicy, a jednak przez chwilę widzi tylko brak.

I wtedy Jezus wypowiada jej imię.

„Mario”.

Nie zaczyna od wielkiego wyjaśnienia. Nie daje wykładu o zmartwychwstaniu. Nie karci jej za łzy, niezrozumienie i zagubienie. Woła ją po imieniu. I dopiero wtedy ona rozpoznaje Pana.

To jedno słowo mówi bardzo wiele o tym, jak Bóg spotyka człowieka. Nie anonimowo, nie z daleka, nie jak część tłumu. Jezus zna imię tej, która Go szuka. Zna jej historię, jej ból, jej drogę, jej łzy i jej miłość. Maria Magdalena rozpoznaje Go nie przez argument, ale przez głos, który dociera do samego serca.

Może każdy z nas potrzebuje takiego momentu, w którym usłyszy, że Bóg nie mówi ogólnie do wszystkich, ale właśnie do mnie. Do mojego zmęczenia, mojego zagubienia, mojej historii, mojego grobu, przy którym czasem stoję i płaczę. Chrystus Zmartwychwstały nie jest ideą. Jest Żyjącym Panem, który zna moje imię.

Maria Magdalena otrzymuje potem misję: ma iść do braci i oznajmić im, że widziała Pana. Dlatego Kościół nazywa ją Apostołką Apostołów. To określenie jest bardzo wymowne. Kobieta, która szukała Jezusa w ciemności, staje się pierwszą zwiastunką poranka. Ta, która płakała przy grobie, niesie innym najważniejszą wiadomość: On żyje.

Jej droga pokazuje, że spotkanie z Jezusem nie zatrzymuje człowieka wyłącznie przy osobistym wzruszeniu. Maria nie może zatrzymać Zmartwychwstałego tylko dla siebie. Słyszy: „Nie zatrzymuj Mnie”. Miłość musi przejść w świadectwo. Kto naprawdę spotkał Chrystusa, zostaje posłany. Nie zawsze na wielkie misje, nie zawsze do tłumów, ale do konkretnych ludzi, którzy potrzebują usłyszeć nadzieję.

W Marii Magdalenie porusza mnie właśnie ta droga: od uwolnienia do wierności, od wierności do szukania, od szukania do spotkania, od spotkania do misji. Ona nie jest postacią jednego momentu. Jej życie jest odpowiedzią na miłosierdzie Jezusa. Nie wiemy o niej wszystkiego, ale wiemy wystarczająco dużo, żeby zobaczyć kobietę, która pozwoliła się ocalić i potem szła za swoim Panem aż do końca.

To bardzo ważne, żeby nie patrzeć na nią przez sensacyjne opowieści, domysły i uproszczenia. Ewangelia nie potrzebuje takich dodatków, żeby Maria Magdalena była fascynująca. Wystarczy to, co naprawdę o niej wiemy: była uczennicą Jezusa, doświadczyła Jego uzdrawiającej mocy, trwała pod krzyżem, przyszła do grobu, spotkała Zmartwychwstałego i została posłana, by oznajmić uczniom najważniejszą nowinę.

Jej historia jest szczególnie bliska każdemu, kto szuka Boga w czasie ciemności. Kto płacze przy jakimś grobie swojego życia. Przy stracie, rozczarowaniu, zmęczeniu, grzechu, samotności, trudnej przeszłości albo nadziei, która wydaje się martwa. Maria Magdalena uczy, że warto szukać Jezusa nawet wtedy, gdy nie rozumiemy. Warto zostać, gdy inni odchodzą. Warto przyjść o świcie, nawet jeśli w sercu jest jeszcze noc.

Bo Jezus czasem właśnie tam wypowiada nasze imię.

Nie zawsze od razu zmienia wszystko, co boli. Nie zawsze tłumaczy każdy szczegół. Ale przychodzi jako Żyjący. Przychodzi do człowieka, który Go szuka nie idealnie, ale wytrwale. I potrafi zamienić płacz przy grobie w świadectwo nadziei.

Maria Magdalena jest więc nie tylko kobietą przeszłości, jedną z postaci Ewangelii. Jest dla nas nauczycielką wiernej miłości. Pokazuje, że uczeń Jezusa to nie ten, kto zawsze wszystko rozumie, ale ten, kto nie przestaje szukać. Nie odchodzi, gdy robi się trudno. Nie zamyka serca w ciemności. Pozwala się zawołać po imieniu i potem niesie innym tę prostą, najważniejszą prawdę:

Widziałam Pana.

Może właśnie o to warto ją prosić — o serce, które szuka Jezusa do końca. O wierność, która zostaje pod krzyżem. O odwagę, która idzie do grobu mimo ciemności. O wiarę, która pozwala rozpoznać głos Zmartwychwstałego. I o miłość, która nie zatrzymuje Jezusa tylko dla siebie, ale niesie nadzieję dalej.

„Św. Rita. Moja ukochana święta” – książka o nadziei, która nie gaśnie

Są święci, do których zwracamy się szczególnie wtedy, gdy po ludzku wydaje się, że nie ma już żadnego wyjścia. Jedną z nich jest św. Rita z Cascii – patronka spraw trudnych i po ludzku beznadziejnych. Jej życie pokazuje jednak, że nadzieja nie rodzi się wtedy, gdy wszystko układa się po naszej myśli, ale wtedy, gdy mimo cierpienia człowiek nie przestaje ufać Bogu. Książka „Św. Rita. Moja ukochana święta. Życie, cuda, świadectwa, modlitwy” autorstwa Małgorzaty Pabis jest czymś więcej niż biografią. To obszerne opracowanie, w którym znajdziemy historię życia świętej, opisy cudów przypisywanych jej wstawiennictwu, współczesne świadectwa osób, które doświadczyły otrzymanych łask, a także rozbudowaną część modlitewną. Całość uzupełniają liczne fotografie miejsc związanych ze św. Ritą i jej kultem.

Najbardziej porusza mnie to, że autorka nie zatrzymuje się na samym opisie wydarzeń sprzed wieków. Pokazuje, że św. Rita wciąż inspiruje ludzi na całym świecie i że jej wstawiennictwa doświadczają również osoby żyjące współcześnie. Dzięki temu książka nie sprawia wrażenia odległej opowieści historycznej. Jest świadectwem wiary, która trwa i nadal przynosi owoce.

Historia św. Rity nie była łatwa. Została wydana za mąż wbrew własnym planom, doświadczyła przemocy, straciła męża i obu synów, a później wstąpiła do klasztoru augustianek. Mimo ogromnego cierpienia nie pozwoliła, by w jej sercu zagościła nienawiść. Przeciwnie – wybrała przebaczenie i całkowite zawierzenie Bogu. To właśnie ta postawa sprawiła, że do dziś jest dla wielu ludzi symbolem wytrwałości, pokoju i nadziei.

Czytając tę książkę, trudno nie zadać sobie pytania, czym jest prawdziwa ufność. Bardzo często prosimy Boga o rozwiązanie naszych problemów tu i teraz. Św. Rita przypomina, że wiara nie polega na tym, iż wszystko wydarzy się zgodnie z naszym planem. Polega na przekonaniu, że nawet wtedy, gdy droga wydaje się zamknięta, Bóg nadal prowadzi.

Podoba mi się również to, że autorka nie ogranicza książki wyłącznie do faktów z życia świętej. Współczesne świadectwa osób, które doświadczyły pomocy za jej wstawiennictwem, pokazują, że kult św. Rity nie jest jedynie piękną tradycją. Dla wielu ludzi stał się źródłem siły, pokoju i odwagi do przeżywania najtrudniejszych chwil. Nie są to legendy przekazywane z pokolenia na pokolenie, ale historie ludzi żyjących w naszych czasach.

To książka dla wszystkich, którzy chcą lepiej poznać św. Ritę, zrozumieć fenomen jej niezwykłej popularności i odkryć, dlaczego od wieków nazywana jest patronką spraw niemożliwych. Będzie wartościową lekturą zarówno dla osób od lat związanych z nabożeństwem do św. Rity, jak i dla tych, którzy dopiero zaczynają poznawać jej historię.

Po zamknięciu tej książki zostaje we mnie przede wszystkim jedno przekonanie – nie ma takiej sytuacji, której nie można powierzyć Bogu. Czasem odpowiedź przychodzi szybko, a czasem trzeba na nią długo czekać. Św. Rita uczy jednak, że nadzieja nigdy nie jest naiwnością, jeśli opiera się na zaufaniu Temu, który potrafi wyprowadzić dobro nawet z największego cierpienia.

Kiedy nie czuję Boga – wiara w czasie ciszy, zmęczenia i zwykłych dni

Są takie dni, kiedy wiara nie niesie człowieka na skrzydłach. Nie ma wzruszenia na modlitwie, nie ma poczucia bliskości, nie ma wewnętrznego światła, które wszystko porządkuje. Jest zwyczajny dzień, zmęczenie, obowiązki, myśli rozbiegane w różne strony i modlitwa, która bardziej przypomina powtarzanie słów niż spotkanie serca z Bogiem. Czasem człowiek klęka albo siada do modlitwy i nic. Cisza. Suchość. Rozproszenia. W głowie lista spraw do załatwienia, w sercu jakiś ciężar, w ciele zmęczenie, a gdzieś głębiej pytanie, którego może nawet boimy się wypowiedzieć: Panie Boże, gdzie jesteś?

Nie zawsze mówimy o tym głośno, bo wydaje nam się, że wierzący człowiek powinien czuć Boga wyraźnie. Powinien mieć pokój, zaufanie, radość i przynajmniej od czasu do czasu takie mocne przekonanie, że Pan Bóg jest blisko. A kiedy tego nie ma, zaczynamy się niepokoić. Może coś robię źle? Może moja modlitwa jest za słaba? Może oddaliłam się od Boga? Może gdybym była bardziej skupiona, bardziej gorliwa, bardziej uporządkowana, to czułabym więcej?

Tymczasem brak odczuwania Boga nie zawsze oznacza brak wiary. Czasem oznacza po prostu, że jesteśmy zmęczeni. Że życie przygniotło nas bardziej, niż chcemy przyznać. Że serce potrzebuje ciszy, odpoczynku, uzdrowienia i czasu. Czasem Bóg jest bardzo blisko, ale my jesteśmy tak przeciążeni hałasem, obowiązkami, lękiem albo własnym napięciem, że nie umiemy już tej bliskości rozpoznać.

Wiara nie polega tylko na odczuwaniu. To ważne, bo uczucia są piękne, ale zmienne. Jednego dnia modlitwa przynosi pokój, innego wydaje się sucha jak piasek. Jednego dnia słowo z Ewangelii dotyka serca, innego przechodzi obok jak zdanie przeczytane z przyzwyczajenia. Jednego dnia Msza święta jest głębokim spotkaniem, innego człowiek walczy ze zmęczeniem, rozproszeniem i myślą, czy na pewno wyłączył żelazko.

I to nie znaczy od razu, że coś się skończyło.

Może właśnie wtedy zaczyna się wiara bardziej cicha, mniej oparta na nastroju, a bardziej na decyzji. Taka, która mówi: Panie Jezu, nie czuję wiele, ale jestem. Nie umiem pięknie się modlić, ale chcę trwać. Nie widzę światła, ale nie chcę od Ciebie odchodzić. Nie mam wielkich słów, więc przynoszę Ci moje zmęczenie, milczenie i zwyczajny dzień.

Cisza Boga bywa trudna. Szczególnie wtedy, gdy człowiek naprawdę potrzebuje odpowiedzi. Modlimy się o coś, prosimy, czekamy, szukamy znaku, a zamiast tego przychodzi zwyczajność. Niebo nie otwiera się nad głową, sprawy nie układają się natychmiast, serce nie dostaje jasnej instrukcji, co dalej. I właśnie wtedy najłatwiej pomyśleć, że Bóg milczy, bo Go nie ma albo nie interesuje się naszym życiem.

A może Jego cisza nie zawsze jest nieobecnością. Może czasem jest zaproszeniem do głębszego zaufania. Do wiary, która nie opiera się wyłącznie na tym, co czuję dzisiaj. Do relacji, w której Bóg nie musi co chwilę udowadniać swojej obecności, żebym mogła Mu powiedzieć: ufam Ci, choć nie wszystko rozumiem.

To oczywiście nie jest łatwe. I nie ma sensu udawać, że jest. Są momenty, kiedy modlitwa kosztuje. Kiedy najchętniej odłożylibyśmy ją na później, bo przecież i tak nic nie czujemy. Kiedy słowa pacierza brzmią obco, a cisza zamiast koić, uwiera. W takich chwilach warto nie wymagać od siebie duchowych fajerwerków. Czasem modlitwą jest samo trwanie. Jedno zdanie. Znak krzyża. Westchnienie. Krótkie: „Jezu, zajmij się tym”. Albo nawet bardzo proste: „Panie, nie umiem dziś się modlić, ale jestem”.

Bóg nie potrzebuje od nas idealnej wersji człowieka wierzącego. Nie czeka wyłącznie na nasze piękne skupienie, wzruszenie i porządne myśli. Przychodzi także do zmęczenia, chaosu, rozproszenia, milczenia i zwykłej codzienności. Nie obraża się na naszą słabość. Nie odwraca się, kiedy modlitwa jest krótka, nieporadna i bardziej podobna do szeptu niż do wielkiego aktu pobożności.

Zwykłe dni są bardzo ważne dla wiary. Może nawet ważniejsze, niż nam się wydaje. Bo wielkie momenty duchowe pamiętamy długo, ale to codzienność pokazuje, czy naprawdę chcemy iść za Bogiem. Nie tylko wtedy, gdy jest pięknie, jasno i mocno, ale także wtedy, gdy trzeba wstać, zrobić swoje, być cierpliwym, nie powiedzieć za dużo, wrócić do modlitwy po przerwie, pójść na Mszę świętą bez wielkiego nastroju, przeczytać Ewangelię, choć serce nie płonie od pierwszego zdania.

W zwykłych dniach wiara często wygląda bardzo niepozornie. Jak uczciwość w pracy. Jak troska o rodzinę. Jak przeprosiny. Jak niedzielna Eucharystia, na którą idę nie dlatego, że wszystko we mnie śpiewa, ale dlatego, że wiem, Kto tam na mnie czeka. Jak modlitwa za kogoś, z kim jest mi trudno. Jak decyzja, żeby nie karmić w sobie goryczy. Jak wdzięczność za jedną małą rzecz, nawet jeśli cały dzień był ciężki.

Można wtedy odkryć coś bardzo ważnego: Bóg nie jest obecny tylko w chwilach odczuwalnego pokoju. Jest także w wierności. W tym, że mimo zmęczenia nie rezygnuję całkiem. W tym, że po kilku dniach ciszy wracam i mówię: Panie, znowu jestem. W tym, że pozwalam Mu być blisko mojego prawdziwego życia, a nie tylko tej części, którą łatwo pokazać jako ładną i pobożną.

Czasem pomagają bardzo proste rzeczy. Krótki spacer bez telefonu. Jedno zdanie z Psalmu. Chwila ciszy przy zapalonej świecy. Wejście na chwilę do kościoła, nawet jeśli nie umiem powiedzieć nic więcej. Spowiedź, jeśli serce od dawna nosi ciężar. Rozmowa z kimś mądrym i spokojnym. Sen, bo niektóre duchowe kryzysy bardzo mocno karmią się przemęczeniem. I łagodność wobec siebie, bo człowiek, który jest zmęczony, nie potrzebuje kolejnego wewnętrznego oskarżyciela.

Warto też uważać, żeby w czasie duchowej ciszy nie podejmować pochopnych decyzji. Kiedy nie czujemy Boga, łatwo uznać, że modlitwa nie ma sensu, że Msza święta nic nie daje, że wiara wygasła, że wszystko było tylko emocją. Tymczasem cisza może być etapem drogi, a nie jej końcem. Tak jak w relacjach z ludźmi nie każdy dzień jest pełen wzruszeń i pięknych rozmów, tak również w relacji z Bogiem przychodzą okresy prostego trwania. Mniej efektowne, ale bardzo prawdziwe.

Nie muszę czuć Boga, żeby On był. Tak jak dziecko nie zawsze widzi rodzica, a jednak pozostaje pod jego opieką. Tak jak słońce istnieje także wtedy, gdy zasłaniają je chmury. Tak jak korzenie rosną w ziemi po cichu, bez widocznego zachwytu na powierzchni. Bóg nie znika dlatego, że moje serce przeżywa zmęczenie, oschłość albo ciszę.

Może więc w takich dniach warto modlić się najprościej, jak się da. Bez udawania. Bez napinania się na wielkie przeżycia. Bez porównywania się z innymi. Można powiedzieć: „Panie Jezu, nie czuję Cię dzisiaj, ale wierzę, że jesteś. Pomóż mi trwać”. To może być bardzo głęboka modlitwa, choć nie wygląda efektownie.

Wiara w czasie ciszy jest jak małe światełko, które nie rozjaśnia od razu całego domu, ale pozwala zrobić następny krok. I czasem właśnie o ten jeden krok chodzi. O to, żeby nie uciec. Nie zamknąć serca. Nie uznać, że skoro nic nie czuję, to nic się nie dzieje. Bóg potrafi pracować w człowieku bardzo cicho. Czasem najgłębiej właśnie wtedy, gdy nam się wydaje, że nic się nie dzieje.

Jeśli więc przychodzi taki czas, kiedy nie czujesz Boga, nie spiesz się z osądzaniem swojej wiary. Może jesteś zmęczona. Może potrzebujesz odpoczynku. Może Pan Bóg prowadzi cię przez ciszę, żeby oczyścić twoją modlitwę z oczekiwania na ciągłe potwierdzenia. Może uczy cię zaufania, które nie opiera się tylko na wzruszeniu, ale na Jego wierności.

Nie musisz mieć dziś wielkich słów. Nie musisz czuć wszystkiego mocno. Nie musisz udowadniać Bogu, że jesteś doskonałym uczniem. Wystarczy, że zostaniesz. W zwykłym dniu. W krótkiej modlitwie. W niedzielnej Mszy. W jednym zdaniu Ewangelii. W cichym: „Panie, jestem”.

Bo Bóg naprawdę jest blisko także wtedy, gdy serce tego nie czuje. A wiara często dojrzewa właśnie tam, gdzie kończą się fajerwerki, a zaczyna się spokojne trwanie.

Modlitwa za dzieci podczas letniego wypoczynku

Letni wypoczynek dzieci ma w sobie dużo radości, ale każdy rodzic dobrze wie, że obok tej radości pojawia się też troska. Dziecko wyjeżdża na kolonie, obóz, do dziadków, na wakacje z rodziną, na półkolonie, pielgrzymkę albo po prostu spędza więcej czasu poza domem, na podwórku, nad wodą, w lesie, na placu zabaw. I choć bardzo chcemy, żeby odpoczęło, nabrało sił, pobyło z rówieśnikami, nacieszyło się latem i przez chwilę nie myślało o szkole, to w sercu dorosłych często odzywa się ciche: „Panie Boże, czuwaj”.

Bo dziecięcy wypoczynek nie jest tylko zmianą miejsca. To także nowe sytuacje, nowe osoby, więcej swobody, więcej ruchu, więcej emocji i czasem więcej okazji do decyzji, na które rodzic nie ma bezpośredniego wpływu. Dziecko uczy się samodzielności, radzenia sobie w grupie, proszenia o pomoc, dbania o swoje bezpieczeństwo, mówienia „nie”, gdy coś jest niewłaściwe, i wybierania dobra nawet wtedy, gdy nikt bliski nie stoi obok.

Dlatego modlitwa za dzieci podczas letniego wypoczynku jest tak potrzebna. Nie jako wyraz lęku, który chce wszystko kontrolować, ale jako spokojne oddanie Panu Bogu tych, których kochamy najbardziej. Rodzic, babcia, dziadek, wychowawca czy katecheta nie zawsze mogą być przy dziecku fizycznie. Nie zawsze mogą przypomnieć o czapce, wodzie, rozsądku, życzliwości, modlitwie i tym, żeby nie wchodzić tam, gdzie nie wolno. Mogą jednak powierzyć dziecko Temu, który widzi dalej i kocha jeszcze mocniej.

Warto modlić się o bezpieczeństwo, ale nie tylko o nie. Oczywiście prosimy Boga, żeby chronił dzieci w podróży, nad wodą, w górach, na drodze, podczas zabaw, wycieczek i wszystkich wakacyjnych przygód. Prosimy o mądrych dorosłych, uważnych opiekunów, dobrych kierowców, odpowiedzialnych ratowników, spokojne decyzje i ochronę przed lekkomyślnością. Ale równie ważna jest modlitwa o serce dziecka: żeby potrafiło wybierać dobro, nie wstydziło się modlitwy, umiało być życzliwe, nie wykluczało innych, miało odwagę powiedzieć prawdę i szukało pomocy, gdy coś je niepokoi.

Lato bywa dla dzieci czasem pięknych wspomnień, ale czasem też trudnych doświadczeń. Nie każde dziecko łatwo odnajduje się w grupie. Nie każde szybko zawiera znajomości. Nie każde potrafi powiedzieć, że tęskni, że się boi, że ktoś je zranił albo że nie rozumie zasad. Dlatego dobrze jest modlić się także za dzieci ciche, wrażliwe, wycofane, zagubione, za te, które po raz pierwszy śpią poza domem, i za te, które bardzo chcą być odważne, choć w środku mają sporo lęku.

Modlitwa za dzieci podczas wakacji może być bardzo prosta. Można odmówić ją przed wyjazdem, wieczorem, kiedy dziecko jest już poza domem, w dniu rozpoczęcia kolonii, obozu albo rodzinnego urlopu. Można wracać do niej codziennie krótkim zdaniem: „Panie Jezu, opiekuj się moim dzieckiem”. Czasem taka modlitwa jest jedyną rzeczą, którą możemy zrobić z oddalenia, ale to wcale nie znaczy, że jest mała. Serce powierzone Bogu nigdy nie jest bez opieki.

Warto też modlić się razem z dzieckiem, zanim wyjedzie. Nie długo i nie na siłę. Wystarczy kilka spokojnych słów, znak krzyża na czole, krótkie błogosławieństwo, przypomnienie: „Pan Jezus jest z tobą, nawet gdy nie ma nas obok”. Dziecko może nie powiedzieć wiele, może się zawstydzić albo przewrócić oczami, zwłaszcza jeśli jest starsze, ale takie gesty często zostają głębiej, niż nam się wydaje. Przychodzą potem w pamięci, kiedy dziecko jest samo, kiedy tęskni albo kiedy musi podjąć jakąś decyzję.

Nie chodzi o to, żeby straszyć dziecko światem i zamieniać modlitwę w listę zagrożeń. Wakacje mają być czasem radości. Dzieci potrzebują biegać, śmiać się, odkrywać, brudzić kolana, poznawać nowe miejsca, budować relacje i uczyć się trochę większej samodzielności. Modlitwa nie ma odbierać im tej radości, ale ją otulać. Ma przypominać, że Bóg jest blisko także wtedy, gdy dziecko śpi w namiocie, jedzie autokarem, pływa w jeziorze, idzie górską ścieżką, siedzi przy ognisku albo wraca zmęczone po całym dniu zabawy.

Dobrze jest też pomodlić się za dorosłych, którym powierzamy dzieci. Za wychowawców, animatorów, opiekunów, dziadków, rodziców kolegów, kierowców, ratowników i wszystkich, którzy będą blisko nich w czasie wypoczynku. Prosić dla nich o uważność, cierpliwość, roztropność i dobre serce. Dziecko potrzebuje bezpiecznego świata, ale ten świat bardzo często zaczyna się od odpowiedzialnych dorosłych.

Modlitwa za dzieci podczas letniego wypoczynku

Panie Jezu,
powierzam Ci dzieci, które rozpoczynają letni wypoczynek. Otocz je swoją opieką w domu, w podróży, na koloniach, obozach, u dziadków, nad wodą, w górach, w lesie, na placu zabaw i wszędzie tam, gdzie będą spędzać wakacyjny czas.

Chroń je od niebezpieczeństw, wypadków, lekkomyślności i złych decyzji. Daj im mądrość, ostrożność i odwagę, żeby potrafiły prosić o pomoc, mówić prawdę i wybierać to, co dobre. Postaw przy nich życzliwych ludzi, odpowiedzialnych opiekunów i dorosłych, którzy będą uważni na ich potrzeby.

Proszę Cię za dzieci, które są daleko od domu, które tęsknią, boją się albo trudno odnajdują się w grupie. Dodaj im pokoju, pewności, że są kochane, i odwagi do budowania dobrych relacji. Niech nie czują się samotne, odrzucone ani nieważne.

Pobłogosław ich zabawie, odpoczynkowi, rozmowom, przygodom i wszystkim pięknym chwilom, które zostaną w pamięci. Ucz je wdzięczności, dobroci, życzliwości i szacunku dla innych. Niech ten letni czas będzie dla nich bezpieczny, radosny i dobry dla ciała, serca i duszy.

Maryjo, otaczaj dzieci swoją matczyną opieką.
Aniele Stróżu, prowadź je każdego dnia.
Panie Jezu, bądź blisko nich i przyprowadź je szczęśliwie do domu.

Amen.

Modlitwa za dziecko jest jednym z najprostszych i najczulszych sposobów kochania. Nie zastępuje rozmowy, troski, rozsądku i odpowiedzialności, ale daje sercu rodzica coś, czego bardzo potrzebuje: świadomość, że dziecko nie jest tylko w naszych rękach. Jest także w rękach Boga.

A tam naprawdę jest bezpieczne.

5 prostych wakacyjnych zadań religijnych dla dzieci – bez nudy i bez przymusu

Wakacje to nie jest czas na dokładanie dzieciom kolejnych obowiązków. Po całym roku szkolnym naprawdę potrzebują oddechu, swobody, zabawy, dłuższego spania, biegania po dworze, siedzenia w piasku, zbierania kamyków, jedzenia lodów i takich dni, w których nikt nie pyta, czy zadanie jest już zrobione. Ale wakacje nie muszą oznaczać przerwy od Pana Boga. Nie chodzi o to, żeby dziecku urządzać w lipcu i sierpniu dodatkową lekcję religii przy kuchennym stole. Nie chodzi też o to, żeby wszystko zapisywać, sprawdzać, oceniać i pilnować z miną nauczyciela od niezapowiedzianej kartkówki. Wakacyjna wiara może być prosta, naturalna i bardzo bliska codzienności. Czasem wystarczy krótka rozmowa, mały gest, modlitwa przed podróżą, jedno zdanie z Ewangelii albo zadanie tak zwyczajne, że dziecko nawet nie poczuje, że „uczy się religii”.

Dzieci dużo łatwiej wchodzą w takie działania, kiedy nie są one przymusem. Jeśli coś ma smak zabawy, odkrywania, rodzinnej rozmowy albo małej przygody, zostaje w nich znacznie głębiej niż kolejna kartka wypełniona z obowiązku. Wiara nie rośnie od samego odhaczania zadań. Rośnie wtedy, gdy dziecko widzi, że Bóg jest obecny w życiu naprawdę: w domu, w drodze, na wakacjach, w przyrodzie, w relacjach, w radości i w małych decyzjach dobra.

Dlatego te wakacyjne zadania religijne nie są po to, żeby dzieci „miały co robić”, a rodzice mogli czuć, że zrealizowali program. One są raczej zaproszeniem do spokojnego zauważania Boga w zwyczajnych chwilach. Można wybrać jedno, można wracać do kilku, można je zmieniać po swojemu. Najważniejsze, żeby nie robić z nich kolejnego obowiązku, który od razu odbierze dziecku chęć.

1. Wakacyjny słoik wdzięczności

To jedno z najprostszych zadań, a jednocześnie bardzo pięknych. Wystarczy zwykły słoik, pudełko albo koperta i małe karteczki. Każdego dnia albo raz na kilka dni dziecko może zapisać lub narysować jedną rzecz, za którą chce podziękować Panu Bogu.

Nie muszą to być wielkie sprawy. Dzieci często najpiękniej dziękują za rzeczy bardzo proste: za lody, za kąpiel w jeziorze, za babcię, za psa, za nowego kolegę, za spacer, za naleśniki, za deszcz, po którym można było skakać po kałużach, za to, że tata miał czas, a mama się uśmiechnęła. I właśnie w tym jest sens tego zadania. Dziecko uczy się, że wdzięczność nie zaczyna się dopiero wtedy, gdy wydarzy się coś wyjątkowego. Ona może rodzić się w zwykłym dniu.

Pod koniec wakacji można razem otworzyć słoik i przeczytać te małe zapiski. To często wzruszający moment, bo nagle okazuje się, że lato było pełne dobra, którego w codziennym biegu łatwo byśmy nie zauważyli. Taki słoik może też stać się piękną pamiątką, nie tylko z wakacji, ale z rodzinnego uczenia się wdzięczności.

2. Kamyk dobrego serca

Dzieci uwielbiają zbierać kamienie. Dla dorosłego to często tylko kolejny kamyk w kieszeni, który potem ląduje w pralce albo na dnie plecaka, ale dla dziecka to bywa skarb. Warto wykorzystać ten naturalny dziecięcy zachwyt.

Podczas spaceru dziecko może znaleźć jeden kamyk, który mu się spodoba. Nie musi być idealny. Może być gładki, szorstki, jasny, ciemny, mały albo całkiem zwyczajny. Potem można porozmawiać o sercu. O tym, że czasem nasze serce też bywa twarde jak kamień, gdy nie chcemy przeprosić, gdy się obrażamy, gdy złościmy się na wszystkich albo gdy nie chcemy komuś pomóc. Można zapytać dziecko, co pomaga sercu stawać się bardziej dobrym: modlitwa, przebaczenie, rozmowa, przytulenie, dobre słowo, przeprosiny.

Taki kamyk można zabrać do domu i położyć przy łóżku albo na biurku. Może przypominać dziecku o jednym małym postanowieniu, na przykład: „dzisiaj spróbuję mówić łagodniej”, „pomogę komuś bez marudzenia”, „przeproszę, kiedy zrobię coś źle”. To nie musi być wielka deklaracja. Wystarczy jedna mała decyzja dobra.

3. Jedno zdanie z Ewangelii na tydzień

Nie każde dziecko będzie chciało w wakacje czytać długie fragmenty Pisma Świętego. I wcale nie trzeba zaczynać od wielkich planów. Czasem lepiej wybrać jedno krótkie zdanie z Ewangelii i wracać do niego przez kilka dni.

Może to być na przykład: „Nie bój się”, „Ja jestem z wami”, „Miłujcie się wzajemnie”, „Pójdź za Mną”, „Błogosławieni miłosierni”. Warto przeczytać takie zdanie spokojnie i zapytać dziecko, z czym mu się kojarzy. Kiedy może nam pomóc? Co Pan Jezus chce nam przez nie powiedzieć? Jak można je wprowadzić w życie dzisiaj?

Nie chodzi o przepytywanie ani o sprawdzanie poprawnej odpowiedzi. Dziecko ma poczuć, że Słowo Boże nie jest tylko czymś, co słyszy w kościele albo na lekcji religii. Ono może być blisko domu, wakacyjnego plecaka, podróży samochodem, wieczoru na działce i zwyczajnej rozmowy przy stole.

Można też zapisać to zdanie na małej kartce i włożyć do plecaka, powiesić na lodówce albo trzymać przy łóżku. Niech będzie jak małe światło na tydzień.

4. Wakacyjna mapa dobra

To zadanie świetnie sprawdzi się w domu, na kolonii, u dziadków albo podczas rodzinnego wyjazdu. Wystarczy kartka, na której dziecko narysuje prostą mapę wakacyjnych miejsc: dom, plażę, las, sklep, kościół, plac zabaw, drogę do babci, przystanek, jezioro, góry. Przy każdym miejscu można dopisać albo narysować jedno dobro, które można tam zrobić.

Na plaży można komuś pomóc pozbierać rzeczy porwane przez wiatr. W sklepie można powiedzieć „dzień dobry” i „dziękuję”. W kościele można pomodlić się za kogoś, kto jest chory. W domu można pomóc bez proszenia. U babci można posłuchać jej historii. Na placu zabaw można zaprosić do zabawy dziecko, które stoi samo. W podróży można nie narzekać przez całą drogę, choć to akurat bywa zadanie dla dzieci i dorosłych.

Taka mapa uczy bardzo ważnej rzeczy: dobro nie dzieje się tylko w wyjątkowych sytuacjach. Można je robić wszędzie. Nie trzeba czekać na wielką okazję. Czasem wystarczy zauważyć człowieka obok siebie i zrobić to, co jest możliwe.

5. Modlitwa z wakacyjnego dnia

Wieczorem można zaproponować dziecku bardzo prostą modlitwę złożoną z trzech zdań: za co dziś dziękuję, za co chcę przeprosić i o co proszę Pana Boga na jutro. To zadanie nie wymaga żadnych materiałów, a może pięknie porządkować serce.

Dziecko może powiedzieć: „Dziękuję za wycieczkę”, „Przepraszam, że krzyczałem na siostrę”, „Proszę, żeby jutro było dobrze”. I to wystarczy. Modlitwa nie musi być długa, żeby była prawdziwa. Czasem takie krótkie zdania są dla dziecka bardziej zrozumiałe niż gotowa formuła wypowiedziana bez zastanowienia.

Dorośli też mogą włączyć się w tę modlitwę. Dziecko bardzo dużo uczy się wtedy przez przykład. Jeśli usłyszy, że mama albo tata potrafią podziękować, przeprosić i poprosić Boga o pomoc, zobaczy, że modlitwa nie jest tylko dziecięcym obowiązkiem. Jest rozmową z Kimś bliskim.

Warto zadbać, żeby ta modlitwa nie zamieniła się w wieczorne przesłuchanie. To nie ma być lista win dziecka ani okazja do przypomnienia wszystkiego, co zrobiło źle. Lepiej, żeby była spokojnym zatrzymaniem po dniu, takim małym oddaniem Bogu radości, potknięć i planów na jutro.

Wakacyjne zadania religijne dla dzieci mają sens wtedy, gdy prowadzą do bliskości, a nie do presji. Nie muszą być idealnie wykonane. Nie muszą pięknie wyglądać na zdjęciu. Nie trzeba ich realizować codziennie i odhaczać jak kolejnej listy obowiązków. Wystarczy, że pomogą dziecku zauważyć Boga w tym, co proste: w przyrodzie, w drugim człowieku, w słowie „dziękuję”, w małym dobru, w krótkiej modlitwie i w rodzinnym czasie.

Wakacje mogą być odpoczynkiem od szkoły, ale nie muszą być odpoczynkiem od wiary. Pan Bóg naprawdę jest blisko także w letnim zamieszaniu, w podróży, na spacerze, wśród kamyków, muszelek, lodów, plecaków i dziecięcych pytań. A jeśli uda się przez te kilka tygodni nauczyć dziecko choć trochę większej wdzięczności, uważności i dobroci, to będzie to jedna z najpiękniejszych wakacyjnych lekcji. Taka bez zeszytu, bez ocen i bez przymusu, ale za to bardzo blisko serca.

Miłosierny Samarytanin na wakacjach – czy umiem zauważyć

Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie znamy bardzo dobrze. Tak dobrze, że czasem przestaje nas poruszać. Kapłan przeszedł obok, lewita przeszedł obok, Samarytanin zatrzymał się, opatrzył rany, zawiózł do gospody i zadbał o człowieka, którego inni zostawili przy drodze. Piękna historia, jasne przesłanie, wiadomo, kto zachował się dobrze, a kto zawiódł. Tylko że Ewangelia nie jest po to, żebyśmy spokojnie ocenili bohaterów przypowieści i zamknęli temat. Ona zawsze w końcu pyta o nas. O nasze oczy, nasze serce, naszą drogę, nasze omijanie, nasze zatrzymywanie się i nasze usprawiedliwienia, które potrafią brzmieć bardzo rozsądnie.

Wakacje są ciekawym czasem dla tej przypowieści. Z jednej strony chcemy odpocząć, odsunąć od siebie problemy, nie zajmować się wszystkim i wszystkimi. Po całym roku pracy, szkoły, obowiązków i codziennego ogarniania mamy prawo marzyć o świętym spokoju. Chcemy po prostu dojechać na miejsce, wypić kawę, usiąść, popatrzeć na wodę, las albo góry i przez chwilę nie musieć ratować świata.

Z drugiej strony właśnie wtedy, w podróży, na plaży, na dworcu, w sklepie, w kościele w obcej miejscowości, na kolonii, w hotelu, przy drodze albo w kolejce po lody, bardzo łatwo sprawdzić, czy naprawdę umiemy zauważyć drugiego człowieka. Nie teoretycznie, nie w pięknych słowach, ale zwyczajnie. Czy widzimy kogoś, kto się pogubił, komu jest trudno, kto potrzebuje pomocy, cierpliwości albo choćby życzliwego spojrzenia.

Miłosierny Samarytanin nie zrobił wielkiego przemówienia o miłości bliźniego. On się zatrzymał. I może to jest pierwsza rzecz, której tak bardzo potrzebujemy się uczyć. Zatrzymać się. Nie tylko fizycznie, ale też wewnętrznie. Przestać na chwilę pędzić za własnym planem, własną wygodą, własnym zmęczeniem i własnym „ja już naprawdę nie mam siły”. Bo czasem człowiek przechodzi obok nie dlatego, że jest zły. Czasem przechodzi obok, bo jest zmęczony, rozproszony, zajęty, przekonany, że ktoś inny pomoże, albo po prostu nie chce komplikować sobie dnia.

A jednak Ewangelia pyta bardzo konkretnie: czy widzisz?

Czy widzisz starszą osobę, która nie radzi sobie z bagażem? Czy widzisz mamę z dziećmi, która wygląda, jakby zaraz miała się rozpłakać ze zmęczenia? Czy widzisz dziecko, które stoi z boku, bo nikt go nie zaprosił do zabawy? Czy widzisz kierowcę, który potrzebuje życzliwości, a nie kolejnego klaksonu? Czy widzisz sprzedawczynię, kelnera, ratownika, panią w informacji, człowieka sprzątającego, wszystkich tych ludzi, którzy w wakacje często pracują właśnie po to, żeby inni mogli odpocząć?

Wakacyjny Samarytanin nie musi robić rzeczy wielkich. Czasem wystarczy pomóc wnieść wózek po schodach, przepuścić kogoś w kolejce, podać wodę, spokojnie odpowiedzieć zamiast burknąć, zapytać, czy ktoś potrzebuje pomocy, uśmiechnąć się do osoby, której wszyscy mają już dość, nie komentować złośliwie cudzego zmęczenia. Czasem miłosierdzie wygląda bardzo zwyczajnie i dlatego łatwo je zlekceważyć.

Najtrudniejsze bywa to, że potrzebujący człowiek często przeszkadza naszym planom. Człowiek z przypowieści leżał przy drodze, a więc nie pojawił się w dogodnym momencie. Nie zapisał się wcześniej w kalendarzu. Nie zapytał, czy Samarytanin ma czas. Po prostu był. Poraniony, bezradny, niewygodny. Taki jest bliźni. Czasem pojawia się wtedy, kiedy jesteśmy w drodze, kiedy chcemy mieć spokój, kiedy mamy dość, kiedy nie planowaliśmy żadnej dodatkowej troski.

I tu zaczyna się prawdziwe pytanie o miłość. Bo łatwo kochać ludzi ogólnie, z daleka, pięknie i bez kosztów. Trudniej kochać człowieka konkretnego, który czegoś potrzebuje właśnie teraz. Trudniej zauważyć kogoś, kto nie pasuje do naszego wakacyjnego nastroju. Trudniej być cierpliwym, gdy miało być miło, lekko i bezproblemowo.

To oczywiście nie znaczy, że mamy w wakacje brać na siebie wszystko, rezygnować z odpoczynku i ratować każdego kosztem własnych granic. Miłosierdzie nie jest chaosem ani zgodą na to, żeby człowiek się całkiem wypalił. Samarytanin pomógł mądrze. Zatrzymał się, opatrzył rany, zawiózł człowieka w bezpieczne miejsce, zapłacił za opiekę i ruszył dalej. Nie urządził wielkiej sceny, nie próbował udowodnić, że jest bohaterem, ale zrobił to, co w tej chwili było potrzebne i możliwe.

To też jest ważne. Pomóc tyle, ile mogę. Zrobić dobro, które jest realne. Nie zawsze będę w stanie rozwiązać cudzy problem, ale mogę nie przejść obok obojętnie. Mogę zadzwonić po pomoc, mogę zapytać, mogę zareagować, mogę okazać szacunek, mogę pomodlić się za kogoś, mogę nie dokładać cierpienia tam, gdzie ktoś już ma go dość.

Czasem wakacje obnażają nasze serce bardziej niż zwykły czas. Kiedy jesteśmy zmęczeni, głodni, rozczarowani pogodą, zirytowani korkiem albo czyimś zachowaniem, bardzo szybko wychodzi z nas to, co zwykle próbujemy przykryć. I może właśnie wtedy przypowieść o miłosiernym Samarytaninie jest nam szczególnie potrzebna. Nie po to, żeby zepsuć odpoczynek poczuciem winy, ale żeby przypomnieć, że nawet w drodze, nawet w urlopie, nawet w letnim rozluźnieniu nadal jesteśmy uczniami Jezusa.

A uczeń Jezusa uczy się patrzeć.

Nie tylko na widoki, zdjęcia, atrakcje i własne plany. Uczy się patrzeć na człowieka. Na tego bliskiego i tego obcego. Na tego sympatycznego i tego trudniejszego. Na tego, którego łatwo polubić, i tego, przy którym trzeba się trochę bardziej przełamać.

Może w te wakacje warto zabrać ze sobą jedno proste postanowienie: chcę mieć oczy bardziej otwarte. Nie tylko aparat w telefonie, ale serce. Chcę zauważyć człowieka obok mnie. Nie przejść obojętnie, gdy ktoś naprawdę potrzebuje pomocy. Nie zamknąć się tak mocno w swoim odpoczynku, żeby nie było już we mnie miejsca na dobro.

Miłosierny Samarytanin pokazuje, że bliźnim staje się ten, kto podchodzi blisko. Nie ten, kto ma piękne poglądy. Nie ten, kto potrafi mądrze mówić o miłości. Nie ten, kto wie, jak powinno być. Bliźnim staje się człowiek, który widzi, wzrusza się, zatrzymuje i robi to, co może.

Może więc na początku wakacyjnych dróg, wyjazdów, spacerów i zwykłych letnich dni warto zapytać siebie spokojnie: kogo ja najczęściej omijam? Kogo nie chcę widzieć, bo jest mi niewygodnie? Przy kim usprawiedliwiam swoją obojętność zmęczeniem, pośpiechem albo tym, że to przecież nie moja sprawa?

Nie trzeba od razu szukać wielkich sytuacji. Wystarczy dzisiejszy dzień. Ktoś bliski, komu można odpowiedzieć łagodniej. Ktoś obcy, komu można pomóc. Ktoś zmęczony, kogo można nie oceniać. Ktoś samotny, komu można poświęcić chwilę. Ktoś trudny, za kogo można się pomodlić.

Bo droga do Jerycha nie jest tylko w przypowieści. Ona czasem biegnie przez wakacyjny parking, plażę, dworzec, sklep, rodzinny wyjazd, zatłoczony kościół, szkolną wycieczkę, rozmowę przy stole i zwyczajny dzień, w którym ktoś leży przy drodze naszego życia trochę bardziej poraniony, niż widać na pierwszy rzut oka.

I może właśnie tam Jezus pyta: czy umiesz zauważyć?

„Eucharystia na dwa głosy” – kiedy Msza Święta przestaje być rutyną

Można uczestniczyć we Mszy Świętej przez całe życie i wciąż nie dostrzegać tego, jak wiele dzieje się w każdym jej momencie. Znak krzyża, odpowiedzi wiernych, procesja z darami, słowa konsekracji czy rozesłanie łatwo stają się czymś znanym do tego stopnia, że przestajemy zadawać sobie pytanie o ich znaczenie. Właśnie dlatego książka „Eucharystia na dwa głosy” ks. Krzysztofa Porosły i ks. Wojciecha Węgrzyniaka jest tak cenna. Nie proponuje nowej wizji Mszy Świętej, ale pomaga na nowo odkryć tę, którą przeżywamy od lat.

Autorzy patrzą na Eucharystię z dwóch uzupełniających się perspektyw. Ks. Wojciech Węgrzyniak, ceniony biblista, prowadzi czytelnika przez Słowo Boże i pokazuje, jak głęboko liturgia zakorzeniona jest w Piśmie Świętym. Ks. Krzysztof Porosło, liturgista, pomaga zrozumieć sens gestów, znaków i modlitw, które często wykonujemy niemal odruchowo. Dzięki temu książka nie jest wykładem ani podręcznikiem, lecz dialogiem dwóch kapłanów, którzy z pasją tłumaczą to, co dla chrześcijan stanowi centrum życia wiary.

Najbardziej urzeka mnie to, że autorzy nie zatrzymują się na wyjaśnianiu symboli. Pokazują, że liturgia nie jest zbiorem pięknych obrzędów ani religijnym spektaklem. Każdy gest prowadzi do spotkania z Chrystusem. Kiedy kapłan wypowiada słowa „Pan z wami”, kiedy wspólnie odmawiamy „Spowiadam się Bogu…”, kiedy słuchamy czytań czy podchodzimy do Komunii Świętej, uczestniczymy w rzeczywistości znacznie większej, niż jesteśmy w stanie dostrzec tylko oczami. To właśnie tę świadomość książka próbuje w czytelniku obudzić.

Bardzo podoba mi się również to, że autorzy nie poprzestają na teorii. Każdy rozdział kończy się krótkimi zadaniami i pytaniami do osobistej refleksji. Nie chodzi więc o zdobycie wiedzy, ale o przemianę sposobu przeżywania Eucharystii. To niewielka, licząca zaledwie 80 stron książka, jednak trudno ją przeczytać jednym tchem. Wiele myśli domaga się zatrzymania, powrotu do nich podczas kolejnej Mszy Świętej i sprawdzenia, czy rzeczywiście uczestniczę w niej świadomie, czy jedynie jestem obecna ciałem.

To lektura dla każdego, kto chce przeżywać Eucharystię głębiej. Nie trzeba być teologiem ani znać liturgicznych przepisów. Wystarczy pragnienie, by lepiej zrozumieć, co dzieje się podczas Mszy Świętej i dlaczego Kościół nazywa ją „źródłem i szczytem życia chrześcijańskiego”. Autorzy piszą prostym językiem, a jednocześnie nie spłycają tajemnicy, o której opowiadają.

Po lekturze tej książki trudno wejść do kościoła tak samo jak wcześniej. Człowiek zaczyna dostrzegać sens słów, które przez lata wypowiadał automatycznie, i odkrywa, że Eucharystia nie jest obowiązkiem wpisanym w niedzielny kalendarz. Jest spotkaniem z żywym Chrystusem, który czeka na człowieka przy każdym ołtarzu.

Myślę, że właśnie to jest największą wartością „Eucharystii na dwa głosy”. Nie sprawia, że wiemy więcej. Sprawia, że zaczynamy przeżywać więcej. I czasem właśnie taka zmiana jest początkiem najpiękniejszej drogi wiary.

Świętość bez wielkich słów – małe decyzje, które zmieniają serce

Świętość bardzo często kojarzy nam się z czymś wielkim. Z życiem męczenników, cudami, heroicznymi decyzjami, klasztorną ciszą, długą modlitwą, biografiami świętych, które czytamy z podziwem i lekkim poczuciem, że to jednak nie jest świat dla nas. Patrzymy na tych ludzi wyniesionych na ołtarze i myślimy czasem: oni byli inni. Odważniejsi, mocniejsi, bardziej konsekwentni, bardziej skupieni na Bogu. A my? My mamy pranie do rozwieszenia, obiad do zrobienia, pracę, dzieci, rachunki, zmęczenie, wiadomości do odpisania i zwykły dzień, który czasem bardziej przypomina próbę przetrwania niż drogę do świętości.

A jednak świętość nie zaczyna się dopiero wtedy, gdy dzieje się coś nadzwyczajnego. Bardzo często zaczyna się w miejscu, którego nikt by nie nazwał wyjątkowym. W kuchni, w samochodzie, w pracy, przy biurku, przy łóżku chorego dziecka, w kolejce, w rozmowie, w zmęczeniu, w sytuacji, w której można odpowiedzieć ostro, ale wybiera się łagodniej. W chwili, gdy człowiek ma ochotę postawić na swoim, a jednak zatrzymuje się na sekundę i pyta siebie: czy to naprawdę prowadzi do dobra?

Może właśnie dlatego tak łatwo przeoczyć świętość. Szukamy jej w wielkich słowach, a ona często kryje się w małych decyzjach. Nie zawsze pięknych z zewnątrz, nie zawsze zauważonych, nie zawsze takich, które można opowiedzieć komuś z dumą. Czasem świętość wygląda jak cierpliwe wysłuchanie kogoś, kto mówi za długo. Jak powstrzymanie komentarza, który byłby celny, ale zraniłby drugiego człowieka. Jak przyznanie się do błędu bez długiego tłumaczenia, że właściwie to wcale nie moja wina. Jak zrobienie czegoś dobrego bez czekania, aż ktoś podziękuje.

Wielkie słowa bywają łatwe. Można pięknie mówić o miłości, przebaczeniu, pokorze, cierpliwości i zaufaniu Bogu, a potem w zwyczajnym życiu potknąć się o najprostsze rzeczy. O ton głosu. O spojrzenie. O obojętność. O małą złośliwość rzuconą niby żartem. O potrzebę, żeby mieć ostatnie zdanie. O narzekanie, które tak łatwo rozlewa się po całym dniu i zatruwa atmosferę bardziej, niż chcielibyśmy przyznać.

Dlatego świętość bez wielkich słów jest taka prawdziwa. Ona nie udaje, że człowiek nagle staje się aniołem. Nie zakłada, że od jutra będziemy zawsze spokojni, wyrozumiali, pogodni i gotowi do poświęceń. Raczej zaprasza do jednego kroku. Do tej jednej decyzji, którą mogę podjąć dzisiaj. Teraz. W tej rozmowie. W tym domu. W tej pracy. W tym zmęczeniu. W tej relacji, która nie jest łatwa.

Czasem taką decyzją jest milczenie, ale nie to obrażone i ciężkie, które ma ukarać drugiego człowieka. Chodzi o milczenie, które zatrzymuje słowo wypowiedziane w złości. O tę krótką chwilę, w której człowiek gryzie się w język i myśli: nie muszę tego mówić, nawet jeśli mam rację. Nie każde zdanie, które jest prawdziwe, musi być wypowiedziane natychmiast i w najostrzejszej formie. Świętość czasem zaczyna się od tego, że nie dokładamy ognia tam, gdzie i tak jest już za dużo dymu.

Innym razem świętość ma twarz przeprosin. Takich zwyczajnych, bez wykładu na temat okoliczności łagodzących. „Przepraszam, źle powiedziałam”. „Przepraszam, poniosło mnie”. „Przepraszam, nie powinnam była tak zareagować”. To są krótkie zdania, ale dla naszego ego bywają bardzo trudne. Wymagają zejścia z piedestału własnej nieomylności i przyznania, że nawet jeśli miałam powód do zmęczenia, smutku czy zdenerwowania, to nie wszystko, co zrobiłam pod wpływem tych emocji, było dobre.

Świętość może też oznaczać wdzięczność. Niby nic wielkiego, a jednak człowiek, który uczy się dziękować, zaczyna inaczej patrzeć na życie. Przestaje widzieć tylko braki, opóźnienia, niedoskonałości i to, co nie wyszło. Zaczyna zauważać kubek ciepłej herbaty, spokojny poranek, czyjąś pomoc, uśmiech dziecka, wiadomość od bliskiej osoby, słońce po kilku pochmurnych dniach, siły na kolejny dzień. Wdzięczność nie rozwiązuje wszystkich problemów, ale zmienia sposób, w jaki niesiemy codzienność.

Są też decyzje, które wydają się bardzo małe, a w środku kosztują nas więcej, niż ktokolwiek widzi. Nie odpowiedzieć złośliwością na złośliwość. Nie obgadać kogoś, choć rozmowa aż się o to prosi. Nie pielęgnować urazy tylko dlatego, że daje dziwne poczucie przewagi. Pomodlić się za osobę, z którą jest nam trudno. Zrobić swoje uczciwie, nawet jeśli nikt nie sprawdza. Wybrać obecność zamiast telefonu. Dać komuś czas, choć planowaliśmy mieć go tylko dla siebie.

To są właśnie te małe decyzje, które zmieniają serce. Nie od razu, nie spektakularnie, nie tak, że po jednym akcie cierpliwości człowiek budzi się następnego dnia jako święty z aureolą i łagodnym uśmiechem. Serce zmienia się powoli. Przez powtarzane wybory. Przez wracanie po upadku. Przez zgodę na to, że z Bogiem zaczynam jeszcze raz, nawet jeśli wczoraj znowu nie wyszło tak, jak chciałam.

Bardzo lubię myśl, że świętość nie polega na tym, żeby nigdy się nie przewrócić, ale żeby nie urządzić sobie mieszkania w miejscu upadku. Każdemu zdarza się zareagować źle, powiedzieć za dużo, zamknąć się w sobie, pomylić, zranić, uciec od dobra, które było do zrobienia. Ważne jest, co robimy potem. Czy usprawiedliwiamy się do końca świata, czy jednak pozwalamy Bogu dotknąć naszego serca i powiedzieć: wstań, spróbuj jeszcze raz.

Pan Jezus nie czeka na nas dopiero na końcu drogi, kiedy będziemy już piękni, spokojni i duchowo dopracowani. On przychodzi do codzienności takiej, jaka jest. Do kuchni z niepozmywanymi kubkami, do samochodu pełnego napięcia, do klasy, w której trudno o cierpliwość, do pracy, w której ktoś znowu powiedział coś przykrego, do wieczoru, w którym człowiek czuje, że nie ma już siły być miły. I właśnie tam zaprasza nas do małej decyzji. Nie do udawania świętości, ale do wybrania dobra na miarę tej chwili.

Świętość bez wielkich słów może być bardzo cicha. Nikt jej nie zauważy, nikt nie pochwali, nikt nie zrobi z niej pięknego wpisu ani uroczystego świadectwa. Ale Bóg widzi. Widzi ten moment, kiedy odpuszczasz. Kiedy przebaczasz. Kiedy wracasz do modlitwy po długiej przerwie. Kiedy wybierasz uczciwość. Kiedy troszczysz się o kogoś, choć jesteś zmęczona. Kiedy przestajesz karmić w sobie żal. Kiedy nie rezygnujesz z dobra tylko dlatego, że nikt go nie docenia.

Warto też pamiętać, że małe decyzje mają wielką siłę, bo kształtują nas bardziej niż jednorazowe wzruszenia. Można przeżyć piękne rekolekcje, wysłuchać poruszającej konferencji, przeczytać mądrą książkę i naprawdę poczuć, że chce się żyć bliżej Boga. Ale potem przychodzi poniedziałek, zwykły obiad, zmęczone dzieci, trudna rozmowa, praca, korek, rachunki i cała codzienność, która bardzo szybko sprawdza, co z tego wzruszenia zostanie w praktyce. To nie znaczy, że wielkie duchowe momenty są nieważne. Są potrzebne. Tylko że one mają nas prowadzić do życia, a życie składa się właśnie z małych wyborów.

Może dzisiaj nie trzeba wymyślać niczego wielkiego. Może wystarczy zapytać siebie: jaka jedna decyzja może dziś trochę bardziej upodobnić moje serce do Serca Jezusa? Może to będzie łagodniejsze słowo. Może rezygnacja z narzekania. Może telefon do kogoś, kogo odkładam od tygodni. Może modlitwa za osobę, której nie potrafię jeszcze dobrze życzyć. Może zgoda na odpoczynek bez poczucia winy. Może uczciwe „przepraszam”. Może wdzięczność za coś małego, czego wczoraj nawet nie zauważyłam.

Świętość nie zawsze nosi wielkie imiona i nie zawsze dzieje się w miejscach, które wyglądają święcie. Czasem przychodzi w fartuchu kuchennym, z torbą zakupów, przy dziecięcym łóżku, w szkolnym korytarzu, przy biurku, w kolejce do lekarza, w wiadomości wysłanej po długim milczeniu. Czasem zaczyna się od decyzji tak małej, że nikt poza Bogiem jej nie zauważy.

Ale jeśli ta decyzja prowadzi do większej miłości, to naprawdę ma znaczenie.

Bo serce nie zmienia się tylko od wielkich słów. Serce zmienia się od małych wyborów, które podejmujemy z Bogiem, dzień po dniu.

Krótka modlitwa przed podróżą – dla rodziny, dzieci i kierowców

Podróż często zaczyna się dużo wcześniej niż w chwili, gdy przekręcamy kluczyk w stacyjce albo wsiadamy do pociągu. Zaczyna się od pakowania, sprawdzania dokumentów, szukania ładowarki, kanapek na drogę, ulubionej maskotki dziecka, leków na chorobę lokomocyjną, kremu z filtrem, butelki wody i tej jednej rzeczy, której oczywiście nikt nie może znaleźć, chociaż jeszcze przed chwilą leżała na wierzchu.


W domach z dziećmi wyjazd rzadko wygląda jak spokojna scena z filmu. Ktoś marudzi, ktoś pyta po raz dziesiąty, kiedy będziemy na miejscu, ktoś przypomina sobie w ostatniej chwili, że miał zabrać coś bardzo ważnego, a dorośli próbują jednocześnie zachować cierpliwość, dopiąć walizki i nie pokłócić się jeszcze przed wyjazdem z podjazdu.

I właśnie w takim momencie warto się zatrzymać choćby na chwilę.

Nie na długo. Nie po to, żeby wszystko nagle zrobiło się idealne. Wystarczy znak krzyża, jedno spokojne zdanie, krótka modlitwa wypowiedziana przy drzwiach, w samochodzie, na dworcu albo już w drodze. Taka modlitwa nie zabiera czasu, a potrafi ustawić serce inaczej. Przypomina, że nie jedziemy sami. Że można powierzyć Bogu drogę, kierowcę, pasażerów, dzieci, zmęczenie, pośpiech, pogodę, decyzje na trasie i wszystkie sytuacje, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć.

Modlitwa przed podróżą jest bardzo prostym gestem zaufania. Nie oznacza, że przestajemy być odpowiedzialni. Nadal zapinamy pasy, sprawdzamy samochód, robimy przerwy, nie siadamy za kierownicę przemęczeni, nie ścigamy się z czasem i nie udajemy, że ostrożność jest brakiem wiary. Przeciwnie, człowiek wierzący wie, że Boża opieka nie zwalnia nas z rozsądku. Modlitwa i odpowiedzialność pięknie się uzupełniają.

Dzieci bardzo dużo uczą się przez takie małe gesty. Jeśli przed podróżą widzą, że rodzice robią znak krzyża i powierzają drogę Panu Bogu, zapamiętują coś ważnego: Bóg jest obecny także poza kościołem, także w samochodzie, autobusie, pociągu, samolocie, na wakacyjnej trasie i w zwyczajnym rodzinnym zamieszaniu. Wiara nie jest czymś odłożonym na niedzielę. Ona może wejść w codzienność, nawet w tę bardzo praktyczną, pełną walizek, map, korków i pytań z tylnego siedzenia.

Warto modlić się za kierowców, bo prowadzenie samochodu to nie tylko technika, ale także odpowiedzialność za życie innych. Kierowca potrzebuje skupienia, cierpliwości, pokory i spokoju. Czasem bardziej niż idealnej pogody potrzeba mu opanowania, gdy ktoś zajeżdża drogę, gdy pojawia się korek, gdy dzieci się kłócą, a zmęczenie zaczyna dawać o sobie znać. Dobra podróż to nie tylko dotarcie do celu, ale dotarcie tam bezpiecznie, z szacunkiem do siebie, innych ludzi na drodze i własnych ograniczeń.

Warto modlić się za dzieci, szczególnie te, które boją się podróży, źle znoszą jazdę, pierwszy raz jadą dalej od domu albo są tak podekscytowane, że trudno im usiedzieć w miejscu. Krótka modlitwa może je uspokoić, dać poczucie bezpieczeństwa i pokazać, że każdą drogę można zacząć z Panem Bogiem. Nie trzeba wiele tłumaczyć. Czasem wystarczy powiedzieć: „Pomódlmy się, żeby Pan Jezus nas prowadził i żebyśmy szczęśliwie dojechali”.

Można też poprosić o opiekę Anioła Stróża albo świętego Krzysztofa, patrona kierowców i podróżujących. Dla dziecka taka modlitwa bywa bardzo konkretna. Skoro Anioł Stróż czuwa, skoro święty Krzysztof jest patronem drogi, skoro Pan Bóg jest blisko, to podróż nie jest tylko przemieszczaniem się z jednego miejsca do drugiego. Staje się drogą, w której jest miejsce na zaufanie.

Nie zawsze mamy wpływ na wszystko, co wydarzy się po drodze. Możemy dobrze zaplanować trasę, sprawdzić pogodę, zatankować samochód, przygotować dzieciom wodę i przekąski, a mimo to spotka nas korek, objazd, burza, opóźnienie albo zwykłe ludzkie zmęczenie. Modlitwa nie jest magicznym zabezpieczeniem przed każdą trudnością. Jest raczej oddaniem Bogu tego, co od nas zależy, i tego, czego nie umiemy przewidzieć.

Dlatego dobrze mieć pod ręką krótką modlitwę, którą można odmówić bez wielkich przygotowań. W domu, w samochodzie, przed wycieczką szkolną, przed wyjazdem na kolonie, przed pielgrzymką, przed wakacyjną trasą do dziadków, nad morze, w góry czy po prostu przed dłuższą drogą do lekarza. Nie musi być długa. Ważne, żeby była szczera.

Krótka modlitwa przed podróżą

Panie Boże,
powierzamy Ci naszą podróż.

Bądź z nami od pierwszego kilometra aż do szczęśliwego powrotu. Prowadź nas bezpiecznie, chroń od wypadków, pośpiechu, roztargnienia i lekkomyślności. Daj kierowcy skupienie, cierpliwość, rozsądek i spokojne serce.

Czuwaj nad dziećmi i wszystkimi pasażerami. Pomóż nam być dla siebie życzliwymi, cierpliwymi i uważnymi. Niech w tej drodze nie zabraknie zgody, dobrych słów, odpoczynku i wzajemnej troski.

Pobłogosław wszystkim, których spotkamy na trasie. Strzeż kierowców, pieszych, rowerzystów, podróżujących autobusami, pociągami i samolotami. Daj nam szczęśliwie dotrzeć do celu i wrócić do domu z wdzięcznym sercem.

Aniele Stróżu, prowadź nas.
Święty Krzysztofie, módl się za nami.
Maryjo, otaczaj nas swoją opieką.

Amen.

Można tę modlitwę odmówić całą albo wybrać z niej tylko kilka zdań, szczególnie wtedy, gdy dzieci są małe i trudno im skupić się dłużej. Najważniejsze jest nie to, żeby modlitwa była pięknie wypowiedziana, ale żeby stała się naturalnym początkiem drogi.

Może właśnie od takiego krótkiego zatrzymania zaczyna się spokojniejsza podróż. Od znaku krzyża, od powierzenia Bogu kierownicy, mapy, trasy, dziecięcego niepokoju, dorosłego zmęczenia i całej tej wakacyjnej logistyki, która potrafi nas czasem przerosnąć.

Niech każda droga będzie bezpieczna. Niech prowadzi nie tylko do wybranego miejsca, ale też do większej wdzięczności, cierpliwości i zaufania. Bo Pan Bóg naprawdę może być z nami wszędzie — także między jednym postojem a drugim, w korku, na autostradzie, na bocznej drodze, w pociągu, w autobusie i w samochodzie pełnym dziecięcych pytań.

Religijne inspiracje na wakacje: Biblia, spacer, kamyk, muszla i rozmowa z dzieckiem

Wakacje mają w sobie coś, co sprzyja rozmowom, choć czasem wcale nie planujemy ich jakoś szczególnie. Wystarczy wolniejszy poranek, spacer bez pośpiechu, dłuższa droga samochodem, siedzenie na kocu, szukanie muszelek nad wodą albo zbieranie kamyków, które dla dorosłego są zwykłymi kamykami, a dla dziecka potrafią być skarbem większym niż niejedna droga pamiątka. Dzieci bardzo często zaczynają mówić właśnie wtedy, gdy nikt ich nie odpytuje. Kiedy idą obok nas, kiedy czymś się zachwycą, kiedy mogą dotknąć, zobaczyć, podnieść z ziemi, zapytać i po swojemu nazwać świat.

I właśnie dlatego wakacje mogą być pięknym czasem religijnych inspiracji. Nie chodzi o to, żeby zamienić każdy spacer w lekcję religii ani o to, żeby dziecko miało poczucie, że nawet nad jeziorem czeka na nie zadanie do wykonania. Chodzi raczej o uważność. O takie proste bycie obok dziecka, w którym rodzic, babcia, dziadek, katecheta czy opiekun potrafi zauważyć moment i delikatnie otworzyć rozmowę o Bogu. Bez wielkich słów, bez moralizowania i bez tonu, który od razu mówi: „teraz będzie pouczenie”.

Wiara dziecka bardzo często rośnie w zwyczajności. Nie tylko wtedy, gdy siedzi w ławce, ma podręcznik, zeszyt i temat zapisany na tablicy. Rośnie także wtedy, gdy widzi, że świat jest dobry, piękny i dany. Gdy ktoś dorosły potrafi powiedzieć: „Zobacz, jakie to delikatne”, „Popatrz, jak pięknie świeci słońce przez liście”, „Jak myślisz, dlaczego Pan Bóg stworzył tyle różnych kolorów?”, „Za co możemy dziś podziękować?”. To są krótkie zdania, ale one zostawiają w dziecku ślad, bo nie brzmią jak wykład, tylko jak wspólne odkrywanie.

Dobrym początkiem może być Biblia zabrana na wakacje. Nie musi to być od razu wielki plan czytania od Księgi Rodzaju do Apokalipsy, bo umówmy się, wakacyjny zapał do wielkich postanowień bywa piękny głównie pierwszego dnia. Wystarczy jedno krótkie zdanie z Ewangelii przeczytane rano, wieczorem albo w niedzielę po Mszy świętej. Można zapytać dziecko, co mu się w tym zdaniu podoba, czego nie rozumie, z czym mu się kojarzy. Czasem odpowiedź będzie bardzo prosta, czasem zaskakująca, a czasem dziecko wzruszy ramionami i powie: „nie wiem”. I to też jest w porządku. Słowo Boże nie zawsze działa od razu tak, że wszyscy przy stole milkną ze wzruszenia. Czasem po prostu zostaje w środku i wraca później.

Na wakacje dobrze pasują krótkie fragmenty: o tym, że Jezus błogosławi dzieci, że mówi „nie bój się”, że jest Dobrym Pasterzem, że ucisza burzę, że zauważa ludzi zmęczonych, głodnych, zagubionych i samotnych. Dziecku łatwiej zrozumieć Ewangelię, jeśli połączymy ją z tym, co zna. Burza nad jeziorem może być okazją do rozmowy o lęku. Zgubiona droga może prowadzić do rozmowy o pasterzu, który szuka owcy. Wspólny posiłek na kocu może przypomnieć rozmnożenie chleba. Nie trzeba robić z tego kazania. Wystarczy jedno zdanie, które połączy Ewangelię z życiem.

Spacer też może stać się małą katechezą, jeśli pozwolimy dziecku naprawdę patrzeć. W roku szkolnym często pędzimy z miejsca na miejsce, a dzieci słyszą: szybciej, chodź już, nie dotykaj, zostaw, później. Wakacyjny spacer daje szansę, żeby trochę zwolnić. Można pozwolić dziecku przyjrzeć się mrówkom, liściom, śladom na piasku, chmurom, wodzie, trawie, ptakom. Można porozmawiać o stworzeniu świata, ale niekoniecznie zaczynając od trudnych pojęć. Czasem wystarczy zachwyt dorosłego. Dziecko, które widzi, że dorosły umie się zachwycić, uczy się, że świat nie jest tylko tłem do pośpiechu, ale darem.

Kamyk znaleziony na ścieżce może być początkiem pięknej rozmowy. Można wziąć go do ręki i zapytać dziecko, jaki jest: gładki, szorstki, ciężki, lekki, jasny, ciemny, zwyczajny czy wyjątkowy. Potem można powiedzieć, że nasze serce też czasem bywa jak kamień: twarde, zamknięte, niechętne, obrażone. I można zapytać, co pomaga sercu stawać się bardziej miękkim. Przeprosiny, modlitwa, przebaczenie, dobroć, rozmowa, przytulenie. Taki kamyk można zabrać do domu jako małą pamiątkę i położyć na biurku albo przy łóżku, żeby przypominał, że Pan Bóg potrafi przemieniać nawet to, co w nas twarde.

Muszla może poprowadzić rozmowę w zupełnie inną stronę. Dzieci często przykładają ją do ucha i mówią, że słyszą morze. To piękny obraz do rozmowy o słuchaniu. Można zapytać, czy łatwo jest słuchać drugiego człowieka, czy łatwo słuchać Pana Boga, czy modlitwa to tylko mówienie, czy także cisza. Muszla uczy, że trzeba się zatrzymać i przyłożyć ucho blisko, żeby coś usłyszeć. Podobnie bywa z Bogiem. W hałasie, pośpiechu i ciągłym rozproszeniu trudno usłyszeć delikatny głos. Czasem potrzeba chwili ciszy, żeby serce zaczęło rozpoznawać, że Pan Bóg naprawdę mówi, choć nie zawsze tak głośno, jak byśmy chcieli.

Można też zrobić z dzieckiem mały wakacyjny słoik wdzięczności. Nie musi być idealnie ozdobiony, podpisany i gotowy do pokazania na zdjęciu. Wystarczy zwykły słoik, pudełko albo koperta. Po spacerze, wycieczce czy spokojnym dniu można wrzucić karteczkę z jednym zdaniem: za co dziś dziękuję Panu Bogu. Dzieci często wybierają rzeczy najprostsze: lody, psa, babcię, basen, ładny kamień, nową koleżankę, to, że nie padało, albo to, że jednak padało i można było skakać po kałużach. I właśnie w tym jest coś bardzo pięknego, bo wdzięczność nie musi zaczynać się od wielkich wydarzeń. Ona często rodzi się przy małych rzeczach, które ktoś pomógł nam zauważyć.

Wakacyjne rozmowy o Bogu nie muszą być długie. Czasem lepiej, żeby były krótkie i naturalne, niż przeciągnięte tak, że dziecko zaczyna żałować, że w ogóle o coś zapytało. Jeśli dziecko pyta, warto odpowiedzieć prosto. Jeśli nie pyta, można delikatnie coś podsunąć, ale bez nacisku. Wiara nie rośnie od nadmiaru pouczeń, tylko od żywego doświadczenia, że Bóg jest blisko codzienności. Dziecko, które słyszy o Bogu tylko wtedy, gdy trzeba mu przypomnieć o obowiązku, może zacząć kojarzyć wiarę z ciężarem. Dziecko, które widzi, że o Bogu można mówić także przy zachwycie, wdzięczności, drodze, przyrodzie i odpoczynku, łatwiej odkrywa, że On naprawdę jest częścią życia.

Warto też pamiętać, że religijne inspiracje na wakacje nie są tylko dla dzieci. Dorośli bardzo często sami potrzebują takiej prostej katechezy. Potrzebują na nowo zobaczyć kamyk, muszlę, światło na wodzie, ścieżkę w lesie i usłyszeć w tym zaproszenie do wdzięczności. Potrzebują przypomnieć sobie, że Bóg nie jest obecny wyłącznie w tym, co oficjalne, uporządkowane i nazwane religijnie. On przychodzi także przez piękno stworzenia, przez pytanie dziecka, przez ciszę drogi, przez małe znaki, które łatwo przeoczyć, jeśli człowiek cały czas patrzy tylko w telefon albo w listę spraw do załatwienia.

Może więc warto w te wakacje zabrać ze sobą nie tylko krem z filtrem, ręcznik, ładowarkę i zapas cierpliwości, który przy dzieciach zawsze się przydaje. Warto zabrać też uważność. Małą Biblię albo Ewangelię na każdy dzień. Chęć rozmowy. Gotowość, żeby nie zbyć każdego pytania słowem „później”. Serce, które chce zauważać Boga w zwykłych rzeczach. Kamyk, muszla, spacer i kilka spokojnych zdań mogą stać się dla dziecka ważniejsze, niż nam się wydaje.

Nie chodzi o to, żeby wakacje były pobożne na pokaz. Chodzi o to, żeby były przeżyte z Bogiem. W drodze, w odpoczynku, w zachwycie, w zabawie, w rozmowie, w niedzielnej Mszy świętej, w modlitwie przed snem i w tej zwyczajnej chwili, kiedy dziecko podnosi z ziemi mały kamyk, pokazuje nam go z dumą, a my zamiast powiedzieć tylko „ładny, schowaj do kieszeni”, potrafimy zobaczyć w nim początek rozmowy o sercu, wdzięczności i Bogu, który naprawdę jest blisko.

„Jestem pod Jego skrzydłami” – biografia, która pokazuje człowieka, a nie pomnik

Są ludzie, o których mówi się długo po ich odejściu. Nie dlatego, że byli bezbłędni, ale dlatego, że zostawili po sobie dobro, którego nie da się zapomnieć. Do takich osób bez wątpienia należy ks. Jan Kaczkowski – kapłan, bioetyk, twórca puckiego hospicjum i człowiek, który potrafił mówić o życiu, cierpieniu i śmierci z niezwykłą odwagą, a jednocześnie z humorem i ogromną czułością wobec drugiego człowieka. Biografia „Jestem pod Jego skrzydłami” autorstwa Agnieszki Kuchnia-Wołosiewicz i Michała Kramka nie próbuje tworzyć z niego pomnika. Wręcz przeciwnie – pokazuje go takim, jakim był: z jego historią, temperamentem, zmaganiami, słabościami i drogą dojrzewania.

To jedna z największych wartości tej książki. Zamiast kolejnej opowieści o „świętym człowieku”, dostajemy historię syna, brata, seminarzysty, kapłana, wykładowcy, dyrektora hospicjum i chorego, który sam musiał zmierzyć się z diagnozą glejaka. Autorzy prowadzą czytelnika przez kolejne etapy jego życia, pokazując, że za znanym z mediów „onkocelebrytą” stał człowiek z krwi i kości, którego wiara dojrzewała pośród codziennych doświadczeń.

Bardzo poruszającym elementem książki jest rozmowa z Józefem Kaczkowskim, ojcem księdza Jana. To szczególne świadectwo, bo ojciec kapłana był ateistą, a mimo to między nimi istniała głęboka więź oparta na wzajemnym szacunku i miłości. Dzięki tym wspomnieniom poznajemy Jana nie od strony znanego kaznodziei czy założyciela hospicjum, ale jako chłopca, którego ojciec nazywał z uśmiechem „fajtłapą”, a który z czasem dokonał rzeczy wydających się niemożliwymi. To właśnie te rodzinne opowieści sprawiają, że biografia nabiera wyjątkowej autentyczności.

Nie sposób czytać tej książki bez refleksji nad własnym życiem. Ks. Jan nie przekonywał ludzi pięknymi hasłami. Uczył ich swoją postawą. Pokazywał, że godność człowieka nie kończy się wtedy, gdy pojawia się choroba, cierpienie czy niepełnosprawność. W hospicjum w Pucku nie walczył jedynie o leczenie bólu. Walczył przede wszystkim o to, aby każdy człowiek do ostatnich chwil czuł się kochany, potrzebny i otoczony szacunkiem. Nawet wtedy, gdy medycyna nie mogła już obiecać wyzdrowienia, pozostawała miłość.

To właśnie dlatego jego historia tak mocno porusza. Kiedy sam usłyszał diagnozę nowotworu, nie wycofał się z życia. Nadal spotykał się z ludźmi, głosił rekolekcje, pisał książki i prowadził hospicjum. Nie udawał bohatera. Nie ukrywał lęku ani cierpienia. Pokazał jednak, że można przeżywać chorobę bez utraty nadziei, bo nadzieja nie rodzi się z przekonania, że wszystko będzie dobrze, ale z zaufania Temu, w którego rękach naprawdę jesteśmy.

Tytuł „Jestem pod Jego skrzydłami” zyskuje dzięki temu niezwykłą głębię. Nie jest pobożnym sloganem ani ozdobnym cytatem. To wyznanie człowieka, który wiedział, że nie wszystko zależy od niego. Że można robić wszystko, co możliwe, a jednocześnie z pokorą przyjąć to, czego zmienić się już nie da. W tych słowach kryje się zaufanie, które nie odbiera odwagi do działania, lecz nadaje jej właściwy kierunek.

Ta biografia nie jest tylko książką o ks. Janie Kaczkowskim. Jest także książką o nas. O tym, jak przeżywamy relacje, jak traktujemy ludzi słabych, jak rozumiemy cierpienie i czym naprawdę jest chrześcijańska nadzieja. Czyta się ją z wzruszeniem, ale jeszcze bardziej z wdzięcznością, że można spotkać człowieka, który swoim życiem przypomniał, iż świętość nie polega na niezwykłości. Polega na codziennym wybieraniu miłości.

To jedna z tych książek, po których zamknięciu człowiek nie ma ochoty od razu sięgać po następną. Najpierw chce przez chwilę pomilczeć. Bo są historie, które zostają w sercu znacznie dłużej niż na półce z przeczytanymi książkami.

„Żniwo wprawdzie wielkie…” – o tym, że każdy ma swoją małą misję

„Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało”. To jedno z tych zdań Ewangelii, które łatwo odnieść do kogoś innego. Do księży, misjonarzy, sióstr zakonnych, katechetów, osób zaangażowanych w parafii, ludzi odważnych, świętych, pewnych siebie i takich, którzy zawsze wiedzą, co powiedzieć. My często stajemy z boku i myślimy: to nie o mnie. Ja przecież mam swoje życie, swoje obowiązki, swoją pracę, rodzinę, zmęczenie, zaległe sprawy i czasem ledwo ogarniam zwykły dzień.A jednak Jezus nie mówi o żniwie po to, żebyśmy tylko westchnęli nad światem i wrócili do swoich zajęć. On pokazuje, że wokół nas naprawdę jest wiele dobra do zrobienia, wiele serc do zauważenia, wiele osób, które potrzebują nie wielkich przemówień, ale obecności, życzliwości, modlitwy, cierpliwości i dobrego słowa. Żniwo nie zawsze wygląda jak wielka misja na drugim końcu świata. Czasem zaczyna się w domu, w klasie, w pracy, na klatce schodowej, w kolejce do lekarza, w rozmowie z dzieckiem, w wiadomości wysłanej do kogoś, kto dawno nic od nas nie słyszał.

Bardzo często czekamy na coś większego. Na idealny moment, więcej czasu, lepszy nastrój, mocniejszą wiarę, spokojniejszy etap życia. Mówimy sobie, że kiedyś będziemy bardziej pomocni, bardziej cierpliwi, bardziej duchowi, bardziej gotowi. Tylko że życie dzieje się teraz. Pan Bóg rzadko zaczyna od wielkich scen i fanfar. Częściej zaprasza nas do małej wierności tam, gdzie już jesteśmy.

Każdy ma swoją małą misję. Nie zawsze spektakularną, nie zawsze widoczną, nie zawsze docenioną. Dla jednej osoby będzie to cierpliwa obecność przy dziecku, które zadaje setne pytanie i potrzebuje nie tylko odpowiedzi, ale także poczucia, że jest ważne. Dla kogoś innego rozmowa ze starszą osobą, która od dawna czuje się samotna. Dla kogoś modlitwa za rodzinę, dobre słowo do ucznia, uczciwa praca, pogodzenie się z kimś, pomoc bez robienia wokół siebie wielkiego zamieszania. Czasem misją jest to, żeby nie dokładać innym ciężaru swoim narzekaniem, złośliwością albo obojętnością.

Wydaje nam się, że misja musi być czymś ogromnym, a tymczasem Ewangelia bardzo często prowadzi człowieka przez drobiazgi. Jezus zauważał konkretnych ludzi. Rozmawiał z tymi, których inni omijali. Zatrzymywał się przy chorych, zmęczonych, zagubionych, zepchniętych na bok. Nie kochał ludzkości ogólnie i z daleka, tylko podchodził do człowieka blisko. Może właśnie tego uczy nas zdanie o żniwie: żebyśmy przestali myśleć o dobru wyłącznie jako o wielkich akcjach, a zaczęli widzieć pole, które Pan Bóg powierzył nam dzisiaj.

Czasem takim polem jest własny dom. To chyba najtrudniejsze miejsce do bycia dobrym, bo tam najłatwiej zdjąć wszystkie ładne miny. W domu widać nasze zmęczenie, niecierpliwość, potrzebę kontroli, obrażanie się i wszystkie małe egoizmy, które tak sprytnie potrafimy ukryć przed światem. A jednak właśnie tam można pełnić swoją małą misję. Przez łagodniejszy ton, przez wysłuchanie, przez wspólną modlitwę, przez przeprosiny, przez to, że zamiast kolejnej pretensji pojawi się próba zrozumienia.

Czasem polem jest praca. Nie chodzi o to, żeby w każdej rozmowie mówić pobożne zdania i na siłę udowadniać swoją wiarę. Świadectwo często zaczyna się od zwykłej uczciwości, odpowiedzialności, szacunku do ludzi, od tego, że nie wchodzimy w każde obgadywanie i nie karmimy się cudzym błędem. Może ktoś nigdy nie zapyta nas wprost o Boga, ale zapamięta, że przy nas poczuł się potraktowany z godnością.

Czasem polem jest szkoła, klasa, parafia, grupa dzieci, które słuchają tylko przez chwilę, a potem odpływają myślami do wakacji, kredek albo tego, co będzie na obiad. Kto pracuje z dziećmi, ten dobrze wie, że wielkie słowa nie zawsze zostają w pamięci. Czasem zostaje gest, spojrzenie, spokojne powtórzenie, cierpliwość, krótka modlitwa, obrazek, opowieść albo jedno zdanie, które dziecko przypomni sobie po latach. To też jest żniwo. Może ciche, może drobne, ale bardzo ważne.

Warto też pamiętać, że Pan Bóg nie wysyła nas dlatego, że jesteśmy idealni. Gdyby czekał na ludzi bez słabości, nikt by nie ruszył z miejsca. Apostołowie też nie byli gotowi w takim znaczeniu, w jakim my często chcielibyśmy być gotowi. Mieli swoje lęki, ambicje, niezrozumienie, upadki i bardzo ludzkie reakcje. A jednak Jezus ich posłał. Nie dlatego, że byli doskonali, ale dlatego, że byli Jego.

To bardzo uwalniające. Nie muszę mieć wszystkiego poukładanego, żeby zrobić dobro. Nie muszę czekać, aż będę miała więcej siły, więcej wiedzy i więcej świętego spokoju. Mogę zacząć od tego, co jest dziś możliwe. Od jednego telefonu, jednej modlitwy, jednego gestu pojednania, jednej konkretnej pomocy, jednego „dziękuję”, jednego „przepraszam”, jednego „jestem”. Mała misja nie polega na tym, że naprawimy cały świat. Polega na tym, że nie przejdziemy obojętnie obok tego kawałka świata, który Pan Bóg postawił najbliżej nas.

W zdaniu o żniwie jest też prośba o modlitwę. Jezus mówi, żeby prosić Pana żniwa, aby wyprawił robotników na swoje żniwo. To ważne, bo zanim zaczniemy działać, mamy się modlić. Nie dlatego, że modlitwa zastępuje działanie, ale dlatego, że bez niej łatwo pomylić Bożą misję z własnym pomysłem na zbawianie świata. Można robić dużo, a jednocześnie coraz bardziej tracić pokój. Można pomagać, ale z ukrytą pretensją, że nikt nie docenia. Można dawać siebie innym, a w środku nosić coraz większe zmęczenie, bo zapomniało się, że to Bóg jest Panem żniwa, nie my.

Modlitwa ustawia serce na właściwym miejscu. Przypomina, że nie wszystko zależy ode mnie. Nie jestem właścicielem pola, tylko robotnikiem. Nie muszę znać całego planu, ale mogę być wierna w tym, co zostało mi powierzone. Nie muszę widzieć natychmiastowych owoców, bo wiele dobra rośnie powoli i po cichu. Niekiedy przez lata nie wiemy, że nasze słowo, gest albo obecność miały dla kogoś znaczenie.

Może warto dziś zapytać siebie spokojnie: gdzie jest moje małe żniwo? Kogo Pan Bóg stawia najbliżej mnie? Komu mogę przynieść odrobinę pokoju, wiary, cierpliwości albo nadziei? Gdzie mogę przestać czekać na wielką okazję do dobra i po prostu zrobić to, co jest możliwe teraz?

Nie każdy z nas pojedzie na misje, nie każdy stanie przed tłumem, nie każdy napisze książkę, wygłosi konferencję albo zrobi coś, o czym inni będą mówić z podziwem. Ale każdy może być człowiekiem, przez którego komuś zrobi się trochę jaśniej. Każdy może wnieść w swoje miejsce więcej dobra niż złości, więcej cierpliwości niż osądu, więcej modlitwy niż narzekania. Każdy może mieć swoją małą misję i potraktować ją poważnie, nawet jeśli nikt poza Bogiem jej nie zauważy.

Żniwo naprawdę jest wielkie. Nie tylko gdzieś daleko, ale tuż obok. W naszych domach, rodzinach, szkołach, parafiach, miejscach pracy, rozmowach i codziennych spotkaniach. A Pan Bóg nie pyta nas najpierw, czy jesteśmy gotowi na rzeczy wielkie. Często pyta, czy będziemy wierni w małych.

Może właśnie od tego zaczyna się prawdziwa misja.

Copyright © Pani od religii